Moja Dalida

1966

1966

Jest rok 1975. Jako dumny sześciolatek, kończący właśnie swoją przedszkolną edukację, wędruję z Tatą po naszym miasteczku. Odwiedzamy też miejscowy stadion, gdzie odbywają się jakieś sportowe imprezy. Na stadionie, wzorem innych polskich miast i miasteczek, ulokowano potężne głośniki, z których płyną przaśne i radosne melodie tych dawno minionych lat. Nagle gwar wiosennego dnia przerywa niezwykły, melodyjny głos, który w lekkim i niezobowiązującym nastroju snuje długą, zabawną opowieść o niejakim Gigi l’Amoroso. Wracamy do domu; z otwartych na oścież okien słychać dźwięki radia, i znów to samo: „Arriva, Gigi l’Amoroso”… „Tatusiu, kto to śpiewa?” – pytam. „Dalida”.

1971

Jest rok 1987. Za kilka dni matura; szkoła średnia już za nami. Niedziela, 3 maja, „Dalida nie żyje – pada komunikat – popełniła samobójstwo”. „Dalida, Dalida” – myślę, próbując sobie rozpaczliwie przypomnieć, co o niej wiem – „Ach, „Gigi l’Amoroso”, „Paroles, Paroles” a także „Laissez-moi danser”, słuchane na przemian z ABBĄ i Bee Gees na szkolnych dyskotekach. I jeszcze to niezwykłe murmurando „Voilá pourquoi je chante”, które tańczyliśmy niemal w zupełnych ciemnościach, tylko przy blasku świecy… Samobójstwo? Dla pełnego życia osiemnastolatka, stojącego u progu studiów i dorosłego życia, to termin nieomal abstrakcyjny. Przestaję o tym myśleć…

1978

Rok 2003. Odeszła młodość; minęły lata, w trakcie których przeżywałem różne muzyczne fascynacje. Przypadkowa wizyta w miejscowym second-handzie i odkrywam płytę Dalidy „Pour En Arriver Lá” za 10 złotych. Bargain! – jak mówią Anglicy; kupuję w zasadzie bez przesłuchania, będzie na to czas w domu. Kolejne piosenki wciągają niczym narkotyk. Każda tworzy odrębny świat, każda smutna i pełna wewnętrznej nieukrywanej pasji oraz autentycznego bólu. Głęboki alt opowiada swoje życie; życie współczesnej kobiety, pozbawionej złudzeń i nadziei, nieraz boleśnie skrzywdzonej i doświadczonej przez los, a jednak stale pragnącej żyć i wierzącej, że mimo wszystko… Dochodzę do „La vie continuera”. To już dwunasty utwór na płycie. Słyszę rozmowy, płacz…. głębiej naciskam na uszy słuchawki… to żona, mówi, że u mamy wykryto raka. „Ze mną, czy beze mnie, życie toczy się dalej – kontynuuje głos –Życie będzie się toczyć tak długo, dopóki kręci się Ziemia”. Nie mogę przestać tego słuchać, nie mogę – to przecież o nas.

1963

1963

Od tej chwili Dalida, bogini pokolenia naszych rodziców, ludzi urodzonych jeszcze w latach 1930-tych i 1940-tych, towarzyszy memu życiu. Pokolenie trzydziesto- i czterdziestolatków pamięta ją przez mgłę, dla młodszych jest już tylko nic nieznaczącym imieniem; a przecież dzięki Internetowi i innym współczesnym mediom, ta niezwykła piosenkarka, po dwudziestu latach od swojej śmierci, jest obecna wśród nas bardziej niż kiedykolwiek. Dalida powraca w wielkim stylu. Powraca z właściwą sobie elegancją oraz wdziękiem, jako symbol współczesnej belle epoque, szalonych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, czasu osobliwego fermentu twórczego i bezprecedensowych karier w show-businessie.

Schyłek lat 1950-tych

„Come prima” (1958)

Od chwili debiutu w 1956 roku, od zabarwionego neapolitańską nutą pierwszego wielkiego przeboju, słynnego „Bambino”, po pełne rezygnacji teksty z ostatniego albumu „Le visage de l’amour” (1986), artystkę wyróżniał niezmiernie bogaty repertuar. Moją uwagę przykuł nie tylko głęboki, dramatyczny głos o szerokiej skali, który często zabarwiał się nutką ciepła i liryzmu, lecz również intrygująca uroda połączona z niezwykłą prostotą, delikatnością, wrażliwością oraz wdziękiem, tak rzadkim u obecnych wykonawców.

"Amstramgram" 1959

„Hava naguila” 1959

Klasyczne, przyrównywane przez niektórych krytyków do antycznych bóstw, rysy twarzy, umożliwiały Dalidzie częste zmiany scenicznego wizerunku. Pobieżna nawet analiza wybranych filmów i teledysków powstałych w ciągu ponad 30 lat kariery, ujawnia emploi kobiety-kameleona, która niczym w przejrzystym zwierciadle, potrafi odbijać wszelkie niuanse aktualnych mód i tendencji, wykorzystując je do perfekcji i osiągając osobisty styl, jakiego nie może powtórzyć żadna imitacja. W nagraniach pochodzących z drugiej połowy lat 1950-tych widzę ją w roli kobiety-wampa, odzianej w długie, eleganckie, dopasowane suknie. Niczym Rita Hayworth zmysłowo zdejmująca rękawiczkę, czy inne bożyszcze tych lat, Ava Gardner, Dalida z właściwą sobie ekspresją wykonuje piosenki w modnym, „hiszpańskim” stylu, któremu w Polsce uległa na jakiś czas chyba Sława Przybylska: „Inconnu mon amour”, „Miguel”, „Des millions de Larmes”, „Les Gitans” czy wzruszająca „Histore d’un amour”. A już po chwili, w krótkiej spódniczce -„bombce”, obcisłym sweterku i włosach upiętych w koński ogon, á la ówczesna Bardotka, śpiewa skoczne włoskie przeboje, takie jak „Calypso Italiano”, „Ciao bambina” czy „O sole mio”.

"Dzieci Pireusu" 1960

„Dzieci Pireusu” 1960

Nadchodzi rok 1960 i oto kolejna metamorfoza. Słynne „Dzieci Pireusu”. Dalida z kruczoczarnymi włosami wygląda teraz jak włoskie aktorki tych lat: Gina Lollobrigida, Sophia Loren czy Claudia Cardinale z pamiętnego filmu Zurliniego „Dziewczyna z walizką”. W kolejnych odsłonach artystka nieustannie zaskakuje zmianami wizerunku i repertuaru, osiągając sztukę nie lada: będąc zawsze na topie i jednocześnie pozostając w pełni sobą, zawsze tą samą, rozpoznawalną Dalidą. W 1962 wykonuje po francusku słynne „Wo sind die Blumen?” Marleny Dietrich, a jej elegancja i zmysłowość łudząco przypominają wielką Niemkę jeszcze z czasów „Ogrodu Allaha”. Potem rozjaśnia włosy, śpiewa słynny „Taniec Zorby” i włoską wersję przeboju Cher „Bang!Bang!” (1966). W krótkiej spódniczce i prostych blond włosach pojawia się niczym Monica Vitti w „Zaćmieniu” albo modelki z nakręconego właśnie przez Antonioniego „Powiększenia”, by już rok później, przy okazji interpretacji innego przeboju Cher „When My Dollies Have Babies”, przybrać długie koturnowe szaty, a każdy utwór celebrować na wzór antycznego dramatu („Á qui”, „Aranjuez”, „Parlez-moi de lui”).

1971

1971

Przeżywała wówczas osobistą tragedię. Po rozpadzie związków z Lucien Morissem i Jeanem Sobieskim, Dalida poznała Luigi Tenco, młodego włoskiego poetę i kompozytora, twórcę słynnego „Ciao amore, ciao”. Artystka wykonała ten utwór na Festiwalu w San Remo w styczniu 1967 roku. Video nakręcone do piosenki, ukazuje ją w długiej, czarnej sukni i burzy rudych włosów. Piękna, poważna i pełna skupienia twarz Dalidy, odbija każde uczucie tego niezwykłego hymnu – pożegnania miłości, który okazał się dziełem przeraźliwie proroczym. Pierwszego dnia festiwalu Tenco popełnił samobójstwo, podobno z powodu niepowodzenia wspólnej piosenki, jednak kulisy tej śmierci pozostają niewyjaśnione praktycznie do dnia dzisiejszego. Dalida pogrążyła się w depresji, która – z niewielkimi przerwami – towarzyszyła jej przez następne dwadzieścia lat życia. Kilka tygodni później podjęła pierwszą próbę samobójczą. Ponawiała kolejne, aż do tej ostatniej, udanej…

1969

1969

Mijają lata, odchodzą bliscy: ukochana matka, Lucien Morriss, Richard Chanfray – mężczyźni jej życia. Los pogrążonej w rozpaczy piosenkarki, łudząco zaczyna przypominać bolesne doświadczenia innej divy: Marii Callas. Teraz pozostają jej już tylko piosenki i wierna publiczność. W 1971 roku śpiewa wstrząsający utwór Léo Ferré „Avec le temps”: „Z czasem wszystko przemija (…) wszystko odchodzi, zapomina się o emocjach i nie pamięta o głosach, które cichutko szeptały słowa, jakie wypowiadają do siebie biedni ludzie: Nie wracaj zbyt późno, a nade wszystko nie przezięb się (…) i jesteś zimny jak głaz, znalazłszy się w przypadkowym łóżku (…) i czujesz się oszukany przez utracone lata”.

1976

1976

„Avec le temps” otwiera „złoty wiek” w karierze piosenkarki; lata, do których sięga już moja pamięć. Nadchodzi czas niezwykłych scenicznych zwierzeń, mini-dramatów, utworów na poły autobiograficznych, jakie Dalida wykonywała a niekiedy przerabiała ku ogromnemu zadowoleniu ich twórców, obserwujących, jak ich piosenki nabierają nowego życia, zapowiadając zupełnie nową Dalidę, moją Dalidę… Piszą teraz dla niej znakomici młodzi autorzy, tacy jak P. Sevran, M. Lana, P. Sebastian, M. Jouveaux, J. Banel, G. Sinoué czy S. Balasko. W 1972 roku rynek muzyczny podbija niezwykły singiel, zawierający na jednej stronie niezapomniany duet z Alainem Delon „Paroles, Paroles”, gdzie w żartobliwy sposób uosobiono istotę męskiej niewierności i niesłowności (ucieleśnienie samego Delona), natomiast na drugiej – niezwykle osobiste i odważne wyznanie „Pour ne pas vivre seu”l, rozwijające się łagodnie w takt uroczego walczyka aż do szokującego w treści finału: „Aby nie przeżyć życia w samotności, dziewczyny obdarzają miłością inne dziewczyny, i widzisz nieraz chłopców, poślubionych innym chłopcom. Aby nie przeżyć życia w samotności, reszta płodzi dzieci; dzieci, które są samotne, jak to zwykle dzieci. Aby nie przeżyć życia w samotności, wznosi się katedry, aby wszyscy ci, którzy cierpią z samotności, mogli uchwycić się gwiazd (…) Aby nie przeżyć życia w samotności, żyję z tobą i jestem z tobą samotna, a ty jesteś samotny ze mną”.

1968

1968

Nagrane rok później „Je suis malade” Serge’a Lamy to hymn wszystkich skrzywdzonych i opuszczonych: „Nie mam żadnych marzeń (…) Nie chcę dłużej żyć moim życiem, moje życie ustało, kiedy ty odszedłeś (…) jestem chora, beznadziejnie chora, tak samo jak tego wieczoru, kiedy opuściła mnie matka, pozostawiając mnie pogrążoną w rozpaczy (…) jestem zbyt zmęczona i wyczerpana, aby dłużej udawać przed nimi, że jestem szczęśliwa…”. Gdyby nawet nie nagrała innych piosenek, ta jedna zapewniłaby jej nieśmiertelność w moim sercu. W nakręconym w 2005 roku głośnym filmie „Dalida”, scenę przedstawiającą, odebranie sobie przez artystkę życia, reżyser Joyce Buñuel zestawiła z piosenką „Je suis malade”, zaśpiewaną na żywo z ogromną pasją w 1981 roku, kiedy to Dalida świętowała swoje 25-lecie pracy w show-businessie. Wystąpiła wówczas w sali koncertowej paryskiej Olimpii, gdzie debiutowała niegdyś w programie „Numéros uns de demain”. Ten artystyczny zabieg poraża: widok zmęczonej, zagubionej kobiety, powoli wchodzącej po schodach, przygotowującej zabójczą dawkę leków i udającej się na ostatni spoczynek, przeplatany pełnym życia i emocji wokalnym credo. Milknie piosenka, gasną światła: „le spéctacle est fini”. Pozostaje pustka. Nie mogę, nie jestem w stanie oglądać tej sceny ponownie. Zawsze stawiam pytanie: Dlaczego?

1972

1972

Błądząc i potykając się, każdy z nas przeżywa życie na swój sposób” – wyznaje Dalida w „Á ma maniére” (1980), zauważając jednocześnie, że „moje życie w istocie nie jest wyłącznie moim; ono należy do tych, którzy mnie wybrali”. Powstały 3 lata później „Lucas”odbija jej najgłębszy dramat: brak własnego dziecka. Jest to wzruszająca historia o kobiecie, która urodziwszy dziecko, porzuca je, by poświęcić się karierze piosenkarskiej: „Gdybyś tylko wiedział, ile razy pragnęłam zamienić to wszystko, aby być tylko z tobą Łukaszku. Ty byś zastąpił wszelkie brawa, które milkną, kiedy wieczorem opada kurtyna, gdyż jestem tylko samotną kobietą…”. Dalida i tym razem ukrywa cierpienie, „przemierzając bez wytchnienia dnie i noce (…) i rozmawia z bólem, nakazując mu milczeć”. „Płakałam tak wiele razy, że nie mam już łez, upadałam tyle razy, a jednak nie załamałam rąk… pozostawiłam za sobą wszystkie marzenia dzieciństwa i wierzę, że spotkam się z wami bez żalu” – oto wstrząsające szczerością frazy „Pour en arriver lá”.

1977

1977

W rewelacyjnym „Mourir sur scéne” artystka posuwa się jeszcze dalej. Rozważając motyw własnego odejścia, dokonuje głębokiej duchowej wiwisekcji: „Pragnę umrzeć na scenie w blasku reflektorów, pragnę odejść z sercem otwartym i pełnym radości. Chcę umrzeć bez najmniejszego bólu podczas naszego ostatniego spotkania. Pragnę umrzeć na scenie, po prostu dla was śpiewając”. Pamiętam tę piosenkę z występu, jaki Dalida przygotowała na początku 1987 roku dla szwajcarskiej telewizji. Jej twarz, pokryta grubą warstwą makijażu wyrażała bezbrzeżne cierpienie, nie siląc się nawet na najdrobniejszy uśmiech. Wszystko się skończyło, a ostateczne rozwiązanie już się rodziło, by przybrać nieubłagany kształt w nocy z 2 na 3 maja.

Merci...

Au revoir Jolanda, merci Dalida…

Legenda żywiąca się tragiczną i niezwykłą biografią już trwała. Po dwudziestu latach, mając w dorobku setki nagranych piosenek i ponad 150 milionów sprzedanych płyt, słowami utworu „Bravo”¸ Dalida kieruje do nas niezwykły apel: „Nadszedł rok 2000 i nikt już nie śpiewa piosenek. Radio wypełnia nieustanna paplanina i tylko ja nie chcę się do tego przyzwyczaić. Proszę was o brawa, tak jak prosi się o drobny pocałunek…”. A ja, przez te wszystkie lata, nie mam powodu, aby odmówić jej prośbie.

© Andrzej Osiński

Published in: on 29 Kwiecień 2009 at 9:14  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2009/04/29/moja-dalida/trackback/

%d bloggers like this: