Bernarda Fink śpiewa Schuberta

Moritz von Schwind: Muzyk i pustelnik

Moritz von Schwind: Muzyk i pustelnik

Ale w ogłuchłym niebie nad wzgórzem nikczemnym

Nikt nie usłyszał skargi, głoszącej się wkoło,

Kiedy z westchnieniem piersi ostatnim, tajemnym,

Zrozpaczony pochylił umęczone czoło

(Leconte de Lisle)

Przyjaciel Franciszka Schuberta, Anzelm Hüttenbrenner przywołuje, iż kiedy obdarzył znaczniejszą atencją jedną z ledwie skomponowanych pieśni, autor Małgorzaty przy kołowrotku zignorował komplement, roniąc te oto słowa: „Istotnie, to nader wyborny utwór poetycki, stąd też konkretna idea niezwłocznie kiełkuje w umyśle; potem melodie płyną tak lekko, iż komponowanie staje się prawdziwą przyjemnością. Niczego nie osiągniesz dysponując kiepskim wierszem. Zadręczysz się nim, lecz nie wyłoni się z niego nic poza bezwartościowym pyłem”.

Moritz von Schwind: Sen więźnia

Moritz von Schwind: Sen więźnia

Ta frapująca glosa łacno mogłaby sugerować, iż przyczynkiem znamiennej interakcji pomiędzy poetyckim tekstem a ujmującą go frazą melodyczną, był sam wiersz, od którego herold Symfonii Niedokończonej żądał był kunsztu najwyższego i najsubtelniejszego; wszelako reguła ta – wobec faktu, iż pośród bardów, jacy zostali spożytkowani na użytek schubertowskiej konstelacji, szklą się jednostki o reputacji mało szlachetnej –  jawi się nieadekwatna i wyssana z palca. Co więcej, roztaczając entuzjazm wobec wytworów drugorzędnych i literacko pretensjonalnych, piewca Podróży Zimowej ryzykował był inkryminację, iż gotów jest on transponować na partyturę efekty pisarskie mizerne i rażące miałkością. Inferencji takowej przeczą zaiste feeryczne takty Die junge Nonne, uprzędzione wokół podrzędnych strof pióra barona Craigher de Jachelutta a spowite szarością udręczonej miłości; tudzież roztaczające pastoralne uroki rondo An die untergehenden Sonne, przykrojone do dyletanckich wersów wiejskiego proboszcza, Gottharda Ludwiga Kosegarten. W tym ostatnim opusie poważył się autor Pstrąga na zasadnicze cięcia, obejmujące niemal połowę z rozkwieconej emfazą treści, co w rzeczy samej pozwala na abolicję pokutującego a kompromitującego Schuberta sądu, jakoby czerpał on niewybrednie z nader wątpliwych zasobów Erato.

Moritz von Schwind: Nocna zjawa

Moritz von Schwind: Nocna zjawa

Umiejętność jubilerskiego grawerowania detalu, tak by lśnił on niezakłócony najwątlejszym dysonansem w epickiej strukturze, jest u autora Wędrowca zdumiewająca i nie pozwala wywieść się li z obfitości inspiracji zewnętrznych. Opalizujące gemmy wydestylowane dla okraszenia tej oto ekspozycji, konstytuują kamienie milowe w przejmująco okrojonej, acz jakże podniosłej i przepysznej karierze wiedeńskiego maestro, rozpiętej w interwale 1814-28. Prócz ewidentnych dla schubertowskiego rostrum tematów, takich jak śmierć i wyzwolenie, tajemna noc i okraszająca jej mroczne meandry nadzieja, romantyczna ucieczka od świata i pogrążenie w egzystencji wyalienowanej a dedykowanej Sztuce; przynoszą one estetyczne konfesje uformowane dłonią nadziemskich weimarczyków; gigantów parnasu, których ciążącą omnipotencję adorował był twórca Pięknej młynarki z pokornym taktem i uniżonym oddaniem – absolutnie nie zrewanżowanym. Herold Ifigenii na Taurydzie, tkwiąc duchem w ideach generacji minionej, jak i czując nieodpartą idiosynkrazję wobec egzaltowanych rekwizytów niemieckiej duszy, zatraconej w egzystencjalnej otchłani odżywianej posępną melancholią, jawnie gustował był w nieefektownej i anachronicznej frazie Carla Friedricha Zeltera, przedkładając ją ponad Schubertowską – jako trącącą zanadto szaleństwem.

Moritz von Schwind: Fundacja zamku Wartburg przez hr. Ludwiga der Springer von Thüringen (fragment)

Moritz von Schwind: Fundacja zamku Wartburg przez hr. Ludwiga der Springer von Thüringen (fragment)

Olśniewająco liryczne i lekceważące helleńskie metra uniwersum twórcy Alfonsa i Estrelli – alians romantycznego buntu z klasycystyczną potrzebą ładu; melanż prawego realizmu z oniryczną fantasmagorią wieszczoną z głębin wrażliwej jaźni; urzekająca ewokacja zatracona w peregrynacjach po tysiącznych nastrojach psyche – ocierało się o rewiry zbyt obiegające winckelmannowską prostotę piewcy Götza von Berlichingen, by mogło liczyć na jego absolutorium. Krucha Rastlose Liebe, przepojone boleścią Do księżyca i gorzka Pieśń Mignon, zaczerpnięta z eminentnego cyklu Wilhelma Meistra; pod bladolicym tchnieniem Muzy transformowały w rozżarzony klejnot, w którego koronkowych szlifach odzwierciedla się niegasnący przestwór Wszechświata; traktat o prometejskiej walce z fatum. Tęskne nokturny Mayrhofera (Nachtviolen, Schlummerlied), promieniejący uwielbieniem antyku Bogowie Grecji według Schillera, tudzież Goethowski Ganimed ilustrują żałość ziemskiego bytowania, daremność człowieczych poczynań, ulatającą w nicość nostalgię za wyzwoleniem.

Moritz von Schwind: Wędrowiec spożywający chleb

Moritz von Schwind: Wędrowiec spożywający chleb

W O zmierzchu do słów Carla Lappe powraca sublimowany przez epokę motyw pielgrzyma, doświadczającego tak wewnętrznej udręki, co duchowej konsolacji i elewacji na wyższy poziom bytu; podczas gdy strofy Rückertowskie, takie jak pędzone echem przestworzy Du bist die Ruh, wydatnie pełnią rolę atrybutu epoki zatraconej w pielgrzymkach duszy i sztucznych rajach, do których zwykł był zresztą uciekać się i Schubert. Piękno, stanowiąc jedyną rację bytu i inspiracji, jawiło się w tych warunkach anhellicznym posłańcem otwierającym podwoje innej realności; strażnikiem bram wykwintnego Elizjum, w jakim panuje miłość pokonująca ograniczenia egzystencji a muzyka – jak ujął to wdzięcznie Franz von Schober (An die Musik) – narzuca błogosławieństwo błękitnych godzin” skąpanych w aurze czułej błogości i nieskazitelnej harmonii.

Moritz von Schwind: Pacholę z rogiem

Moritz von Schwind: Pacholę z rogiem

Ów finezyjny program oscylujący pomiędzy uwielbieniem Sztuki zaszczepiającej wytchnienie i równowagę, a nawigacją po obsesyjnych krainach deziluzji, przedkłada Bernarda Fink z urzekającą prostotą i łagodnością, wobec której bledną natrętne sofizmaty. Transparentnie przejrzysty vox humana o ciemnej, kojącej barwie, rozbrzmiewa w eterycznej świątyni, budząc rozległe spectrum stłumionych emocji skąpanych w cieple październikowego zmierzchu. Powiewny sensualizm, przesycona liliową wonią rzewność i miękki opar słodyczy, jakimi artystka (wespół z dyskretnie wspierającym to wysublimowane credo Geroldem Huberem) nasącza muślinowe biedermeierowskie szepty, odsłaniają schubertowskie przesłanie w zgoła innym świetle, sięgając do jego ukrytej esencji i nakazując oddaną apoteozę. Kunsztowna fluktuacja, filigranowa lekkość i religijny pietyzm, z jakimi Fink cyzeluje miniaturowe stance o wiekuistej goryczy, pieszcząc ich ulotne kombinacje i uśmierzając ferwor postindustrialnej epoki, są niewysłowione. W ich tajemnym sacrum schubertowski Faust przekracza cielesne więzy, roztapiając się w platońskim niebie najczystszego Piękna, o jakie usilnie zabiegał i które od początku było mu przeznaczone.

A ty, Śmierci, ty, w którą znów się wszystko zmieni, / Przyjmij, boską swą dziatwę na gwiaździste łono, / Uwolnij nas od czasu, od cyfr, od przestrzeni / I oddaj wielką ciszę, życiem zakłóconą” (Leconte de Lisle).

© Andrzej Osiński

p_m

Advertisements
Published in: on 28 lipca 2009 at 7:44  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2009/07/28/bernarda-fink-spiewa-schuberta/trackback/

%d blogerów lubi to: