Wiolonczelowe miniatury Edwarda Griega

Edward Grieg: Sonata na wiolonczelę i fortepian (okładka płyty)

Edward Grieg: Sonata na wiolonczelę i fortepian (okładka płyty)

Edward Grieg zwykł był mawiać, iż „artyści tej miary, co Bach i Beethoven wysoko wznosili swoje kościoły i świątynie” podczas gdy on „pragnął tylko zbudować ludziom dom, w którym mogliby zaznać szczęścia i czuć się u siebie”. W istocie celował w kunsztownej harmonice i skandynawskiej feerii barw, jakimi szafował nader hojnie, otulając wątłe i niezobowiązujące struktury lokalnej pieśni w rozpłomienioną szatę orkiestracji. „Czerpałem z bogatego skarbca pieśni ludowych mego kraju i próbowałem z tych nieznanych dotąd objawień duszy ludu norweskiego stworzyć sztukę narodową” – konstatował u kresu znojnej drogi twórczej. Skrzące uduchowieniem i patetyczną ekspresją miniatury, do jakich piewca Peer Gynta zdradzał znamienną predylekcję, konstytuują serię uroczych eklog i esencjonalnych impresji świadczących o fascynacji egzaltowanym uniwersum Liszta. Intymne konfesje, jak owe podjęte ongiś w Latach pielgrzymstwa, ekscytują subtelnością i homogenicznością frazy, naszkicowanej zaledwie i o konstrukcji osobliwie ascetycznej, atoli porywającej upojną falą zmysłów, zrazu tłumionych legatem akademizmu, z wiekiem – nieskrępowanych w swojej pełni. „Każdy musi być przede wszystkim człowiekiem – zaznaczał – Cała prawdziwa sztuka wyrasta z tego, co typowo ludzkie”.

Hans Dahl: Nad fiordem

Hans Dahl: Nad fiordem

„Liryczne okruchy„, ujmujące świat sofistycznego ducha na kształt rafinowanego diariusza szemrzącego smutkami i radościami codzienności, o kartach intymnych i nie wytrawionych z filigranowych wzruszeń; rozproszył herold „Jesiennych liści” na przestrzeni trzech dekad (1867-1901) przebiegających od nieśmiałej i rozwichrzonej „Arietty” po spowite melancholią „Wspomnienia” (norw. Efterklang), osnute na kantylenie wywiedzionej wprost z tej pierwszej. Bertrand, urocza protegowana nestora Dutilleux („Nie waham się stwierdzić, iż jej gra była dla mnie niekłamanym objawieniem” – wyjawił) i Amoyel, adherent improwizacyjnej maniery Cziffry, z lubością partycypują w spirytualnych konfiguracjach o transcendentnej inspiracji, karmiących się to wzniosłym pięknem ludzkiego umysłu, to kaprysami odwiecznej natury.

Hans Dahl: Oczekując na powrót

Hans Dahl: Oczekując na powrót

Jeśli człowiek zechce wniknąć w tajemnice przyrody – podnosił Balzak – gdzie nic tajemnicą nie jest i gdzie trzeba tylko widzieć, dostrzega, że z rzeczy najprostszych rodzi się tam cudowność”. Grieg z niejaką dezynwolturą znajdował wenę w sekretnej naturze i jej kuriozalnych odgłosach. Ptasie trele; górskie siklawy kruszące wody o omszałe głazy, szepty i szmery puszczańskich ustroni, martwy plusk deszczu pretendujący ujarzmić spienione bryzą bałwany, jakie dogorywają w skalistych gardłach fiordów – złowrogie, pierwotne detale transmutują pod tchnieniem „Chopina Północy” (Hans von Bülow)w ekskluzywne lendlery, dystyngowane walce oraz nordyckie suity skąpane w blaskach i cieniach księżycowej nocy.

Hans Dahl: żegluga po fiordzie

Hans Dahl: żegluga po fiordzie

Bertrand i Amoyel przedkładają opalizującą transkrypcję owych wynurzeń, uszeregowanych w ściśle chronologicznym continuum i opatrzonych monumentalną a rozgorączkowaną pasją Sonatą a-moll, lirycznym Allegrettem wiodącym dubeltowy żywot (skrzypcowy oraz wiolonczelowy), jakoż i klarownym Intermezzem, uprzednio zaiste nie rejestrowanym. Ekstensywna i dramaturgicznie pojęta rozprawa opusu 36 wkracza w rejestry najgłębszych wrzeń i wartkich poruszeń myśli, trawionych febrą osobistych obsesji i odżywianych spectrum zajadłych żądz; pastoralne a oniryczne intermedia zdają się nie łagodzić acz potęgować to pulsujące rostrum, perlące się afektami  tysiącznych emocji. Galijscy artyści peregrynują po jego mrocznych meandrach z sublimowanym wdziękiem, przywołującym echo odległych Schubertiad; lulają czucie w miarowym gaworzeniu, to imitują tony zrażonej psyche. Magiczne stance postępują dyskretnie, rozsadzając cierpliwe śluzy odgradzające istność od anhellicznego bezkresu; chmurne facecje roją o czynach Ibsenowskich herosów a dystyngowana wiolonczela gardzi przyciężkim, salonowym koturnem, wiercąc się niczym fryga i przytupując w tan rubasznych wieśniaków. Cóż, w końcu jak mniemał balzakowski Korneliusz, „człowiekowi, masie ludzkiej trzeba zawsze ruchu, aby powstał twór poezji”.

© Andrzej Osiński

Źródło: „Muzyka 21”

Reklamy
Published in: on 1 września 2009 at 10:26  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2009/09/01/wiolonczelowe-miniatury-edwarda-griega/trackback/

%d blogerów lubi to: