Rokokowe śpiewy o wiecznej wiośnie

Nicolas Chédeville: Les saisons amusantes (okładka płyty)

Nicolas Chédeville: Les saisons amusantes (okładka płyty)

W obliczu ekspansji koturnowego akademizmu, cięty dziennikarz i krytyk kultury, Edmond Duranty konstatował: „Dwie drogi mogą prowadzić do sławy; pierwsza to sztuka naśladowania, druga to sztuka samodzielna, sztuka oryginalna. Sztuka naśladowania ma tę zaletę, że powtarzając dzieła mistrzów, które oko od dawna przyzwyczaiło się podziwiać, zostaje szybko zauważona i doceniona (…) Zwłaszcza we Francji odkrywca niknie wobec tego, kto potrafi udoskonalić wynalazek, wirtuozeria bierze górę nad skromną niezręcznością i wulgaryzator przesłania wartość poszukiwacza”. O ileż bardziej stulecie wcześniej, w sesji Ludwika XV, zwiewnej, miłosnej i przeczulonej; brakło śród landów burbońskiej domeny wzniosłych poetów, porywających swym twórczym czynem i unoszących w rewiry wieczności!

Jean-Honoré Fragonard: Muzyczny konkurs

Jean-Honoré Fragonard: Muzyczny konkurs

Era buduarowej błogości i czułych rajów roznamiętnionych w kruchych, minoderyjnych pocałunkach, przez swą cielesność, upodobanie i ekskursje, chętnie migruje ku mitologii; rozkapryszonej idolatrii tchnącej z meblarstwa i metafory, z archeologii i dworskich zdarzeń,  z tomów uczonych i ornamentu, z melancholijnych gajów i obyczajów sprośnego ludu. „Sztuka stała się dużym sklepem ze słodyczami, gdzie można dostać cukierki wszystkich smaków” – analizował ten figlujący period, to elizeum ziemskich żarliwości, Emil Zola.

O, zgubny instynkcie konwencji! – ciskał gromy nawołujący do antycznego umiaru, Diderot – Subtelny i rujnujący takcie! Smaku, smaku wzniosły, który zmieniasz, przesuwasz, budujesz, wywracasz, opróżniasz skrzynie ojców, pozostawiasz córki bez posagów, synów bez wykształcenia, czynisz tyle pięknych rzeczy i sprawiasz tyle wielkich cierpień (…) to ty gubisz narody”.

Jean-Honoré Fragonard: Huśtawka (I)

Jean-Honoré Fragonard: Huśtawka (I)

Opary wszędobylskiej Psyche i łobuzerskich westchnień Amora, triumfalnie szturmują wersalskie podwoje, ćwierkając w rymach i kątach płócien, w poduszkach łoża i hymnach Wenery, w knidyjskich księgach i anakreontycznej filozofii. Wątła Cytera, rozmarzona wczesnojesienną delicją i odpływająca z łagodną swawolą w różane nieba alków; pasterze nicponie ugniatający szelmowskie tyłeczki Erosa i strząsający z ciała bogiń krnąbrnie niesforne atłasy, szesnastoletnie dziewoje spętane w zalotnym odwrocie i biadające na potłuczoną krużą, baraszkujące najady pastereczki dopraszające się uścisków ladaco kochanka, wędrowny, znużony Kupido wabiony echem wieszczych wróżek – oto Fragonardowska ekloga, w której ponętna, mgielna Armida bieży bez czucia za dumnym Rinaldem, a szczęki i znoje trojańskiej ody napominają psoty baśniowych elfów. Takież to młode i uroczyste świeżością kunszty, oddychające cherubinową żądzą i idyllicznym głodem libido – wyłaniającym się jak ongiś z piany morskiej, tak teraz z niefrasobliwych i trzpiotowatych serc – ostentacyjnie promienieją z bisurmaniących a bukolicznych sielanek pióra Nicolasa Chédeville’a, osnutych na bazie „Czterech pór roku” Antonia Vivaldiego.

Jean-Honoré Fragonard: Pastereczka

Jean-Honoré Fragonard: Pastereczka

Trzeba się starać przyciągać tłum, być przez niego rozumianym i znanym; bowiem dzięki niemu jest się człowiekiem swego czasu; ale nie trzeba mu poświęcać szacunku znawców, lub, co gorsza własnego przekonania” – spostrzegał Alfred de Musset. Adaptowanie precjozów wytwornej Muzy do potrzeb gustów rozzuchwalonej i utrudzonej intymnymi igrcami socjety, jawi się emblematycznym symptomatem ambiwalentnej doby Oświecenia, w której do głosu śmielej dochodzi awansująca ekonomicznie, acz nie estetycznie, burżuazja. Wola zdyskontowania zysków, tudzież pragnienie ilustrowania salonowego konwenansu dystyngowanym brzmieniem instrumentów, pchnęła złaknioną rozkoszy Piękna mieszczańską brać ku aranżacjom a parafrazom egzoterycznych etiud i dysertacji.

Jean-Honoré Fragonard: Miłosne zwierzenia

Jean-Honoré Fragonard: Miłosne zwierzenia

Chédeville, kształtnie poczynający sobie na pastoralnej musette, i działający jako jej adiunkt, szczodrze celował w tych importowanych i rozchwytanych chciwie technikach, szafując do syta ich pastiszami, manipulując etykietą, partycypując w niejednorodnych inspiracjach. Inwertowanie i persyflaż efektów cudzej pracy, a na dodatek osobistej; były do cna zakorzenione w tych pożądliwych lubością latach, i nie wypada ich rozpatrywać pod kątem ideowego kłusownictwa czy usankcjonowanej prawnie grabieży, a współzawodnictwa oraz hołdu przedłożonego inwencji tytanów. Gustaw Courbet notował, iż „wyobraźnia polega na umiejętności znalezienia najpełniejszego wyrazu dla rzeczy istniejącej; ale nigdy na wymyśleniu lub stworzeniu samej rzeczy”. Takoż i arkadyjski piewca „Les saisons amusantes”, skwapliwie destyluje i transformuje ukute w ogniu weneckiej laguny traktaty, godząc samopas ich oddalone partie i omijając co bardziej kasandryczne ustępy. Pomny przestrogi, iż „największym błędem, jaki można popełnić w sztuce, jest wiara w rejony niedostępne dla profanów” (Musset), wabi taktownie przy tym masy i nie poddaje własnego szeptu.

Jean-Honoré Fragonard: Rinaldo i Armida

Jean-Honoré Fragonard: Rinaldo i Armida

Osiemnastowieczna społeczność z jej nadpodażą nobliwych dyletantów, zdolnych dosięgnąć podniebne standardy italskich wirtuozów, suszyła głowę rosnącej rzeszy koncertmistrzów o takie przysposobienie krytycznych pasaży, które nie wzgardzi niepoczesnymi umiejętnościami i zaspokoi sentymentalne pryncypia mody. Pierwsze dekady stulecia encyklopedystów i rewolucji jakobińskiej, były świadkiem oszałamiającej hegemonii wspomnianej musette, tudzież rezonansowej liry korbowej, dokazującej szparko pośród pergoli i gloriet arystokratycznego ogrodu, to ku uciesze rozkołysanych na huśtawce markiz, to ku zabawie upudrowanej talkiem świty.

Jean-Honoré Fragonard: Huśtawka (II)

Jean-Honoré Fragonard: Huśtawka (II)

Atoli „amusement”, konotujące przyjemną spowiedź, uskutecznioną w klombie sublimowanych kwiatów; w zwycięskim gwałcie porozrzucanych spódnic, ulatujących pantofelków i półprzytomnych żarem twarzy, nie jest niezgrabnym synonimem bezrefleksyjnej zmysłowej strawy, lecz – nie oponując jej frenetycznej i niegłębokiej ingrediencji – doręczycielem wartkiej ekspresji, gibkiej biegłości i emfatycznych tonicznie mecyi. Prokurują ją bystro rzeczona lira przyozdobiona pudłem gęśli oraz legitymacja fletu poprzecznego (ówcześnie démodé); przędą one taneczne a wdzięczne facecje złożone z pasji i omdlałości: rozpaczające i błagalne, wątpiące w siebie i osłabłe, muśnięte czarem i połowiczne. Pieszczone blaskiem, spowite woalem obłoku i błękitniejące w batystowych przestworzach impresje, czerpiące hojnie a to z galanteryjnej „Wiosny”, a to z Russowskich powabów lata, konstytuują świat bez troski i bez zmrożonych szarug zimy: czysty, klarowny i złotolicy – rokokowy medalion inkrustowany gracją o pastelowej różowości.

Jean-Honoré Fragonard: Park

Jean-Honoré Fragonard: Park

Penetrując familiarny manuskrypt Vivaldiego o feerycznej, srebrzystej sekwencji, żywy, iskrzący i sugestywny; herold zacisznej „La moisson” z godną podziwu oględnością anihiluje te ustępy, które kłóciłyby się z jego ruralistyczną wizją świata: rozczulającym, akwarelowym fête champêtre, prześwietlającym między fałdami jedwabiu, śród ciężkich zasłon, alabastrowych biustów i zrumienionych pąsem lic. Dźwięki lubieżne, lekko przymglone i transparentne zarazem; imaginacyjne, wymowne i obrazowe, rozproszone mlekiem porannej jutrzni i użyźnione tajemnym śpiewem zmierzchu, przesuwające się ukradkiem na palcach kurtyzan i połyskujące w akordeonie gwiazd – oto aspekty tego harmonijnego kunsztu, powołanego ku radości, i ku uciesze zalotnych bachantek.

Jean-Honoré Fragonard: Spotkanie

Jean-Honoré Fragonard: Spotkanie

Szlachetna monografia Chédeville’a, usprawiedliwiona w tej to wybornej eksplikacji poprzez znamienny ansambl oddanych duchem kompatriotów, zostaje w stadium wahliwej płynności, ani rozwiązła ani spartańska; drżąca, świetlista i nieuchwytna. Peregrynując po osobliwych rajach, zgasłych, pozornych i niepodległych władzy rozumu, bliższych somnambulicznej złudzie, niżeli prawom bezdusznej fizyki, galijscy artyści gaszą i zapalają światła kuriozalnego teatrum, w jakim posnęły zjawy barokowego memuaru. Szykowne tony opuszczające rozleniwione proscenium, uchodzą szmerem zastygłej w marmurze orkiestry, kręcą bez liku flamandzką kotarą, ogałacają kobiałki alegorycznej Flory.

Jean-Honoré Fragonard: Fontanna miłości

Jean-Honoré Fragonard: Fontanna miłości

Skąpane w kwietniu nieustającej bryzy, płonące w chwale metaforycznych Niebios, rozwiane szatą spłoszonej boginki, błyszczą, pluskają i łamią się w krystalicznie szemrzącym wodotrysku. A potem, nagle… „same tylko kupidyny biegną z pochodniami przez las cyprysów i w samej głębi, w oślepiającym płomieniu, unosi się i rośnie świątynia Amora; Amora, który oświetlony jest jakby olbrzymim snopem płomieni ogniska, tego wiecznego święta Trianonu – blaskiem ostatniego radosnego ogniska wieku XVIII” (Edmund i Juliusz Goncourtowie).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 20 stycznia 2010 at 10:53  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2010/01/20/rokokowe-spiewy-o-wiecznej-wiosnie/trackback/

%d blogerów lubi to: