Nicola Benedetti

Nicola Benedetti: okładka debiutanckiej płyty

Nicola Benedetti: okładka debiutanckiej płyty

Renesansowy malarz, rysownik i literat Paolo Pino, relacjonując niezbędne przymioty, jakimi ma w obowiązku dysponować twórca, referował: „[Artysta] winien mieć przenikliwy wzrok, rękę pewną i nie drżącą, umysł swobodny, nie obciążony troskami i kłopotami rodzinnymi, tak by mógł doskonale odróżniać i wybierać to, co najpiękniejsze i co ma najwięcej gracji”, a medycejski pięknoduch i rzeźbiarz, Vincenzio Danti podnosił: „Gracja, której blask widzi się także często u ludzi niedoskonałej kompozycji, jest ukrytą częścią piękna cielesnego, które ujawnia się poprzez siłę intelektu; stąd zdarza się, że jakiś człowiek może posiadać grację wyłącznie dzięki piękności duchowej. (…) Dzieje się tak dlatego, ponieważ piękność duchowa może się przejawiać w licznych i rozmaitych jakościach działań i ruchów pełnych gracji, które nadają wdzięk wyglądowi tego czy innego człowieka”.

Jacek Malczewski: W tumanie

Jacek Malczewski: W tumanie

Jakże starannie współgrają owe incydentalne frazy z przeszłości z zadziwiającym i frenetycznym czynem młodzieńczej Nicoli Benedetti, która w maju 2004 roku odniosła przytłaczający triumf w prestiżowym konkursie BBC, mającym na celu wyłonienie najzdolniejszego muzyka roku!

Partycypacja w rozpropagowanym do granic absurdu teleturnieju musi się jawić istną katorgą, i bez wątpienia takową była, jednak kiedy sensacyjnie urodziwa Nicola pojawiła się w gorączkowym półfinale, aby zaprezentować I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego, publika dalibóg zamarła z wrażenia.

Stanisław Ignacy Witkiewicz: Karol Szymanowski

Stanisław Ignacy Witkiewicz: Karol Szymanowski

Nie miałam zamiaru odegrać kolejnego koncertu, który by epatował tylko walorami technicznymi – wyjawiała swą egzotyczną dla mieszkańców Albionu decyzję – Pragnęłam raczej czegoś znaczącego zarówno dla orkiestry, jak i w kontekście partii solowej, a także czegoś wyzywającego w sensie muzycznym. Pewnego dnia mój nauczyciel, Maciej Rakowski zasugerował, abym przesłuchała kilka nagrań; jednym z nich okazał się właśnie koncert Szymanowskiego, w którym z miejsca się zakochałam”. Uskuteczniony w czas Wielkiej Wojny wielowątkowy idiom autora „Harnasiów”, zadziwia nadspodziewaną feerią instrumentalnych odcieni i ekstatyczną chromatyką, wskazującą na żywotną admirację wobec rozdygotanej frazy Skriabina, tudzież rafinowanych tonów impresjonistów.

Stanisław Ignacy Witkiewicz: Pejzaż jesienny

Stanisław Ignacy Witkiewicz: Pejzaż jesienny

Równie skomplikowane są jego asocjacje literackie, odwołujące się w głównej mierze do średniowiecznej liryki perskiego mistyka Jala-un-Din Rumiego, a tym bardziej do euforyczno-panteistycznych ewokacji pióra Tadeusza Micińskiego: „Niegdyś błądziłem przez te kolumnady, / co Abderrahman tworzył ukochanej, / w ametystową noc Szeherezady, / gdy w niebiosach płoną talizmany – / usłyszałem ryk osła – / ach, jak rozpaczliwy, / jak flet przedęty, dziki i chrapliwy. / Lecz nigdy w ludzkiej krtani / taka dusza nie wyrosła, / taki jęk potępieńca z otchłani. / Ja z nim nie pójdę w zawody, / lecz wszystkim radzę! – / Efemerydy, lećcie w tan – / o kwiaty jezior, nereidy – na multankach w dąbrowie gra Pan”.

Stanisław Ignacy Witkiewicz: Pejzaż australijski

Stanisław Ignacy Witkiewicz: Pejzaż australijski

Erudycyjny twórca „Pieśni kurpiowskich” był istotą uniwersalnie uzdolnioną, degustującą swych giętkich sił w rozlicznych gatunkach prozy i poezji; czcicielem kunsztów i starożytnych konfesji, adoratorem imaginacji i filozofii – począwszy od mitów greckich a skończywszy na modnym ówcześnie nietzscheanizmie; znawcą języków i tradycji, a także wielbicielem wszelakich smaków świata, jakie cierpliwie formowały jego łasą na krasę ornamentu osobowość. W pracy swej nie mógł opierać się na narodowych wzorach, których w istocie nie było; lecz poprzez syntezę ewolucji Muzy europejskiej poprzedzającego go pięćdziesięciolecia, dane mu było przyswoić zaszłości i destylować odrębność formalną.

Michaił Wrubel: Lotny demon

Michaił Wrubel: Lotny demon

Niektóre narody nie podziwiają nowości, cenią natomiast to, co jest – jak widzą – dobrze zrobione i dobrze skomponowane artystycznie” – rozważał barokowy iluzjonista Pietro da Cortona, i ta przemyślna siedemnastowieczna maksyma zdaje się śmiałą ilustracją pozornie powikłanej i niespójnej drogi twórczej autora „Stabat Mater”. Walkę o nowy styl w rodzimej muzyce rozpocząć bowiem musiał od zapełnienia imponującej luki po zgasłym Chopinie, z marszu stawiając czoła szeregom marnych epigonów i zaściankowej mentalności. Nie jest siurpryzą zatem fakt, że napotykał na zjadliwość. „Ponieważ – jak donosił w XVI stuleciu Gian Paolo Lomazzo – w wyniku ułomności zepsutej naszej natury i ustawicznych podszeptów pradawnego przeciwnika ludzi, wśród czołowych specjalistów tej samej sztuki rodzi się ogromne współzawodnictwo i zawiść; to im bardziej ktoś wznosi się w górę, tym liczniejsi są ci, którzy starają się go ściągnąć niżej i odebrać mu walory

Witold Pruszkowski: Nimfy wodne

Witold Pruszkowski: Nimfy wodne

Utalentowana Benedetti bez przesady swinguje i samopas hasa w tym fantasmagorycznie perfumowanym i udrapowanym arabską szatą opusie, prezentując ugruntowaną dojrzałość, o jaką trudno by ją w ogóle podejrzewać. W tym oszałamiającym akcie zmysłów, zgrabnie i z cicha asystuje jej zwinny jak kot Daniel Harding, którego energetyczny ansambl roztacza efemerycznie wschodni sztafaż: lśniący, powabny i rozbuchany tysiącem barw egzaltowanego Orientu, a przy tym lekki, dyskretny i powstrzymany od nadmiernego cukrowania. „W każdym razie trzeba iść za fantazją swych inwencji, nadając im układ proporcjonalny i naturalny, odrzucając pomysły i dziwactwa innych, lub naśladując je ze zmianami i tak, by wydawały się własnymi” – nawoływał nieprzejednany akademik, Lomazzo; i bez dwóch zdań brytyjscy ekwilibryści tak właśnie postępują.

Wasilij Wereszczagin: W parku

Wasilij Wereszczagin: W parku

Egzotyczna i bujna tonalność, barokowo przepyszna wirtuozeria i wagnerowsko bizantyńska wystawność, jakimi chlubią się najwcześniejsze etiudy Szymanowskiego, łagodniejąc stanowczo pod ich odważnym a młodym tchnieniem, promienieją niezłomną, jak gdyby anglikańską schludnością. „Niechaj więc artyści dbają o to, by nowością posługiwać się zachowując zdrowy rozsądek i z dużą rozwagą miarkując swe inwencje wedle celu sztuki – nadmieniał Pietro da Cortona – powinni bowiem starać się połączyć przyjemność i pożytek – aby starali się pouczyć, a zarazem zabawić”. W rzeczy samej, wybornie powiedziane, a – co ważniejsze – istotnie odczuwane w recenzowanym przez nas credo.

Michaił Wrubel: Demon

Michaił Wrubel: Demon

Jeżeli chodzi o romantycznie stylizowane addenda, to jawią się one cokolwiek niejednorodne, aliści dorycka kariatyda rodem z zamglonej mrocznej Szkocji, radzi sobie z nimi nad podziw kształtnie. Bez wątpienia natrętnych purystów nie zbawi widomy brak rafinowanej ingrediencji pokroju nieskazitelnej frazy Szerynga czy Sterna, ale to wszystko jeszcze przed nią; za to bezbrzeżne moce wydobywające się z tak ponętnej i świeżej dłoni są czymś realnie nie do pogardzenia. „A przeto kto ma co dobrze umieć i z wdzięcznością to czynić, musi nie tylko tego patrzeć, aby to, czego się uczy dobrze czynił, ale też, aby sposobem czynienia był podobien mistrzowi, a mogło-liby to być, aby się weń prawie oblekł” – rozsądzał na kartach wielkopańskiego „Dworzanina”, maestro wdzięku Castiglione.

Witold Pruszkowski: Eloe

Witold Pruszkowski: Eloe

Dziecięca Nicola odkryła swojego guru w dogasającym Menuhinie, który wyłowił niesforną dziesięciolatkę z tłumu oddanych mu wiernych, a następnie raczył jej akompaniować w jednym z koncertów lipskiego Kantora. „Słucham wyłącznie najwybitniejszych – zdradziła potem w wywiadzie dla Deutsche Grammophon – Menuhina, Kreislera, Milsteina, Ojstracha i Heifetza. To maniera gry, jaką cenię najbardziej, i do której zamierzam aspirować”. Zaiste, ambicja godna szekspirowskiej lady Makbet, a na dodatek wcielana w czyn z iście makiaweliczną konsekwencją! „Księżyc i chmury – i ja – Twórca wolny! / Jam rozwulkanił te góry w przedwieku, / Ja widmo groźne żyjące w człowieku, / Ja niebo – gwiazdy dzierżę – i ów zamek dolny!” (T. Miciński)

Witold Pruszkowski: Wizja

Witold Pruszkowski: Wizja

Z drugiej strony okazalibyśmy jawną niesprawiedliwość, gdybyśmy posądzili czarowną Nicolę o tak wygórowaną megalomanię; wszak równie fascynujące są jej życiowa rozwaga oraz roztropność, nakazujące przystąpienie do twórczych gestów z chwilą – jak sama zauważa – „nabrania stosownej dojrzałości i zrozumienia wobec dzieła”. „Podczas jednego z serii koncertów w londyńskiej Wigmore Hall – kontynuuje – grałam trzecią sonatę Johannesa Brahmsa. Po pięciu latach sięgnęłam po taśmę z nagraniem i pomyślałam jak bardzo wówczas byłam niedoświadczona. Jednakże trzeba kiedyś zacząć, nieprawdaż?”.

Wasilij Wereszczagin: Dźwina o zmierzchu

Wasilij Wereszczagin: Dźwina o zmierzchu

Tą oględnością i zgoła niebywałą jak na nastolatkę kompetencją emanują towarzyszące głównemu menu XIX-wieczne salonowe precjoza, zaczerpnięte a to z szykownej i hybrydycznej spuścizny Saint Saensa (urzekająca habanera o nieco karaibskim posmaku, jaką piewca „Tańca śmierci” powziął był ponoć na skutek fascynacji trzeszczącym w ogniu drewnem kominkowym!), a to z fluorescencyjnego skarbca inspirujących słodyczy Chaussona („Ta muzyka pozostawia na boku wszelką opisowość wraz z anegdotą, urastając do rangi najczystszej emocji” – ewokował Debussy); medytacyjnej i balsamicznej ambrozji spod szyldu Masseneta (któż się nią nie delektował?), tudzież brahmsowskiej kontemplacji wespół z nieco irytującą transpozycją Maryjną, przygotowaną na okazję debiutanckiego albumu Nicoli przez wajdelotę Johna Tavenera.

Te animujące psyche, gustownie sączone okruchy, będące – jak rzekłby Bartolomeus Facius – „przecież niczym innym, lecz poematem bez słów”, prowadzi elektryzująca i niespożyta duchem Benedetti nad wyraz pieczołowicie i pieszczotliwie zarazem, gnąc się i mieniąc w podrygach niczym rozmigotana w trzcinie świtezianka, pląsająca powabnie „na modrej morza fali, – Gdzie Centaur dzikiej poucza mądrości, / Gdzie bór indyjskie rozwiesza wonności / I w wodospadach rzeka się krysztali” (T. Miciński).

Michaił Wrubel: Upadły demon

Michaił Wrubel: Upadły demon

W tak impresjonistycznie sentymentalny agregat wdziera się wszakże osobliwe signum temporis, które poświadcza, iż apetyczna wizualnie solistka nie jest bynajmniej cieniem historii. Mowa tu o enigmatycznej ścieżce, na której afektowana zaduma Masseneta nad egzystencją upadłej Tais, została wytrawiona doszczętnie z partii skrzypiec oraz poddana kuriozalnemu zabiegowi, jaki przywodzi na myśl „karaoke”. Surowe tło dźwiękowe można do woli zapełnić intymną projekcją wiolinistyczną albo rozległym spectrum dzwonków, czerpanym hojnie z osobnej bazy internetowej. Przyznam, iż nie korzystałem z takowej dyspozycji, zapewne z uwagi na postępujący kryzys wieku średniego, atoli jestem zmuszony przyznać, iż wynalazczość najmłodszej generacji zda się fizycznie nie znać granic. „A gwiazdom odparł królewski duch: / Wam przeznaczono okrężny ruch, / Mojej wolności dowodem błąd, / Serce me dźwiga w głębinach ląd. / Poszumy płaczą mogilnych drzew, / Lecz w barce życia płynie mój śpiew. / Ja budowniczy nadgwiezdnych miast / Szydzę z rozpaczy gasnących gwiazd” (T. Miciński).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 9 kwietnia 2010 at 11:47  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2010/04/09/nicola-benedetti/trackback/

%d blogerów lubi to: