Szostakowicz i Britten

Dymitr Szostakowicz i Benjamin Britten

Dymitr Szostakowicz i Benjamin Britten

Dla człowieka, który żyje myślą, świat jest bezlitosny” – dywagował Honoriusz Balzak, kontemplując czas perturbacji i przewartościowań ducha, w jakim dane mu było dopełnić istnienie – „Tutaj wszystko musi dawać wynik bezpośredni, realny; drwią sobie z prób zrazu bezowocnych, które mogą prowadzić do największych odkryć; nie cenią głębokich i wytrwałych badań, wymagających długiego natężenia sił”. Egzystencjalne traktaty Szostakowicza i Brittena, powołane w stuleciu terroru i paranoi żądnej maskować tragedię ujarzmionych, wyrastają z tych samych przemyśleń, konstytuując kruche acz nieprzejednane credo epoki, skąpanej tyleż w brzasku pogromów, restrykcji i egzekucji, co bezrefleksyjnej industrializacji kruszącej bogów, systemy i uświęcone dogmaty.

Kazimierz Malewicz: Dziewczęta w polu

Kazimierz Malewicz: Dziewczęta w polu

Autora Złotego wieku łączyła z ambitnym sukcesorem kunsztownej harmonii Purcella niewiarygodna jedność psyche, szydząca z totalitarnie wykoncypowanych granic i rozpłomieniona rostrum obustronnych inspiracji. Britten, admirujący posępną i melancholijną frazę rosyjskiego mistrza od zarania lat 1930-tych, kiedy to ów – na przekór fanatycznej stalinizacji i histerycznej depersonalizacji kultury – przedłożył ambiwalentne a enigmatyczne ekspozycje rozbrajające pospołu publikę i władze; nie wahał się czerpać z tej radykalnej spuścizny, przyoblekając w jej dramatyczne relikty instrumentalne suity i sonaty o reminiscencjach Tudorowskich.

Kazimierz Malewicz: Czerwony drwal

Kazimierz Malewicz: Czerwony drwal

Mścisław Rostropowicz pełnił funkcję ogniwa, jakie scalało i rozniecało twórcze poszukiwania dwójki gigantów peregrynujących po najintymniejszych zakamarkach człowieczego ducha. Zmrożone pejzaże, opustoszałe i wytrawione ze złudnej nadziei; arktyczne wichry dewastujące monotonną tundrę, za której zroszonym szarością a nostalgicznym mirażem czają się jęki skrzywdzonych i porzuconych; mgliste ekspiacje szepczące w alkierzach celtyckich krużganków i halucynacyjne nokturny alienujące upiorne szkockie scenerie – stance bolesnej dezolacji konsekrujące requiem udręczonego intelektu, jaki „w ciemnościach pustkowia czarnych, bez imienia i bez wspomnień” jest „już  tylko grobowcem zabłąkanym w otchłani” (Juliusz Laforgue).

Natalia Gonczarowa: Drwale

Natalia Gonczarowa: Drwale

Energiczny i utalentowany Rosjanin był – począwszy od wczesnych lat 1960-tych – adresatem tych wiolonczelowych konfesji, w których przejrzystym i opresyjnym zwierciadle skupiała się aluzyjna i esencjonalna egzegeza niesentymentalnej współczesności; on to patronował premierze Drugiego koncertu na wiolonczelę i orkiestrę, op. 126, uskutecznionej przez Szostakowicza 25 września 1968 roku, jak i Trzem suitom na wiolonczelę solo Brittena, z których Trzecia – skompletowana w 1971 roku – stanowi osobliwe muzyczne przesłanie, adresowane do piewcy Symfonii Leningradzkiej i deszyfrujące kody jego najsubtelniejszej myśli.

Kazimierz Malewicz: Półfigura w żółcieni

Kazimierz Malewicz: Półfigura w żółcieni

Światłocieniowy, lamentacyjny dyskurs o rzewnej linii melodycznej, wznoszącej się z głębin mrocznej a nieodgadnionej doliny w somnambuliczne opary niedomówień i trwogi. Introwertyczna medytacja wstrząsana erozją energii dyszącej wolą skruszenia okowów. Żałobna procesja kulminująca w emfatycznym bólu i powściągana ironicznym wspomnieniem ewokowanym w strzępach folklorystycznych Bubliczek. Groteskowa etiuda wieszcząca Breughlowską gmatwaninę uśmiechów i smutków podniebnej kondycji – Szostakowiczowski opus jawi się iluminującą introspekcją o szokującym rezonansie; mistyczną dysertacją istnienia afektowanego i sublimowanego, którego „rysy przepojone były melancholijnym wdziękiem, spojrzenie świadczyło o zawiedzionych wysiłkach, o tysiącu oszukanych nadziei” (Balzak).

Kazimierz Malewicz: Suprematyzm 1917

Kazimierz Malewicz: Suprematyzm 1917

Brittenowska pastorałka o quasi-idyllicznym klimacie, paktująca udatnie tyleż z cieniami historii, co konwencjami nieugiętej modernité, perfekcyjnie partneruje tej intensywnej eksplikacji, komentując jej niepojęte meandry, prześlizgując się po powierzchniach i na wskroś znaczeń, implikując semantyczne misteria i poruszając transparentne konkluzje, jakie finalizują się w uderzająco gorzkiej passacaglia, wieńczącej ten niepojęty dukt.

Pieter Wispelwey: Szostakowicz i Britten (okładka płyty)

Pieter Wispelwey: Szostakowicz i Britten (okładka płyty)

Zaiste niełatwo imaginować sobie rejestrację równie emocjonalną i impresyjną, a silniej obezwładniającą czucie, niżeli elukubracje Pietera Wispelweya wspomaganego rafinowaną maestrią Sinfonietta Cracovia. Dyskrecja, wrażliwość, homogeniczność i finezyjność niderlandzkiego solisty, dysponującego bodaj mocą infernalną, zaprzężoną w służbie transcendentnego misterium, są niepojęte, a łatwość i giętkość, jakimi ów elegancki erudyta dysponuje, wiodąc kontemplacyjne uniwersum ku apoteozie przenikającej zmysły, odejmują mowę bezradną wobec takiego dictum.

Natalia Gonczarowa: Kompozycja

Natalia Gonczarowa: Kompozycja

Kasandryczny monolog; złowróżbny, dotkliwy i rozedrgany, wiedzie w rewiry obce nikczemnej terrestria; w introspektywne kraje, gdzie „boleść jest światłem, które rozjaśnia nam życie” (Balzak), „życiodajne światło, które rządzi niebem, / jest daleko od myśli ciemnych rozbitych”, a każdy „kto zdoła je ujrzeć / nie powie więcej, że jasny jest Feb” (Boecjusz).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 30 kwietnia 2010 at 12:14  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2010/04/30/3241/trackback/

%d blogerów lubi to: