Koncerty Romualda Twardowskiego

Romuald Twardowski (okładka płyty)

Romuald Twardowski (okładka płyty)

Giganci, którzy powołali ten świat do zmysłowego istnienia, a teraz zdają się na nim żyć w okowach, są zaiste przyczyną jego życia i źródłem wszystkiego działania” – entuzjazmował się w dobie przewartościowań ducha William Blake, a piewca subtelnej dekadencji i chrześcijanin „in spe”, Huysmans z atencją donosił: „Kilka istot, zabłąkanych w ohydzie tych czasów, snuje marzenia na uboczu, a z żyznej gleby ich snów wytryskują nieprawdopodobne kwiaty o rozedrganym blasku, zapachu gorączkowym i jakże smutnym!”.

Ta nieodparta refleksja nawiedziła mą myśl po zaczerpnięciu nobliwie rafinowanej porcji (nie zapoznanej dotychczas przez piszącego te słowa dyletanta) muzycznej frazy kompatrioty Twardowskiego.

Wilfredo Lam: Dobre towarzystwo

Wilfredo Lam: Dobre towarzystwo

Czuję się skonfundowany przyznając, iż transparentnie przejrzysty idiom mistrza „Liturgii św. Jana Chryzostoma” był mi przez dekady nieomal obcy, i nie spoczywał w zakamarkach naglącej pamięci, ni nie trelował w meandrach duszy, gdzie królowała „pospolitość zabezpieczająca się  przed wpływami wyższego rzędu, jak worek z pakułami przed uderzeniem lufy” (Jules Barbey d’Aurevilly). Atoli przychylna gwiazda zezwoliła mojej podszytej ignorancją istocie, natchnąć się duchem kunsztownych dźwięków wileńskiego barda, przed którego godnym podziwu czynem klękam oto ze skruchą płomienistego neofity.

Wilfredo Lam: Kompozycja

Wilfredo Lam: Kompozycja

Człowiek nie wybiera sobie epoki; spętany cywilizacją, która narzuca swoje proporcje geometryczne i swoje władcze formuły, musi siedzieć cicho, gryźć wędzidło, pienić się nie ruszając z miejsca, żywić i poić własną krwią i wraz z nią łykać niesmak” – trapił się cytowany d’Aurevilly. Spirytualna spuścizna twórcy „Nagiego księcia”, prostolinijna, krystaliczna i fluktuująca muślinem tysiącznych odcieni, jawi się oczywistą taksacją tej frasobliwej prekognicji, oraz tłumaczy jej ewidentne osierocenie pośród zgiełkliwej i rozszczekanej papką codzienności.

Nasz wiek to wiek histeryczny, kiedy wątpiąc o wszystkim, / Bez Ojca, Sprawiedliwości, człowiek sam tu się znalazł, / Tocząc się przez nieskończoność na swej niepewnej skale…” – ubolewał nękany cierpliwą gruźlicą, Juliusz Laforgue. Nie śmiem przypuszczać dlaczego, ale wirtuozowskie opusy Twardowskiego, zdają mi się o wiele bardziej zakorzenione w dystyngowanej estetyce Saint Saënsa, onirycznych konfesjach Redona i symbolicznych smugach Laforgue’a, niżeli w postmodernizmie prostaczych gestów i krótkowzroczności naszej ery.

Wilfredo Lam: Równowaga

Wilfredo Lam: Równowaga

Estetyzujące i skrzące egzaltacją partie Koncertu skrzypcowego, epizodyczne parafrazy chasydzkiego zaśpiewu (Melodie hebrajskie) i zadziwiająco roztropny – chociaż studencki – traktat fortepianowy (I Koncert fortepianowy), awangardowy i historyzujący zarazem, o Andersenowskiej konfabulacji i kameralnym kroju; nadpływają w rozradowanych wdziękiem falach, uderzających lekko z głębin salonowego fin-de-siecle’u. Szlachetne formy lewitujące w niezmąconej przestrzeni i udrapowane w dyskretne piękności, cisną się gwarnie poza zasłoną deszczowego nieba.

Wilfredo Lam: Las

Wilfredo Lam: Las

Nieokreślona lekkość, rozmarzona tchnieniem liliowo-wonnej werbeny i rwącej w górę rezedy o białych oczach, różano-sine hortensje i senna bergamota spełniająca się w popołudniowej panieńskiej herbacie, wahliwy jedwab iskrzący blaskiem uśpionych pereł i aromaty sandałowych rozkoszy – uśpione wizje bezchmurnych dekad lśniące w zamglonych laserunkach, żarliwych barwach i powłóczystych melancholiach.

Ale jest w tej enigmatycznej i gustownej frazie także zuchwała ciężkość i gęstość życia; jest spektakularna, okrutna historia, politonalne rytmy Bartoka i biologiczne zjawy Strawińskiego; jest piękna i udręczona poza mędrca, który nie żąda „posiąść nieba”, ale „podziwia je, klęka, i nie pragnie go” (Alfred de Musset). Jest koszmar bytu spowity otokiem tęczy i rozkrzyczany nabrzmiałym uśmiechem, i jest lękliwe opętanie rysujące się na szybujących w przestrzeni tłach; posępna rozpacz, płomienna tęskność, „szlachetna wolność sumienia”, niepowtarzalna i „prowadząca do osamotnienia” (Musset).

Wilfredo Lam: Dżungla

Wilfredo Lam: Dżungla

Honoriusz Balzak uronił ongiś, że „na prowincji oryginał uchodzi niemal za szaleńca”. Jakże nietrudno odkryć alienację oraz wyjawić własne niezrozumienie, i jak niełatwo dźwigać na co dzień jej rozżarzone bólem owoce! Wodząc wzrokiem po ziemskiej domenie i rozważając intymne losy rozzuchwalone uwierającą skronie pasją i umęczone jej permanentnym niespełnieniem, oddaję się temu pieszczotliwemu i zmierzwionemu troską menu, z ukojeniem oraz poczuciem solidarności psyche.

Wilfredo Lam: Huragan

Wilfredo Lam: Huragan

Te ewokacje cudownego świata, te dzikie wrzawy skąpane w zdroju sublimowanej zadumy, te rozpustnie bajeczne emanacje Boga, rozsnuwają przed nabożnym rostrum zmysłów całą wspaniałość, całą wystawność i całe uniesienie tego ziemskiego przepychu, jakim jest człowiek. Posłuchajmy w uwadze jego triumfalnej mowy i kornie żywmy się jego orzeźwiającą esencją. „Bo jeśli nikt nie widzi – to po cóż Istnienie, / Rzeczywistość? Myśli? Miłość? Czegóż my świadkami? / Dlaczego życie, nie zaś powszechne Milczenie / Napełniające wiecznie tę Pustkę bez granic?” (Juliusz Laforgue).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 4 Maj 2010 at 10:00  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2010/05/04/romuald-twardowski/trackback/

%d blogerów lubi to: