Olivier Messiaen

Olivier Messiaen

Olivier Messiaen

Pragnąc udatniej implikować nadrzędne cnoty galijskiej Muzy, ukuto szereg foremnych definicji rozświetlających etniczne archetypy oraz mentalne atrybuty Francuzów. Przyjmowały one sublimowane miana, takie jak „lucidité”, „clarité”, „raison”, „esprit” czy „divertissement”, a ich obecność (bądź jej brak) wyrokowała o walorach konkretnego dzieła. „Biada temu, kto nie zapatruje się na przyrodzenie oczyma Fénelona i Homera!” – akcentował François René, hrabia de Chateaubriand, żądając od artystów służenia pięknu harmonijnemu, wolnemu od zmazy satyry i karykaturalności, oraz rozporządzającemu środkami odpowiednimi, aby odtworzyć Boskie uniwersum w jego nieograniczonym bogactwie.

Marc Chagall: Mosty nad Sekwaną

Marc Chagall: Mosty nad Sekwaną

Transcendentny program sztuki unikającej krańcowości stylistycznej i znajdującej ekspresję w subtelnej równowadze pierwiastków klasycznych i romantycznych, wyrażał się najpełniej w podążaniu za kartezjańskim métier; powściągliwym rzemiosłem francuskich wirtuozów: Boileau, Montaigne’a, Racine’a, Pascala, Moliera i Bossueta, którzy odnajdywali piękno w aspektach doskonalszych od samej natury oraz nie ustawali w respekcie wobec duchowej spuścizny przodków.

Marc Chagall: Wieczór w oknie

Marc Chagall: Wieczór w oknie

Z tak pojętego, schludnego ładu wyłamywały się tytaniczne jednostki pokroju Berlioza („Całe moje życie było jednym z tych żarliwych pościgów za ideałem powstałym z mojej własnej wyobraźni” – mawiał u schyłku egzystencji), Hugo („Nagromadzenie wzniosłości prowadzi mimowolnie do kontrastu, człowiek zaś odczuwa potrzebę odpoczynku nawet od piękna” – szydził z górnolotnych kanonów),  tudzież Delacroix („Cały ten niższy przerażający świat – pisał – w mniejszym stopniu symbolizuje toczący pianę potwór czy wspaniałe ciało leżącej nimfy, niż nieokreślona gama kolorów, te jakby chore barwy, które każą nam myśleć o śmierci”), tworzących – jak konstatował Gautier „trójnię sztuki romantycznej”. Jednak dopiero w hermetycznym kunszcie Messiaena skonsolidowały się stygmaty wykazujące najmniejszą bodaj analogię wobec dyskretnych, zdyscyplinowanych i odmierzonych receptur frankońskich prawideł.

Marc Chagall: Koncert

Marc Chagall: Koncert

Zapytany w wieku 37 lat o kanony najintymniejszej estetyki, autor „Kwartetu na koniec czasu” zwątpił zrazu, iż takowe posiada, po czym poważył się na osobliwą konfesję: „Mogę przypuszczalnie stwierdzić, iż preferuję muzykę oszałamiającą kolorystycznie, rafinowaną, nawet zmysłową; idiom, jakiemu nieobce są czułość i pasja, miłość i porywczość; muzykę, która porusza słuchaczy tam i z powrotem, i która śpiewa (z całym szacunkiem dla melodii, dla frazy melodycznej); muzykę, jaką ożywia świeża krew, której nieobce są bezsporne gesty, która wydziela dotychczas nie postrzeżony aromat, niczym ptak nie zaznający spoczynku; muzykę o naturze kościelnych okien, w której dopełniające się wzajemnie barwy wirują w ruchu; muzykę, dzięki której czas i jego wszechobecność stają się szczególnie ewidentne, która traktuje o podniesionych z martwych, o boskich i nadprzyrodzonych misteriach; muzykę, która jest niczym <teologiczna tęcza>”.

Marc Chagall: Niebo nad Paryżem

Marc Chagall: Niebo nad Paryżem

W dobie niepodzielnej autarchii rygorystycznego konstruktywizmu i bezustannych eksperymentów serialnych, credo takiego autoramentu mogło zabrzmieć co najmniej śmiesznie, o ile nie skandalicznie; aliści antycypowało ono olśniewające inkunabuły dźwiękowe w postaci „Symfonii Turangalila” o sensualizmie tak ekstatycznym a kondensacji tak monstrualnej, iż bledną przy nich wagnerowskie prefacje i Skriabinowskie poematy duszy.

Rzecz w tym, aby obdarzyć człowieka skrzydłami, dzięki którym mógłby wzbić się do sanktuarium, gdzie ukrywa się Bóg” – nawoływał Honoriusz Balzak. Ekskluzywna maniera Messiaena pielęgnuje abstrakcyjny strukturalizm skojarzony z medytacyjnym rytmem o proweniencji sanskryckiej, a także konceptualne rekolekcje Weberna skąpane w ambrozji egzaltowanej hollywoodzkiej słodyczy, afektowane passusy rodem z Pucciniego i manieryczne lisztowskie glissanda, apokaliptyczne rzymskie ekscerpcje infiltrujące buddyjskie studium o przemijaniu oraz elektroniczne synestezje dryfujące w biblijnych przestworzach i prawiące o dychotomiach niezmierzonej egzystencji.

Marc Chagall: Abraham i Trzej Aniołowie

Marc Chagall: Abraham i Trzej Aniołowie

Cały ten heterogeniczny firmament rozbłyskujący w sieci paradoksalnych kaskad i drwiący z konwencjonalnych szablonów, porażający nieprzeniknioną wizją bytu i profetyczną kombinacją pragmatycznego z tajemną literą Wszechświata, balansujący na krawędzi nie zapoznanych kosmicznych domen i transcendentnej Arkadii, jest nieprzerwanym hymnem celebrowanym w obliczu Boskiej omnipotencji i Jej nieskazitelnych wytworów. To entuzjastyczna teologia Stwórczej chwały, głoszona z wyżyn niezgłębionego nieboskłonu; transparentny esej o Pięknie syntetyzującym polimodalne kompleksje barwy i fonii; solenna iluminacja „Nowej Jerozolimy” – niezmierzonego „La Ville d’En-Haut” (1989) – na którego bezdrożach z uporem szukamy „ratunku dla swej indywidualności, uwiecznienia jej; czego nie da się osiągnąć ani poprzez naukę, ani sztukę, ani przez moralność” (Miguel de Unamuno).

Marc Chagall: Exodus

Marc Chagall: Exodus

Boga nie potrzebujemy po to, aby uczył nas prawdy rzeczy, ani ich piękna, ani by gwarantował moralność z pomocą kar i nagród, lecz aby nas zbawił, aby nie dał nam do cna umrzeć” – wieszczył de Unamuno. Piewca „Transfiguracji naszego Pana Jezusa Chrystusa” (1969) – ekscentrycznego oratorium o pozaliturgicznym rycie odżywiającym się arystotelicznym pryncypium św. Tomasza z Akwinu – był przywiązanym i wiernym katolikiem, zwykłym o sobie mawiać, iż „urodził się wyznawcą”; a nadto cierpliwym organistą w paryskiej świątyni Saint-Trinité, gdzie przez sześć dekad akompaniował i improwizował z iście benedyktyńskim poświęceniem a żarliwością godną Brucknera.

Pracować tylko dla tłumu, to wykonywać zawód; pracować tylko dla znawców, to uprawiać wiedzę. Sztuka nie jest ani nauką ani zawodem” – tłumaczył swoją ofiarność parafrazując Alfreda de Musset. Herolda „Des canyons aux étoiles” (1974), przekonanego o ortodoksji chrześcijańskiej misji i oddanego osobistej predestynacji tkwiącej raczej w filozoficznej egzegezie, niżeli komponowaniu sensu stricte, nie nurtowała przy tym piecza o adekwatność euforycznych eksplikacji z wymogami religijnego kultu.

Marc Chagall: Błękitny skrzypek

Marc Chagall: Błękitny skrzypek

A jednak, u schyłku wypełnionych twórczym trudem godzin przyznawał: „Jedną z tragedii mojego życia jest to, że jako twórca o ogromnej pobożności, muszę przemawiać o wierze do ateistów. Jak oni są w stanie mnie zrozumieć? Inny dylemat polega na tym, iż kiedy słyszę dźwięki, natychmiast widzę w umyśle stosowne barwy. Oznajmiłem o tym fakcie publicznie, lecz nikt mi nie wierzy. Niezależnie od tego jaką bogatą paletą barw rozporządzam, słuchacze słyszą, ale nie widzą niczego”. Czyżby autorowi inspirujących „Poèmes pour Mi” (1936), spajających majestatyczne obrazy Delfinatu z ewangeliczną imaginacją i surrealną poetyką Bretona, dała się we znaki Balzakowska maksyma rzucona przez jednego z poronionych herosów, Gambarę: „Moje nieszczęście zrodziło się z tego, że słuchałem koncertu aniołów, sądząc, że ludzie potrafią go zrozumieć”? Zaiste, niełatwo w to wątpić.

Marc Chagall: Słońce nad Paryżem

Marc Chagall: Słońce nad Paryżem

Piewca „Przebudzenia ptaków” (1953) i „Ptaków egzotycznych” (1956) – przedłożonych z ezoterycznym splendorem, hipnotyzującą feerią i metafizyczną esencjonalnością – był ornitologiem o niespożytej admiracji wobec skrzydlatej konfraterni, jaką traktował z niedoścignioną estymą i franciszkańskim poświęceniem. Bukoliczna kantylena rozśpiewana pastoralnym szczebiotem leśnej ferajny, zrytmizowana cyklicznym stukotem tam-tamu i rozproszona w opalizujących ingrediencjach Wschodu, rozpościera do lotu skrzydła skąpane w klangu jawajskich gamelanów i tybetańskich tantr zamierających w szarościach mgieł.

Marc Chagall: Kochankowie pod wieżą Eifflla

Marc Chagall: Kochankowie pod wieżą Eifflla

Jeszcze więzi ją starogreckie metrum o agnostycznej retoryce, utkane w sieci ambiwalentnych palindromów, miarowych przetworzeń i truistycznych dyminucji; jeszcze rozbrzmiewa surowy kanon o hamletycznej ekspozycji i perpendykularnej teksturze; jeszcze szepcze po kątach doktrynalna limitacja wahająca się wkroczyć na obszar Niemożliwego. Ale serce spętane rygorem przeszłości walecznie kruszy archaiczne okowy, otwierając podwoje na świat rozpłomieniony żarem emfatycznego Piękna; przemierza meandry Sekwany i Missisipi, bada zaułki egipskich świątyń i gotyckich katedr, spoczywa w cienistych krużgankach Asyżu i na bezdrożach azteckiej dżungli.

Marc Chagall: Wiejska Madonna

Marc Chagall: Wiejska Madonna

Bard „Et expecto resurrectionem mortem”(1964) ogarnia je wzrokiem i myślą humanisty, wzywającego mężnych zdolnych unieść ciężar epoki, ostrzegającego wątpiących, a nade wszystko prawiącego o odpowiedzialnej misji człowieka wiary, w której spełnieniu uczestniczą wytrwałość, ofiarność i nieskazitelna moralność: „Kiedy powrócimy do stanu łaski, Duch Święty nada nam nowe imię, a imię to będzie wieczne” (Jan Van Ruysbroeck).

© Andrzej Osiński

Reprodukcje z Internetu

Advertisements
Published in: on 3 listopada 2010 at 9:28  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2010/11/03/olivier-messiaen/trackback/

%d blogerów lubi to: