Jan Sebastian Bach: Sonaty na violę da gamba

Hendrick Terbrugghen: Koncert

Hendrick Terbrugghen: Koncert

Platon, wiążąc koncepcję rzeczywistego bytu Sztuki z transcendentnymi ideami, których ziemska wytwórczość jawi się jeno marnym refleksem, rozważał: „Piękno jest samo w sobie niezmienne i wieczne, a wszystkie inne przedmioty piękne uczestniczą w nim jakoś w ten sposób, że podczas gdy same powstają i giną, ono się ani pełniejszym nie staje, ani uboższym, ani go żadna w ogóle zmiana nie dotyka”.

Descendent myśli Sokratesa, idealista i wizjoner, nie epatował entuzjazmem wobec szlachetnych naśladowców natury, żądając od ich doczesnych kunsztów nieskazitelnej miary i proporcji, a potępiając za zmysłowość.

Hendrick Terbrugghen: Chopiec grający na flecie

Hendrick Terbrugghen: Chopiec grający na flecie

Estetyczne przymioty, poruszające czucie odbiorcy, spełniały swą rolę o tyle, o ile przez podobieństwo do absolutu, mogły w tym Pięknie mieć jakiś udział, i wynikały z wyższego tchnienia („furor divinus”). Ów niezmącony wzorzec, choć istniejący poza światem, był nieodmiennie osiągalny, i jako taki stanowił macierz. „Rodzaj ludzki także pozostaje w najlepszej kondycji wtedy, gdy naśladuje na tyle, na ile pozwala mu jego własna natura, charakter Niebios” – wołał na kartach dumnej „Monarchii”, czternastowieczny spadkobierca tych szczytnych myśli, Dante.

Jan Sebastian Bach – syntetyzator podniosłych manier; natchniony autor, przeniknięty pragnieniem objęcia muzycznych dziejów w ich niepomiernej kwiecistości, a nadto w ich specyficznych antonimiach, rycie zaprzeszłym i teraźniejszym, asymilacji i intuicji, matematyce i religii; zdaje się najoczywistszym sukcesorem antycznych teorii, stosunków, dążeń.

Hendrick Terbrugghen: Śpiewak

Hendrick Terbrugghen: Śpiewak

Rozumu i myśli samej przez się [artysta] nie jest zdolny przedstawiać, bo nikt żadną miarą nie może tego oglądać ani opisać – rozsądzał w swojej rześkiej oracji, Dion Chryzostomos z bityńskiej Prusy – Radzimy sobie w ten sposób, że dajemy bogu ciało ludzkie jako naczynie myśli i rozumu. Choć nie posiadamy wzoru, usiłujemy przez rzeczy dostępne i wyobrażalne ukazać to, co niewyobrażalne i niedostępne, posługując się siłą symbolu”.

Bachowski geniusz, nie partycypujący zewnętrznie w filozoficznych dysputach epoki i zaszywający się w wiedzy z gruntu praktycznej, niósł teologię najwyższej próby i pojednanie ważkich polemik, a wyczerpując kwestie dydaktyczne, fundował skarbiec nie lada podniet i niepoślednich Bożych idei, owych „sił natury, sztuki, odkrywczości, piękna, żartu i dowcipu”, jakie „są dla nas również pośrednikami”, i które „dają nam złagodzony obraz Odwiecznego” (Ludwig Tieck).

Hendrick Terbrugghen: Wieczerza w Emaus

Hendrick Terbrugghen: Wieczerza w Emaus

Te sofistyczne refleksje prezentują się w pełni uzasadnione w obliczu światłocieniowych sonat na violę da gamba i klawesyn, o specyficznej fuzji pierwiastków: intymnego z nadludzkim i fizycznego z bezcielesnym, w jakich surowy lipski Kantor ostentacyjnie się rozpływał. Pozwalając, aby instrumentalnie wiotkie stance zyskały walor liturgiczny, Bruno Cocset wraz z konfratrami z Les Basses Réunies, przedkłada te skromne objętościowo facecje w najosobliwszej konfiguracji efemerycznej violi altowej (nie istniejącej w oryginale a sporządzonej na podstawie siedemnastowiecznego sztafażu pędzla Bartolomeo Bettery), wespół z wymyślnym ansamblem viol bastarda o zmiennych strojach i onirycznym continuo.

Hendrick Terbrugghen: Święty Sebastian

Hendrick Terbrugghen: Święty Sebastian

Uczenie jest najwyższą rozkoszą nie tylko filozofów, ale również wszystkich innych ludzi, tylko że ci krótko biorą udział w tej rozkoszy” – podkreślał na kartach złożonej „Poetyki”, Arystoteles. Prawda istotna, albowiem mamy tu do czynienia z jawnym novum: kompanią smyczków święcących słyszalne triumfy w egzaltowanej dobie Marina Marais i Piotra Corneille’a, aniżeli pośród oświeceniowych amplifikacji.

Wszystkie wielkie, wszystkie piękne rzeczy nigdy nie mogą być dobrem wspólnym: Piękno należy do niewielu” – podnosił Horacy. Będąc pojętnym wiolonczelistą, Cocset mężnie przemieszcza się ku polifonicznym chordofonom promiennej ery Ludwika XIV, eksplorując za pomocą ich wirtuozowskich krojów spektrum tysiącznych afektów i niezliczoność bujnych odcieni, tudzież afektowaną linię melodyczną: esencjonalną i nienaganną – godną moralizujących wersalskich inscenizacji, „gdzie uczono cnoty nie gorzej niż w akademiach filozofów” (Jean Racine).

Hendrick Terbrugghen: Duet

Hendrick Terbrugghen: Duet

Żywiąc świadomość, iż kwintesencja Bachowskiej frazy z jej elaboracją melizmatów, dostatkiem dyminucji i niedosiężnym kontrapunktem, a nadto efektownością narracji, upodobaniem do transkrypcji, jak również rezolutnością harmonii, wiedzie swój nieprzeciętny byt wprost z ambiwalentnej ery kartezjańskiej, a nie stulecia encyklopedystów, galijscy kameraliści odsłaniają te eminentne źródła, snując pozaczasowy dyskurs o aksamitnie lśniącej gracji, emblematycznej melancholii i transparentnym humanizmie. W nim to udatnie konferują płomienny ferwor, książęca hojność i posągowa dworna wzniosłość, „serce zaś nasze, nasycone miłością, woła radośnie unoszone i kołysane na jej falach; gdyż miłość, gdziekolwiek tylko spojrzę, wychodzi mi naprzeciwko w tysiącach zmiennych postaci” (L. Tieck).

Kiedy oglądamy namiętność lub wrażenie odmalowane w naturalnych słowach, znajdujemy w sobie samych prawdę tego, co słyszymy; prawdę, o której istnieniu w nas nie wiedzieliśmy wprzódy – syntetyzował Pascal – Stąd czujemy sympatię dla tego, który dał nam to uczuć; ukazał nam bowiem nie swoje dobro, ale nasze”. Sublimowaną i poetycką kanconę uprzędzono na modłę ekscentrycznego poliptyku o intrygująco rytualnej triadzie: chorał – sonata – trio (w finale: chorał – sonata – chorał), natomiast każdą z obramowanych złotem sonat osacza ezoteryczne błądzące preludium i wyrafinowane responsorium.

Hendrick Terbrugghen: Niewierny Tomasz

Hendrick Terbrugghen: Niewierny Tomasz

Tym samym, nad wyraz taktownie zostały zespolone pozornie skontrastowane tematy sakralne i świeckie, a irrelewantne kontradykcje między nimi ustąpiły pola rozśpiewanemu i tajemnemu misterium o wysmakowanych cynobrowych glansach. I oto bezgłos księżycowego interioru przepełnia Caravaggiowski luminizm o orzechowych tonach brązu, podcieniowany srebrnością struny i zmatowiony mosiądzem basu.

Pośród zmrożonych empor i nieruchomych krużganków świątyni, rozbrzmiewa ekstrawagancki, wzorzysty poemat o finezyjnie zajadłej gamie, jakby zapożyczonej z kabalistycznych płócien de La Toura i Terbrugghena: na przemian spartański i wytrawiony, to rubensowski w żarliwej świetności.

Hendrick Terbrugghen: Flecista

Hendrick Terbrugghen: Flecista

A gdy soczystą zgiełkliwą wrzawę o nawarstwionym obficie dźwięku, opasuje znikoma pustka w atramentowo sennym mroku, gdzieś w drżącej ciszy tli się nietrwały płomyk świecy, zamierający w martwej dali i przywabiany dłonią młodocianego anioła. Spuszczone oczy, opadłe dłonie, stężałe twarde gesty…

Ostatecznie bowiem czymże jest człowiek w przyrodzie? Nicością wobec nieskończoności, wszystkim wobec nicości, pośrodkiem między niczym a wszystkim. Jest nieskończenie oddalony od rozumienia ostateczności; cel rzeczy i ich początki są dlań na zawsze ukryte w nieprzeniknionej tajemnicy; równie niezdolny jest dojrzeć nicości, z której go wyrwano, jak nieskończoności, w której go pogrążono” (Pascal).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 10 listopada 2010 at 13:09  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2010/11/10/jan-sebastian-bach-sonaty-na-viole-da-gamba/trackback/

%d blogerów lubi to: