Johann Heinrich Schmelzer

Johann Heinrich Schmelzer (okładka płyty)

Johann Heinrich Schmelzer (okładka płyty)

Naprawdę wielcy ludzie to ci, których się nie zna, o których się nie wie” – artykułował Ernest Renan, i ta emblematyczna maksyma łacno mogłaby uchodzić za twórczy konterfekt Jana Heinricha Schmelzera, którego bez mała zapomnianą personę, peregrynujący po wiedeńskim Hofburgu weimarski kancelista Johann Sebastian Müller, scharakteryzował był w roku 1660 mianem „słynnego i omal najznamienitszego skrzypka w całej Europie”.

Schmelzer, kapelmistrz imperialnego domu Habsburgów, wirtuozowski wiolinista, kompozytor i mentor, zaznający w czas tej incydentalnej wizytacji bezprzykładnej renomy, pochodził z zapadłej mieściny w Górnej Austrii, którą opuścił, aby użyczać swego roziskrzonego dyszkantu sztuce nadwornej polifonii. Tu, rychło zdradziwszy predylekcję do instrumentalnych ekstrawagancji, został zauważony i wyselekcjonowany z grona podobnych mu rówieśników przez przesławnego Antonia Bertali; totumfackiego Ferdynanda III i spadkobiercę sublimowanej frazy italskich gigantów: Biagio Mariniego, Carlo Fariny oraz Giovanni Battisty Buonamente.

Pieter Claesz: Śniadanie

Pieter Claesz: Śniadanie

Mędrcy, którzy pisali przed nami, to podróżni, którzy poprzedzali nas na ścieżkach niedoli: wyciągają do nas rękę i zapraszają, abyśmy się trzymali ich towarzystwa, kiedy wszystko nas opuszcza” – rozważał Bernardin de Saint-Pierre. Piewca „Lamento sopra da morte di Ferdinando III” wyciągnął ważką lekcję z tych postępowych doświadczeń, przeszczepiając na żyzny niemiecki grunt arabeskową i chimeryczną sonatę na skrzypce, której elokwentne tekstury poddał rafinacji i modulacji tak osobliwej – dopuszczając germańską ekstrawersję, słowiańską śpiewność i naddunajską afektację – iż przyoblekła ona kształt iście zadziwiający. Stąd oto wiedzie dukt, który niepozornego „instrumentalis musicus”, debiutującego w szrankach cesarskiej orkiestry w barwach waltornisty (sic!), zawiódł podczas fertycznej ery Leopolda I na artystyczny parnas, z jakiego raczył się on był wyłaniać niczym antyczna Anadyomene.

Pieter Claesz: Martwa natura ze skrzypcami

Pieter Claesz: Martwa natura ze skrzypcami

Skrzypce doświadczające na przestrzeni stulecia znaczonego tytanicznym czynem Michała Anioła rzeczywistej emancypacji i spirytualizacji języka transmisji, okazały się tym medium, które w stopniu skończenie perfekcyjnym korespondowało z wewnętrznym rostrum Schmelzera, wyrażając jego najintymniejsze emocje i myśli, stymulując, inspirując i obdarzając bodźcem do przekraczania Absolutu. Konsekutywne opusy, uskuteczniane w latach 1659 („Duodena selectarum sonatarum”), 1662 („Sacro-profanus concentus musicus”) i 1664 („sonata unarum fidium”), konstytuują milowe stance w kronice progresywnego gatunku, krusząc radośnie wiążące pęta i żonglując do woli konwencją.

Pieter Claesz: Martwa natura ze śledziem

Pieter Claesz: Martwa natura ze śledziem

Ponadprzeciętna biegłość techniczna przejawiająca się w niewiarygodnej elastyczności smyczkowania w górnych rejestrach, predylekcja do ekstremalnej skordatury rozkwitającej w sieci ostentacyjnych akordów i fluktuacja trybów tonalnych; a także egzaltowana kantylena i melodyczna ekwilibrystyka przebiegająca podskórnym pulsem rozwibrowane pasaże gnące się na kształt łani pokonującej zwinnie leśne ostępy, albo i tęczy rozpinającej swoje olśniewające oblicze pośród kolorów rozedrganego wieczoru, namacalna plastyczność okraszona nerwem intrygującej narracji i oniryczna gracja o baletowej proweniencji – oto symptomy tego profetycznego kunsztu, domagającego się biegłości, o jaką zaiste niełatwo, i który swego czasu opatrywano etykietą „opornego do nauczenia, acz nadzwyczaj łatwego do nie-nauczenia”.

Willem Claesz: Martwa natura

Willem Claesz: Martwa natura

Schmelzer niestrudzenie przekazywał pryncypia osobistego warsztatu dwóm podopiecznym, którzy w znoju i pocie czoła przyswajali je niczym tajniki średniowiecznej alchemii, roztropnie rezygnując z partycypacji w innych projektach; jak chociażby z wykonywania kokieteryjnej galanterii Lully’ego o bezpretensjonalnej konduicie żądającej arcy-lekkiego smyczkowania, niekompatybilnego wobec utrudzonej maniery niepobłażliwego mistrza… Cóż, „słabe dusze obawiają się czystego entuzjazmu, bo nie potrafiłyby nieść jego żaru i brzemienia” (Alfred de Vigny).  Z kolei autor „Die musikalische Fechtschule” był – jak rzekłby Wiktor Hugo – „drzewem, którym mogą targać różne wiatry i które może się poić różną rosą”. „Nosił on w sobie dzieła jak owoce, niczym bajarz nosił swoje bajki”, i mimo obrania abstrakcyjnej formalnie drogi twórczej, nie myślał uchylać się od rozpieszczania rozkapryszonych dworskich gustów. Swoje  koncertmistrzowskie obowiązki  pełnił sumiennie a precyzyjnie, projektując przed flegmatyczną wiedeńską socjetą tuziny frywolnych pantomin, dram a burlesek.

Pieter Claesz: Martwa natura z tytoniem

Pieter Claesz: Martwa natura z tytoniem

W doskonałości sztuki oglądamy w najczystszym i najpiękniejszym kształcie wymarzony obraz raju, niezmąconego szczęścia” – uronił ongiś herold niemieckiego romantyzmu Ludwig Tieck. Buduarowa elegancja skojarzona z zapierającą dech inwencją, która wszelako nie pławi się sama w sobie dla próżnego li tylko efektu, a stanowi o integralności transcendentnej frazy, zaowocowała serią nieskazitelnych Schmelzerowskich wytworów o transparentnej dykcji i hipnotyzującej koncentracji. Ceremoniują się one „grazioso” pod eterycznym smyczkiem Hélene Schmitt, chwalebnie konferującej na osiemnastowiecznych gęślach z udatnej pracowni Camilliego.

Jan Davidsz de Heem: Kwiaty

Jan Davidsz de Heem: Kwiaty

Prowokacyjna „Sonata Quinta” (a-moll) o impresyjnych, kwiecistych sekwencjach szydzących z restrykcyjnych figur i sekcji, uprzedza nieco swą rozmarzoną i rapsodyczną towarzyszkę (D-dur), odzianą w kostium wirtuozowskich wariacji i anhellicznych akordów niknących w przestworzach niebios; jak również hybrydyczną sonatinę o powłóczystości alegorycznej suity rozsiewającej upojne takty w oranżeriach różano-bladych rozkoszy. Do ich szemrzących pluskiem uciesznych rewirów, umajonych gajami szkarłatniejącymi w brzasku porannej jutrzenki, nad wyraz chętnie pielgrzymowali Biber i Muffat.

Tutaj – perląca się i kwiląca trelem skwapliwych skowronków – została skonfrontowana z marmurową Sonatą H-Dur o syntetycznych, mosiężnych kadencjach, triumfujących w rzęsistym złocie pączkującego lazuru. Prawią one o dziwach człowieczej egzystencji przemierzającej „wysokie drogi najszlachetniejszych duchów” (Tieck), zatopionej w nieszczęsnych łkaniach duszy rozpłomienionej melancholijną niewinnością, kontemplującej siebie i pokonującej „puste i mgliste fantomy, które zazwyczaj nazbyt łatwo napełniają naszą fantazję przerażeniem i bojaźnią” (Tieck).

Jan Davidsz de Heem: Martwa natura

Jan Davidsz de Heem: Martwa natura

Balsamiczne płody błądzące w labiryncie zielono-listnego wykwintu przyprawiono szczyptą łagodnej ingrediencji o przedwiosennej świeżości i wybujałej krasie: gigą „Młynek do pieprzu” (niem. Pfefferstossl), lekką i zwiewną, iż jawi się ona raczej ułudą – a przecież jak pouczał Blake „stworzenie drobnego kwiatu jest wieków pracą” – oraz melancholijną chaconną o pointylistycznym szamerunku i wyszukanej słodyczy.

Niepozorne klawesynowe ekscerpcje zaczerpnięte z annałów literalnie nie zapoznanego Wolfganga Ebnera, utkane w arkadyjski gobelin o srebrzystobiałym przędziwie, tudzież misterna wyprawka na teorban pióra Giovanni Pittoniego przydają blasku i poloru temu apollińskiemu menu będącemu najcudowniejszą emanacją tkliwego Piękna; tchnieniem idyllicznej poezji, która jest „początkiem i końcem wszelkiej wiedzy – jest tak nieśmiertelna jak ludzkie serce” (William Wordsworth).

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 6 września 2011 at 12:36  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/09/06/johann-heinrich-schmelzer/trackback/

%d blogerów lubi to: