Teofil Gautier: Piękno wyzwalające ducha

Theophile Gautier

Theophile Gautier

Są biografie łatwe do napisania; na przykład ludzi, których życie roi się od wydarzeń i przygód; pozostaje wtedy tylko zarejestrować i uporządkować zdarzenia oraz ich daty, – ale tu nic z tej różnorodności materialnej, która zadania pisarza redukuje do kompilatorstwa. Nic, tylko ogrom duchowy! Biografia człowieka, którego najbardziej dramatyczne przygody rozgrywają się w ciszy, pod kopułą jego mózgu, jest pracą literacką zupełnie innego rzędu. (…) Co mogłaby zawierać biografia słońca? Jest to historia, w której pełno monotonii, światła i wielkości, odkąd ta gwiazda dała znak życia”  (Karol Baudelaire: „Studium o Teofilu Gautierze”).

I.

Jeden z literackich bohaterów Teofila Gautier (1811-1872), wyrafinowany kawaler d’Albert, czerpiący egzaltowane miano z powiastki Albertus ou l’ame et le péché (1833), traktującej o chłopięcym malarzu uwikłanym w potępieńczą więź z czarownicą, poważył się na następujące wyznanie: „Gdybym był poetą, poświęciłbym swoje pieśni tym, którzy chybili swego istnienia; których strzały nie dosięgły celu; którzy zeszli się ze słowem, jakie mieli do powiedzenia, nie uścisnąwszy przeznaczonej im dłoni. Poświęciłbym je wszystkiemu, co poronione, co minęło nie postrzeżone przez nikogo: zdławionemu ogniowi, geniuszowi bez ujścia, nieznanej perle na dnie morza”.

Jean Leon Gerome: Batszeba

Jean Leon Gerome: Batszeba

Czyż nie jest to konfesja godna romantycznego entuzjasty porzucającego pędzel na rzecz pióra i oddającego się wyłącznie „miłości wawrzynów”; subtelnego prowokatora wytyczającego teorie i kreującego trendy, południowca o apollińskiej prezencji, wiodącego zastępy wiernych na bój z paryskim filisterstwem, cyzelatora słowa zmuszonego wieść nerwową i ograniczoną egzystencję recenzenta i publicysty, a nade wszystko ironicznego humanisty o znikomej atencji dla realnego świata ze swoim wąskim pragmatyzmem, bezduszną pogonią za materię i wątpliwym postępem?

Budziły one w twórcy Panny de Maupin najwyższy wstręt, zachęcając tę ambiwalentną istotę oscylującą pomiędzy ekscentryczną perwersyjnością buntownika a martwą pozą sceptyka ogarniętego deziluzją, do podążania drogą uwielbienia Piękna niosącego wytchnienie, harmonię i równowagę; pogrążenia w pogańskim oddaniu dla ideału gardzącego wyrzeczeniem i ascezą, popychały ku jawnej dezercji w krainy zaklęte a obsesyjne, oszałamiające tajemnymi popędami i niewysłowioną rozkoszą.

Jean Leon Gerome: Wenus

Jean Leon Gerome: Wenus

Kwiaty, światło, zapachy, jedwabista skóra, której czujemy dotknięcie, zamglona i nie wiadomo skąd płynąca harmonia; oto najistotniejsze szczęście; nie ma sposobu być szczęśliwszym inaczej” – ujawnia rozpłomieniony egzystencjalnym niespełnieniem d’Albert, pisarskie dziecię o imieniu, jakie niemal do Gautiera przylgnęło i którym został był na wieczność napiętnowany przez Alfreda de Musset oraz Wiktora Hugo, a inny porte-parole amoralnego mistrza dystansu – somnambuliczny Onufriusz o Hoffmannowskiej proweniencji „czytywał jedynie cudowne legendy i dawne romanse rycerskie, poezje mistyczne, rozprawy kabalistyczne, niemieckie ballady, księgi o czarach i demonografii; pośród rzeczywistego świata, który otaczał go swym brzękiem, tworzył sobie przy ich pomocy świat wizji i ekstazy, do którego niewielu dany jest dostęp”.

Hermetyczna postawa autora Kapitana Fracasse, znamienna dla doby triumfu geniuszu i arcydzieł wieńczącej ćwierćwiecze krwi i chaosu oraz porażającej kryzysem wartości mimo pozorów zewnętrznego ładu, wyraża świadectwo narodzin nowego człowieka, który – jak oszacował Stendhal – „nie ma nic wspólnego z lalkami antyszambrującymi w Wersalu”, i który – niczym Gautierowski Oktawiusz de Saville – „cierpi na chroniczną niemożność życia”, ową mal du scle, moralną i bardziej częstą, niż się to wydaje”. Inteligencji ery schyłkowego absolutyzmu obcy był niepokój o sens istnienia; religijni odnajdowali go w niepodlegającym dyskusji zespole chrześcijańskich cnót i reguł, niewierzący – w oświeceniowej filozofii uśmierzającej intuicję i obłaskawiającej żądze.

Jean Leon Gerome: Une plaisanterie

Jean Leon Gerome: Une plaisanterie

Jednak w latach, w których piewca Komedii śmierci, snuje poetyckie wizje siedząc w kucki na eleganckiej otomanie i chwytając ulotne kombinacje kształtów, nikt nie jest wolny od lęku i nikomu nie zbywa na ufności, a „wszystkie nie zużyte namiętności szemrzą głucho w sercu i pożerają się między sobą w braku innej strawy, jak bestie w menażerii”. W dusznych oparach wzruszeń i westchnień, w boskim natchnieniu pragnącym oddalić przemijalność, w stłumionej jaźni łaknącej niewymuszonej wolności od reguł, dogasa martwy intelekt, uchodzi myśl dyskursywna a wyrachowana, pierzchają racjonalne abstrakty kandydujące do opisu uniwersum; rodzą się tęsknoty, nieodparty pęd ku tajemnicy, przeczucie rewirów koncypowanych i nadprzyrodzonych, kojarzą sztuki pretendujące ujarzmić realność środkami odmiennymi acz nie kolizyjnymi; cywilizacja „pragnie żyć życiem, które powstaje pod piórem poetów”. Tymczasem „piękna wyobraźnia, nadmiernie rozbudzona sztucznymi sposobami, zużyła się na próżnych wybrykach”.

Jean Leon Gerome: Ostatnia modlitwa

Jean Leon Gerome: Ostatnia modlitwa

Chrześcijańskiemu humanitaryzmowi wskrzeszonemu piórem Chateaubrianda, idealizowanemu konterfektowi średniowiecza odżywiającemu boleść za postradaną niewinnością i prostotą, wzniosłym nadziejom na przyszłość nieskrępowaną ortodoksją i konwencją (tak usilnie propagowaną przez nieocenioną panią de Staël), kres zadaje Rewolucja Lipcowa przywodząca do władzy nowoczesną finansjerę zjednoczoną nienawiścią do marzeń. „Nagle zetknąłem się z widmem cywilizacji; moim śmiertelnym wrogiem – tak w postludium Podróży do Hiszpanii (1840) napisze jej wielki przegrany, Teofil Gautier – skończył się mój sen o swobodnej włóczędze, mam wrócić do dziewiętnastowiecznego życia, by w nim pozostać na zawsze”.

Z buntu wobec dogmatów użyteczności bogobojnej i umoralniającej; z woli rozprawy z dziedzictwem oschłym i pedantycznym, rodzą się hałaśliwe frakcje: „Jeunes-Frances” (wywodząca swą nazwę z osobliwości prozatorskich o mianie Młoda Francja, opublikowanych w roku 1833) i „Bousingots”, obfitujące w ekstrawagancję i pogardę dla kwestii społecznych. „Ludzie są dla mnie jedynie majakami, nie czuję ich istnienia – jawna awersja protagonisty Grotesek wobec naznaczonej stygmatem merkantylizmu zewnętrzności jest oczywista – Porusza się dokoła mnie blady świat cieni, fałszywych lub prawdziwych pozorów, które brzęczą głucho, pośród których czuję się tak bardzo sam, jak tylko możebnie”.

Jean Leon Gerome: Muzułmanin

Jean Leon Gerome: Muzułmanin

Nowe idee krystalizują się na łamach „Muzy francuskiej” redagowanej przez braci Deschamps (1823-4), w zaciszu paryskiego Arsenału pod estetyczną pieczą Karola Nodier – wizjonera, erudyty i autora ezoterycznych bajek; w czerwonym salonie przy Notre-Dame-des-Champs, skąd przyszły herold Nędzników obwieszcza profetyczne manifesty znaczące przedmowy do Cromwella (1827) i Poezji orientalnych (1829): „Wszystko przynależy do sztuki, wszystko ma prawo bytu w poezji – występuje – Krytyka nie ma powodu, aby stawiać pytania, poeta zaś nie ma obowiązku składania sprawozdań (…) Przestrzeń i czas należą do poety. Niech więc poeta idzie, gdzie chce i robi, co mu się podoba: takie jest prawo”.

Powstanie ekskluzywnej „szkoły sztuki”, jednoczącej aspiracje plastyków i literatów, pławiącej się w artystycznej swobodzie i transformującej otoczenie podług osobiście pojętych kryteriów Piękna i Prawdy, stało się faktem. „Forma jest wieczna; temat, akcja są to rzeczy przypadkowe” – oto credo jej eminentnego apologety i subtelnego parnasisty, Gautiera – „Można by trochę mniej wypaczać boskie dzieło, a nawet czasem nie zaszkodziłoby poprawić je, udoskonalić i wyidealizować, bowiem najwyższym pięknem sztuki jest tworzyć na nowo to, co zostało stworzone”.

II.

Jean Leon Gerome: Greckie wnętrze

Jean Leon Gerome: Greckie wnętrze

Rozkosz wydaje mi się celem życia i jedyną na świecie rzeczą użyteczną” – takim wyznaniem bulwersuje stołeczną socjetę na kartach pamiętnej introdukcji do Panny de Maupin (1835). W pracowni na ulicy Doyenné, jaką jej niepokorny twórca dzieli wraz z Gérardem de Nerval oraz wspólnotą nieposkromionych w buncie; sublimowana fuzja poezji i sztuk wizualnych uświęca doktrynę i ferwor, jakie przeżyją czas romantyzmu i kulminują w prowokującej formacji cyganerii, jakże odległej od dystyngowanej postawy Lamartine’a – konfratra stołecznej socjety; nienagannej – Hugo, czcigodnego patriarchy i ojca rodziny; czarującej i rozbrykanej Musseta – rozpieszczonego dziecięcia epoki, tudzież intelektualnej – Sainte-Beuve’a, wiecznego ironisty i zgryźliwca. Stąd, niczym na mury znienawidzonej Bastylii, wyrusza kompania wściekłych i niespokojnych duchem, karmiąca młodzieńczy nurt entuzjazmem i ekscentryzmem, rozpalona gorączką nieugiętości, odrzucająca utylitarny konformizm.

Jean Leon Gerome: ---

Jean Leon Gerome: ---

25 lutego 1830 roku, na premierę niezbyt już nas emocjonującego Hernaniego Wiktora Hugo, w atmosferze nabrzmiałej nadciągającą rewoltą, chłopięca plejada, pośród której prym wiódł uderzająco piękny Prowansalczyk o smagłej, oliwkowej cerze i kasztanowych lokach, przybrany w atłasową wiśniową kamizelkę i bladozielone spodnie, stoczyła zwycięską batalię z konserwatyzmem i wstecznictwem w sztuce w imię jej absolutnej emancypacji: „Sztuka dla sztuki to nie znaczy forma dla formy, ale forma dla piękna, niezależna od wszelkiej obcej idei, wszelkiego uwikłania w służbę jakiejkolwiek doktryny, wszelkiego bezpośredniego pożytku”.

Nasze wiersze, nasze książki, artykuły, podróże zostaną zapomniane – rozważał u kresu wypełnionego pilną pracą życia – Ale przetrwa nasza czerwona kamizelka. Ta iskra będzie świecić jeszcze, gdy wszystko, co nas dotyczy, od dawna zagaśnie w mroku, i odróżni nas od naszych współczesnych, których dzieła nie były więcej warte, i którzy nosili ciemne kamizelki”.

Jean Leon Gerome: ---

Jean Leon Gerome: ---

Legendarna kontestacja opatrzona przepustką w postaci kartki czerwonego papieru z kabalistycznym słowem hierro (hiszp. żelazo), otworzyła trakt ku powołaniu le Petit Cénacle; orientacji nie pełniącej bynajmniej roli école, acz pragnącej z pomocą środków heterogenicznych odsłonić immanentną istocie ludzkiej nostalgię za niezawisłością.

Wierzyliśmy, kochaliśmy, podziwialiśmy – w takich frazach wspomni piewca Emalii i kamei żarliwą erę trudu i oddania ideom estetycznie najczystszym, które w obliczu polityczno-społecznej deziluzji jawiły się jedynym aksjomatem godnym egzystencji, a zarazem źródłem dezaprobaty i usprawiedliwieniem duchowej alienacji ich twórców – Byliśmy upojeni pięknem, ogarnęło nas wzniosłe szaleństwo sztuki”.

Jean Leon Gerome: Aspazja i Alcybiades

Jean Leon Gerome: Aspazja i Alcybiades

Nieskazitelny kunszt, zdystansowany wobec poszukiwania taniej popularności i zwierający moce w ambicji rozporządzania maestrią, kroczy przez życie niemalże obcy jego nietrwałym przejawom, pochłonięty dozgonną ekwilibrystyką słów i ich misternym plastycznym drapowaniem: „Tak, dzieło więcej jest wytworne, / Gdy bierzesz kształty dłoniom twym / Oporne – / Emalię, marmur li czy rym. / Przemija wszystko w wieków ciągu, / Jedyna sztuka wiecznie trwa: / W posągu / Zamarłych stolic życie drga. / Tak, umrą nawet i bogowie, / Lecz jest moc wyższa ponad czas / W osnowie / Pieśni, co przetrwa spiżu głaz.

Nigdy nie stawiano człowiekowi ani materii tak wysokich wymagań jak dzisiaj – konstatował na kartach szkicu o rycinach Gavarniego – Szybkość jest marzeniem wieku. Teraz, aby stać się znanym człowiekiem, trzeba pracować szybko, dużo i bez wytchnienia, a ponadto bardzo dobrze, ponieważ publiczność staje się coraz bardziej wymagająca i wybredna”. Wnosząc do literatury koncepcje i obyczaje o proweniencji czysto malarskiej („Unikajcie zawsze określenia muzycznego ­– mawiał do swoich przyjaciół – zastępujcie je malarskim”),

Jean Leon Gerome: Szara eminencja

Jean Leon Gerome: Szara eminencja

Gautier, ów poète impeccable, pozbawiony cienia patosu i górnolotnej retoryki, pod wpływem konieczności losu a także wyjątkowej dobroci żądającej z oddaniem nieść pomoc wszystkim tym, którzy tego potrzebują, zostaje skrzętnym felietonistą, sumiennym, uczciwym i precyzyjnym; sporządza rozliczne recenzje, poczynając od teatralnych i książkowych, a na sprawozdaniach z inauguracji kolei żelaznej kończąc; z godnością zarządza codzienną krytyką, którą niegdyś zajadle postponował („Zostajesz krytykiem dopiero wówczas, kiedy w twoich własnych oczach niezbitym faktem jest, że nie możesz być poetą” – szydził w przedmowie do Panny de Maupin), a jaką teraz popełnia wprost w drukarni, wśród huku maszyn, ujęty odorem farby inspirującej genialną wyobraźnię, kreśląc bez jednej skazy wirtuozowskie obrazy epoki.

Jean Leon Gerome: ---

Jean Leon Gerome: ---

Szczęście jest rzeczą tak rzadką na świecie, że człowiek nie zdołał znaleźć wyrazów na jego oddanie – ubolewa – Tymczasem słownik cierpień moralnych i fizycznych zajmuje tak wielką przestrzeń w języku każdego narodu”. Przez ponad czterdzieści lat „ten biedny Théo, ten poczciwy Théo”, jak mawiali o nim współcześni i jakim go znamy z Dziennika Goncourtów, bez entuzjazmu acz z wdziękiem para się dziennikarstwem, kpiąc iż zagarnęło go ono i zaprzęgło do swych herkulesowych prac, „by pomścić się za przedmowę do <Panny de Maupin>”; pasuje debiutantów na artystów, ze smakiem bystrym a niezawodnym decyduje o powodzeniu przedsięwzięć, wskrzesza wielkości minione i zaniedbane, godzi krytyką będąc krytykiem… i odchodzi równie biednie, jak wówczas, gdy jako egzaltowany efeb ujął był po raz pierwszy dziennikarskie pióro: „Tak Poeta, na pustym dróg życiowych skręcie, / Dopóki nie raniony – kryje skarb myślenia; / Musi poczuć bolesne na sercu nacięcie, / Nim rozpłacze się w rytmach, świetnych łzach natchnienia”.

My zaś, którzy chełpimy się naszą cywilizacją, czyż nie jesteśmy w gruncie rzeczy zgrzybiałymi barbarzyńcami?” – pytał udręczony pospolitością oficjalnego życia. Wytchnieniem okazały się podróże; radosne ścieżki wiodące w nieznane, cudowne i nieodkryte; wojaże po pays de cocagne – rewirach szczęśliwości, jakimi mamił nie opuszczający Paryża Baudelaire.

Jean Leon Gerome: ---

Jean Leon Gerome: ---

Spadkobierca śródziemnomorskiej Prowansji zainfekowany tchnieniem nieskrępowanych uczuć i namiętności – autor Romansu mumii nosił we krwi domieszkę Wschodu z jego fantazją i egzotyką, nieodpartą tęsknotą za południowym blaskiem niwelującym mgliste opary metropolii, za oniryczną panoramą skąpaną w agresywnych światłocieniach zenitu: „Ludzie mogą nasycić się lub rozerwać – dla mnie to niemożliwe – wyznawał – Kiedy nie działam, myślę lub bodaj marzę i to jest mój sposób istnienia”.

W peregrynacjach po odległych dziedzinach Afryki, Europy i Azji spełniała się romantyczna dusza owionięta marzeniami, wypełniał temperament i dzikie pasje podróżnika; niewyczerpana ciekawość felietonisty – krajobrazu, dzieł sztuki, obyczajów, historii. Dla istnienia o wrażliwości plastycznej tej miary każda ekskursja jawiła się literacką ucztą rozkwitającą w diariuszach o urzekającej gracji i niepohamowanej profuzji słów; rozległej amplifikacji, w której powściągliwy dziennikarz bierze górę nad powieściopisarzem i poetą.

Jean Leon Gerome: Zaklinacz węży

Jean Leon Gerome: Zaklinacz węży

Spowiedź dziecięcia wieku rejestrująca impresje zmysłowe na podobieństwo dagerotypu, zdumiewa dekoracyjną precyzją; to karolińskie miniatury posegregowane w masywnym retabulum o skomplikowanym métier, mistrzowskie, chłodne i jubilerskie; pozbawione prezencji człowieka i nie predestynowane jego sercu. „Od wszystkich średniowiecznych włóczęgów wolę marmurowe ciało pięknej nimfy antycznej, która wyciągnięta na łożu z nenufarów i gladiolusów, wystawia pierś na pieszczoty słońca” – odkrył przy okazji Salon 1837 roku – „Prawdziwą męczarnią jest dla mnie patrzeć na brzydkie rzeczy lub osoby”.

III.

Odkąd mamy Gautiera, słowo <niewyrażalne> przestało istnieć w języku francuskim” egzaltował się nieprzejednany Saint-Beuve, a uciskany spleenem Baudelaire, dedykując mistrzowi Omfali upajające wonią perwersji Kwiaty zła, prawi o nim jako o „czarodzieju literatury” nie popełniającym najmniejszej skazy.

Jean Leon Gerome: Cezar i Kleopatrav

Jean Leon Gerome: Cezar i Kleopatra

Istotnie, powab, wykwintność, galanteria i apokryficzna wręcz erudycja, z jaką inicjator Onufriusza kreśli figury, metra i porównania, są zdumiewające. Alabastrowe frazy skąpane w tajemnych zdrojach korespondencji ulatują w rejestry błogości i admiracji; wzniosłe style, kreacje i elokwencje celują malowniczością i trafnością konstatacji; ulotność wrażeń przyprawia im smaku i rafinowanej świetności; wersy wątłe i chimeryczne opalizują lśnieniem wytwornej emalii.

Dla Gautiera, uniwersum zewnętrzne istnieje wyłącznie w kategoriach czysto plastycznych, jako muzeum nieprzerwanych imaginacji transponowanych na kartę papieru na modłę linii, tonacji i barw („W sztuce dałem wielkie miejsce stronie plastycznej. Rozumiem doskonale posąg, nie rozumiem człowieka” – wyjawia d’ Albert). Przywodzą one na myśl impresję obrazu będącego „poematem formy, a nie płaskim i nie mającym żadnego znaczenia dosłownym powtórzeniem”, gdyż – jak zaznaczał –„ celem malarstwa nie jest jedynie odtwarzanie przedmiotów”; sugerują realność nie wprost, co poprzez wewnętrzną wizję przedmiotu, przywołują projekcję jego intymnego konceptu; fenomenu leżącego u źródła wszystkich pojęć.

Jean Leon Gerome: Fryne rozdziewająca się przed Areopagiem

Jean Leon Gerome: Fryne rozdziewająca się przed Areopagiem

Jakkolwiek ideał lub poczucie doskonałości jest artyście wrodzone, musi on szukać swego alfabetu w świecie widzialnym – podnosił, zaznaczając jednocześnie, iż  „sztuka tym się różni od nauki, że (…) zawsze trzeba się wszystkiego nauczyć i artysta musi w całości zbudować swój mikrokosmos”. Złudny amalgamat rozpada się na miriady finezyjnych cytatów wyjętych z urywków natur i manier; Gautierowska poezja konstytuuje gliptotekę tematów, charakterów i wrażeń już skomponowanych i przetrawionych przez innych. „Nie mogę nic wydać z siebie, nie przez jałowość, ale przez nadmierną bujność; myśli kiełkują tak gęsto, że dławią się i nie mogą dojrzeć” – wyznaje ustami rozkapryszonego d’ Alberta – „Niejedna bogata inteligencja musi świadomie obierać drogę, która nie jest jej drogą, i wciąż okrążać własną dziedzinę, z której ją wygnano; szczęśliwa, jeśli może w nią spojrzeć ukradkowo, przez parkan”.

Pomysłodawca Kapitana Fracasse przedkłada ten fascynujący wszechświat z niezachwianą pewnością i precyzją, bezbłędnie pojmując intencje swych prekursorów, pławiąc się w feerycznych efektach, wielbiąc i kultywując Piękno „dla niego samego, z całkowitą bezstronnością i pełną bezinteresownością”.

Jean Leon Gerome: Tchnięcie życia

Jean Leon Gerome: Tchnięcie życia

Materia moja nie godzi się, aby ją umartwiano – spekulował – Ziemia zda mi się równie piękna jak niebo, doskonałość form jest dla mnie cnotą. Spirytualizm nie trafia mi do przekonania; wolę posąg niż widziadło i południe od zmierzchu (…) złoto, marmur i purpura; blask, trwałość, barwa”. Uczuciowy z natury acz nie sentymentalny, heroiczny, pogodny i skłonny do poświęceń, Gautier – „XIX-wieczny Pigmalion” – oddaje się emfatycznej liturgii Piękna, rzucając klasycystycznym pedantom i minoderyjnym pragmatykom żelazną rękawicę w postaci emblematycznej myśli „l’art pour l’art”.

Prawdziwie piękne jest jedynie to, co nie może przydać się na nic – ujawni na kartach mesmerycznej przedmowy do Panny de Maupin – wszystko, co użyteczne, jest brzydkie, bo jest wyrazem jakiejś potrzeby, a potrzeby ludzi są plugawe i wstrętne jak ich biedna i ułomna natura”.

Jean Leon Gerome: Arabska dzuewczyna z fajką

Jean Leon Gerome: Arabska dziewczyna

Zawiedzione nadzieje, wyrosłe z filozoficznych, duchowych i politycznych przesłanek Oświecenia, spekulacyjne utopie dogasające we krwi i kurzu barykad 1848 roku, bankructwo doktryn bezpiecznych i przyjmowanych za ostateczne, kryzys wiary jednych w naukę i rozum, innych w Boga i dogmaty („Oni mieli trzy lub cztery tysiące bogów, w których wierzyli, my tylko jednego, w którego nie wierzymy; postęp, zaiste, dosyć osobliwy!” – westchnie wspominając starożytnych), ekspansja intelektualizmu i wiedzy pozytywnej – generacja drugiej dekady XIX stulecia doświadcza, jak na jej oczach pączkuje nowoczesny modus; świat ledwie szkicowany w profetycznych olśnieniach uczonych doby kartezjańskiej.

Pierwiastek nadprzyrodzony – zauważa jeden z bohaterów Maupassanta – opada jak jezioro, którego wody odpływają z kanałem, wiedza z dnia na dzień zacieśnia granice cudowności”. Wąski pragmatyzm, apoteoza materializmu i ostentacyjna adoracja Postępu przez jednych karmią rozczarowanie i izolację innych; lęk przed nicością, odrazę i zniechęcenie, poczucie absurdalności bytu: „Jednym z wielkich nieszczęść nowoczesnego życia jest brak niespodzianki, nieobecność przygody – rozpacza autor Kaprysów i zygzaków, sporządzając zapiski z ekskursji po Iberii – Wszystko jest tak uregulowane, tak sprawne, tak poszufladkowane, że przypadek nie wchodzi już w rachubę; jeszcze jeden wiek udoskonaleń, a każdy potrafi przewidzieć, co zdarzy mu się od dnia narodzin do śmierci!”, a w innych stancach kreśli takie oto memento dla wieku pary i elektryczności: „Kamień, marmur i brąz, tknięte geniuszem, są święte, oszczędźcie ich. Za dwa tysiące lat wasze domowe waśnie zostaną zapomniane i tylko dzięki kilku odkopanym cudownym ułomkom przyszłość dowie się, że byliście wielkim ludem.”.

Jean Leon Gerome: Wirujący derwisze

Jean Leon Gerome: Wirujący derwisze

La consolation par les arts staje się jedyną racją bytu; oczywistym wnioskiem, istotą buntu i zimnej negacji, symptomem artystycznej dezercji z dojmującego industrialnego rostrum, w którym „dziennik zabija książkę, jak książka zabiła architekturę, jak artyleria zabiła odwagę i siłę fizyczną”. Afirmacja nieziszczalnego Piękna rozkoszującego się finezją greckiej wazy, renesansową harmonią barw, rokokową odaliską wabiącą tęsknie z kosztownej materii; nastręcza efemeryczne wytchnienie wśród continuum osaczających kształtów, w sercu istnienia nieubłaganie unicestwianego, w grozie brutalnej dzisiejszości przerastającej najśmielsze imaginacje i omamy.

Jean Leon Gerome: Idylla

Jean Leon Gerome: Idylla

Ubóstwiam ponad wszystko formę; piękność to dla mnie Bóstwo, namacalne szczęście, niebo, które zstąpiło na ziemię” – oznajmia chimeryczny porte parole mistrza, d’Albert – „Jestem człowiekiem z czasów homeryckich; świat, w którym żyję, nie jest moim światem; nie rozumiem społeczeństwa, które mnie otacza. Chrystus nie zjawił się dla mnie; jestem poganinem jak Fidiasz i Alcybiades”. Religia form, czystość linii, rzeźba nienagannego ciała, konsonans pierwiastków Wszechbytu – literatura zaprzęgnięta w ich opiewanie, kreuje egzaltowane raje; triumfalne a nieodgadnione, cerebralne i wystudiowane do granic obsesji, jawiące się jedyną namiastką bezpowrotnie utraconego.

Odkąd Grecja starożytna przestała śpiewać w strofach paryjskich swój hymn na cześć piękna, człowiek nadużył w sposób okrutny przywileju brzydoty i stworzony na obraz Boga, nie oddaje bynajmniej jego podobieństwa”. W cudnych helleńskich oparach, Piękno wyzwala się z reguł Prawdy i moralności; idee, słowa i konterfekty konstytuują się w spirytystyczną subtelność, łudzącą się pokonać czas i nadać egzystencji sens, a jednak – skutkującą fiaskiem: „Wiekuista rozpacz to nie móc wcielić piękności, którą się czuje, i mieszkać w ciele urągającym idei ciała marzonego dla siebie”. Stąd kult fragmentu wyłaniającego się z wszechwładnej pustki („Piękność to diament, który powinien być ujęty i oprawny w złoto”), stąd uwielbienie precjozów zaklętych w formie trwałej i nieprześcignionej, fidiaszowa materia słów, jubilerski bibelot siłujący się rozbroić wieczność.

IV.

Jean Leon Gerome: Noc

Jean Leon Gerome: Noc

Musisz uciec od nacisku zdarzeń / W cichą serca swojego świątynię: / Wolność jest jedynie w kraju marzeń, / Piękno w pieśni zakwita jedynie

(Fryderyk Schiller: „Początek nowego stulecia”)

Nie przyzwyczajony żyć życiem rzeczywistym, nie wiedział jak należy się zabrać do wprowadzenia idei w czyn” – oto znamienny rys Gautierowskiego herosa, snującego „długie medytacje i podróże w zaświaty”, jakie „nie zostawiały mu czasu na zajmowanie się tym światem”. Wyalienowany alter ego „żyje dużo z samym sobą”, „nadto wsłuchując się w rytm własnego życia i myśli”, oraz „wpatrując się w to, czego nie ma”; nie wierzy w spirytualne nadzieje, namiętne uniesienia, postęp niwelujący niesprawiedliwość; łacno uchodzi w miraże magiczne i aspołeczne, mami się delirycznym czarem sztucznych wizerunków, otacza surogatami niespełnionego istnienia; nie gustuje w księgach, ”które malują życie w barwach rzeczywistych i mocnych”, gdyż „wydaje się mu ono ordynarnym”, a oczy jego ciała i duszy „posiadają zdolność mącenia najprostszych linii i komplikowania najzwyklejszych rzeczy, podobnie jak zwierciadła wklęsłe lub fasetowe”.

Jean Leon Gerome: Arab i jego koń

Jean Leon Gerome: Arab i jego koń

Istota ta dzięki swej „osobliwej organizacji” pragnie „tak zapamiętale, nic wszakże nie czyniąc, aby to zdobyć, że jeśli przypadkowo lub inaczej uzyska przedmiot pragnień, odczuwa tak silne wyczerpanie”, że nie jest w stanie „sycić się rzeczywistością”; doświadczać jej oczywistych aspektów i namacalnych faktów. Z godnością wybiera oddalić się w sferę czarów i zaklęć, przesyconych uporczywą fantazją o Nieziszczalnym i ubolewać, iż „los dosyć lubi dawać pantofle tym, co mają drewniane nogi, a rękawiczki tym, co nie mają rąk”. W istocie jest „więźniem w samym sobie”, a „wszelka ucieczka jest mu niemożliwa”.

W umyśle ludzkim, nawet najbardziej światłym, zawsze znajdzie się jakiś mroczny zakątek, gdzie czają się ohydne chimery zabobonów i gdzie gnieżdżą się nietoperze przesądów” – zauważa. Udręki, tęsknoty i aspiracje egzystencji; bezsilność pragnień podsycanych ironicznymi utensyliami mieszczańskiego praktycyzmu; dyzgust wobec materii niewdzięcznej i niemoralnej pączkuje w serii wynurzeń urągających statutom fizyki.

Jean Leon Gerome: Dzień Sądu

Jean Leon Gerome: Dzień Sądu

Angielski romans grozy, neurasteniczna proza Edgara Allana Poe, barokowa makabra szydząca stekiem okrucieństw, oniryczna konfabulacja Hoffmanna penetrująca nieuświadomione zaułki ludzkiej myśli, melancholijny defetyzm Chateaubrianda udrapowany płaszczem fatalności i demoniczna fraza rodem z Nadrenii – cierpliwie piętnują naturę twórcy Portretów i wspomnień literackich, anheliczną i diaboliczną zarazem; niewyczerpaną w usiłowaniu przeniknięcia zagadki, iluminującą w platonicznych odbiciach, żądającą wyjawić tajemne związki: „Geniusz ma zawsze rację; to, co wymyśla, istnieje i natura niemal go naśladuje w jego najbardziej dziwacznych fantazjach (…) Najdziwniejsze chimery są rzeczywiste; ich pozorne dziwactwo wynika jedynie z części, z których każda z osobna jest prawdziwa”.

Zwątpienie o proweniencji Renanowskiej odwraca Gautiera od tego, co polityczne i zbiorowe, popychając w świat zahamowanych instynktów i odczuć zakorzenionych w koszmarach Goyi; domenę wibrującą neurozą i szczyptą szaleństwa o konsekwencjach nieprzewidzianych; w sferę, gdzie „duch jest wszystkim” a „materia istnieje tylko pozornie”. Halucynacyjna maligna, senne fantomy, metafizyczne rytuały, ironiczne wizje – bezpowrotne wycieczki w somnambuliczne raje podsycane haszyszowymi soirées na wyspie św. Ludwika.

Jean Leon Gerome: Harem

Jean Leon Gerome: Harem

Tutaj, w kruchej enklawie ancien régime’u, pod lamperiami pałaców o bezpowrotnie minionej świetności, kuriozalny mag obarczający siebie niebiańskim posłannictwem, otwiera podwoje innej realności; wymiaru w jakim jaźń „tak nam wstrętna, iż posługujemy się formą >my<, której nieokreśloność zaciera osobę i zatapia ją w tłumie”, scala się w boskim unisono; transcendentnym poemacie wespół przenikających się i współzależnych istot. W tym wykwintnym Elizjum panuje miłość pokonująca przestrzeń, sztuka stanowi rację bytu i inspiracji, a ascetyczny chrystianizm wraz z jego „dziewictwem, mistycyzmem i melancholią” ustępuje pola antykowi, który „tak bardzo nami włada z głębi wieków, że ledwie mamy poczucie otaczającej nas cywilizacji”.

Jean Leon Gerome: Strażnik

Jean Leon Gerome: Strażnik

Rewelator podświadomości prawi nam o tych dziwach indukując opisy o konsystencji koronkowego haftu bądź architektonicznego detalu o transparentnej przejrzystości; z posępną cierpliwością Mojry, z precyzją Arachne tkającej kapryśne sieci, „niczym znakomite lustro (…) odzwierciedlające z bezosobistą wyrazistością” (J. K. Huysmans), Gautier snuje inkrustowany srebrem arras służący za pośrednika pomiędzy nim a naturą”.

Obdarzony olimpijską powagą Goethego, z sardonicznym reżimem grawera nicującego hieratyczne sceny, 2wyzwolony od „wszelkich innych dążeń jak dążenie do piękna samego w sobie”, autor Powtórnego wcielenia celebruje trwały poemat prozą, esencjonalny ekstrakt sztuki, skondensowany tak, iż staje się on „komunią myśli między pisarzem-magiem a czytelnikiem idealnym, świadomą współpracą duchową między dziesięcioma wyjątkowymi osobami rozproszonymi w świecie, delektacją ofiarowaną umysłom subtelnym, im jedynie dostępną” (Joris Karl Huysmans).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 15 października 2011 at 7:24  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/10/15/teofil-gautier-piekno-wyzwalajace-ducha/trackback/

%d blogerów lubi to: