O prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Panny

Lorenzo Lotto: Madonna z Dzieciątkiem i św Ignacym z Antiochii

Lorenzo Lotto: Madonna z Dzieciątkiem i św Ignacym z Antiochii

Wielka wiedza symboliki religijnej przestała istnieć. Sztuka pozostaje sama w dziedzinie Marzenia w czasach, kiedy łaknienie duszy nasyca wystarczająco pożeranie teorii Moritzów, Wagnerów i Darwinów” (Joris Karl Huysmans)

I.

Niemal zawsze można dążyć do szczytu doskonałości rozmaitymi drogami. I nie ma niczego, co by nie zawierało w sobie mnogości rzeczy tego samego rodzaju, jedna od drugiej różnych, a jednak na równą zasługujących pochwałę” – dywagował na kartach kapitalnego „Dworzanina”, humanista i esteta Baltazar Castiglione, a egzaltowany moralista i piewca przystojności, Giovanni da Fabriano, zauważał: „Zaiste wielki jest ludzki talent, a tym więcej, gdy ludzie niekiedy w swych cudnych i pięknych inwencjach dokonują tego, czego natura sama uczynić nie może”. Manierystyczne dysputy i kontrreformacyjne polemiki stanowią pasjonującą osnowę, na której temperamentnym przędziwie rozsnuwają swą pietystyczną strukturę imponujące oratoria i prostolinijne nieszpory ambiwalentnej doby wczesnego baroku.

Lorenzo Lotto: Zwiastowanie (detal)

Lorenzo Lotto: Zwiastowanie (detal)

Nie ulega wątpliwości, iż siedemnastowieczna metropolia nad Tybrem stanowiła w ów osobliwy czas muzyczną i kulturalną oś Europy, w której złożonych meandrach przenikały się najnowocześniejsze tendencje i kuriozalnie rafinowane style, konferowali artyści najodleglejszych autoramentów, profesji i rang, roztaczali odblaski efektownego splendoru możni patroni i mecenasi. Oczywiście, artystyczna oraz duchowa wszechwładza rzymskiego Seicento nad podległymi dominiami i katolickim tłumem wiernych, nie była skutkiem złudy chwili, acz rezultatem długotrwałego procesu społecznego i historycznej ewolucji, mającej swoje źródła w późnośredniowiecznym kryzysie Kościoła i awiniońskiej schizmie papiestwa.

Powrót namiestników św. Piotra w italskie krainy dał u progu XV stulecia asumpt olśniewającej eksplozji nauk i sztuk, odżywianych tyleż tchnieniem nowatorskiego humanizmu, co wszechpotęgą chrześcijaństwa. Powstawały nieprzeliczone świątynie i pałace, ulicom i placom przydano przestronny, perspektywiczny przebieg, uchwytny przecież do dnia dzisiejszego, fenomenalne wytwory Melpomeny i Erato królowały do woli w najodleglejszych i najkoszmarniejszych zaułkach miasta, najsubtelniejsze przymioty psyche konkurowały z grozą brawurowego i krótkiego życia, a przemijalne twory ludzkiej maestrii brano za „wielce uczoną naśladowczynię bogów i ludzi i całej natury” – do stopnia, w którym padewski erudyta Pomponius Gauricus, upominał: „Kto sztuki nie kocha, kto jej nie ogarnia – ten prawdy nie kocha, odtrąca skarbiec mądrości (…) i odrzuca tę właściwą proporcję, bez której nic, co się mówi lub co się czyni, nie może istnieć”.

Lorenzo Lotto: Rodzina święta z aniołami

Lorenzo Lotto: Rodzina święta z aniołami

W tej jakże pomyślnej ze wszech miar koniunkcji, muzyce przyszło grać rolę niepoślednią, albowiem – jak zaznaczał Albrecht Dürer – jest ona „pożyteczną, gdyż dzięki niej zdobywa się wielką i wieczną pamięć o sobie, jeśli się ją właściwie uprawia (…) i przez nią Bogu się cześć oddaje, gdy ludzie widzą, że jednemu ze swych stworzeń Bóg takiego rozumu udzielił, że posiada taką umiejętność”. Najznamienitsze rzymskie rody i nieprzebrane fundusze eklezjalne hojnie czerpały ze swoich skarbców, by uskutecznić nowy talent i przydać krasie afektowanym wielkopańskim salonom.

Stąd też obdarowani „maestri di capella„, klawesyniści i organiści, chórzyści i kastraci o bezprzykładnej biegłości kunsztu, garnęli się tłumnie na arystokratyczne podwoje, gdzie ich nadnaturalne uzdolnienia mogły nareszcie odżywać do syta, pławiąc się w blasku najszczerszej atencji. „Wiele jest przyczyn, poza pięknem, jakie rozogniają nasze dusze, takich, jak obyczaje, wiedza, mowa, gesty i tysiące innych rzeczy, które również w pewnym sensie można nazwać pięknościami, lecz nade wszystko poczucie, że jest się kochanym” – reasumował Castiglione.

II.

Lorenzo Lotto: Zwiastowanie

Lorenzo Lotto: Zwiastowanie

Gros dysertacji plastycznych i dźwiękowych tej rozbrzmiewającej szczękiem oręża ery, stanowią transcendentalne opusy sakralne, będące niejako w centrum uwagi i specjalnej troski ze strony Kościoła, a to z powodu ich liturgicznej dekretacji. Nie zapominajmy, iż jest to czas teologicznie ważkich dysput i formowania normatywów wiary rzetelnie wstrząśniętej pożogą północnej Reformacji. Trydencka duchowość i ignacjańska religijność, prezentowane chociażby w pismach nieskazitelnie płomiennego purysty św. Karola Boromeusza, przywiązywały znamienną wagę do zagadnień natury artystycznej, traktowanych dotychczas względnie pobieżnie i liberalnie. „Ze wszystkich świętych obrazów – stanowi dwudziesta piąta sesja Soboru zakończona w grudniu 1563 roku – pochodzi ogromna korzyść; nie tylko, że przypominają one ludziom o dobrodziejstwach i darach, jakimi ich Chrystus obsypuje, lecz także dlatego, że poprzez świętych stawiane są przed ludzkimi oczyma boskie cuda i zbawienne przykłady, tak by mogli Bogu za te rzeczy podziękować, kształtować swe życie i postępowanie na podobieństwo świętych i zyskać podnietę do czci i miłości Boga i do uprawiania pobożności”.

Jeszcze ściślej i zwięźlej z regułami tymi związana była fraza muzyczna, którą bezpośrednio wprzęgnięto w święty rytuał; celebrę, jaką sztuki plastyczne pokroju architektury, malarstwa czy rzeźby jedynie dyskretnie komentowały, konstytuując godne ramy i aranżując miejsce kultu. Nic dziwnego, iż śpiewna Muza, tak udatnie partycypująca we wzniosłym oddawaniu czci Panu oraz wewnętrznej transformacji wiernych, z dawien leżała na sercu najczcigodniejszych apologetów wiary.

Lorenzo Lotto: Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny

Lorenzo Lotto: Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny

Niektórzy, o zapędach reformatorskich pokroju Grzegorza Wielkiego, podejmowali znojny trud jej uporządkowania i oczyszczenia, obwarowując rozhasaną spuściznę dziejów siecią troskliwych reguł i eterycznie gregoriańskich formuł; inni, jak wywyższeni a współcześni nam sukcesorzy św. Piotra: Pius X („Inter pastoralis officii sollicitudines”) i Pius XII („Musicae sacrae disciplina”), poświęcali jej nader podniosłe encykliki i apostolskie eksplikacje. „Wśród tylu i tak wielkich darów, którymi Bóg, będący sam najdoskonalszą w sobie harmonijną jednością, ozdobił stworzonego na swój obraz i podobieństwo człowieka – pisze ten ostatni – poczesne miejsce zajmuje muzyka, która wespół z innymi sztukami wyzwolonymi przyczynia się do radości ducha i rozkoszy umysłowej”; a wszystko po to, aby – parafrazując umiejętne refleksje św. Augustyna – rodzaj ludzki „zdał sobie sprawę z tej wielkiej rzeczy”, jaką jest harmonia stworzenia.

Lorenzo Lotto: Św. Franciszek z aniołem

Lorenzo Lotto: Św. Franciszek z aniołem

W istocie religijny i hymniczny zaśpiew towarzyszył biblijnym obrządkom już w latach znacznie uprzedzających działalność prześwietnego biskupa Hippony, a prawidła „grania Stwórcy na cytrze i na harfie”, ustanowił w myśl niewzruszonej tradycji osobiście wielki król Dawid. I praw tych sumiennie przestrzegano, reaktywując je z miejsca po powrocie z niesławnej niewoli babilońskiej.

Następnie, w postludium nauczania Chrystusa, w piątym rozdziale głośnego listu do Efezjan, Paweł Apostoł Narodów wzywa: „Napełnijcie się Duchem Świętym, rozmawiając ze sobą w psalmach i pieśniach i śpiewaniach duchownych”, dając do zrozumienia, iż zwyczaj ten w znamiennym stopniu konsekruje samą wiarę; podczas gdy Pliniusz, zdumiewający się graniczącą wprost z samozatratą ofiarnością pierwszych chrześcijan, z emfazą donosi: „Główną ich winą było to, że mieli zwyczaj schodzić się w oznaczone dni przed wschodem słońca i śpiewać pieśń Chrystusowi jako Bogu”.

Ta starożytna glosa autorstwa prokonsula Bitynii łacno utwierdza nas przy tym w przekonaniu, iż nawet w dobie najokrutniejszych prześladowań, nie milkły słodkie a pieczołowite pienia przenikające fibry rozmodlonej duszy i prowadzące ku jej pożądanemu zjednoczeniu z Panem. „Cóż może być bardziej pożytecznego od tej sztuki? – indagował rychło z nastaniem wolności dla Kościoła, św. Jan Chryzostom – Inne sztuki, poza tym, co już powiedziano, kończą się wraz z tym życiem, a gdy ci, którzy się nimi zajmują, chorują, nie widać ich wcale. Ich dzieła nie posiadają mocy przetrwania, wymagają trudu i wiele czasu oraz mnóstwa innych rzeczy. Ona zaś [sztuka miłości], gdy świat przeminie, najbardziej jaśnieje (…) pokazując dzieła, których dokonała”.

III.

Lorenzo Lotto: Pieta

Lorenzo Lotto: Pieta

Polifonia wypływająca niejako z opozycji wobec rygorystycznego chorału rzymskiego, ukształtowała się około IX wieku, święcąc swe pierwszorzędne chwile tuż u zarania nowożytności, kiedy to została skojarzona z szerokim rostrum szlachetnej orkiestry. Wiodły w jej gronie prym nabożne organy, których obecność w liturgii Pius XII ocenia nad wyraz wymownie, oznajmiając, iż „posiadają [one] pierwszeństwo przed wszystkimi instrumentami w świętych obrzędach, tony ich bowiem wybornie harmonizują ze świętymi pieniami, dodając im prawdziwej wspaniałości i przepychu”. Co więcej, jak raczy kontynuować ów elokwentny papież: „wspaniałością zaś swoją i słodyczą [organy] wzruszają serca wiernych, napełniając je jakoby niebiańską radością i mocno pociągają ku Bogu i rzeczom wyższym”.

Giovanni Bellini: Santa Conversazione

Giovanni Bellini: Santa Conversazione

Dźwiękom tym śmiało sekundują partie smyczków, które – i tu ponownie oddajmy głos Piusowi XII – „wzięte osobno lub z towarzyszeniem innych instrumentów czy też organów, doskonale oddają uczucia smutku lub radości”, a nadto klawesyn, jakiego autentycznym arbitrem i nie podlegającym imitacji wieszczem był w latach trydenckiego przesilenia Ferraryjczyk Girolamo Frescobaldi. Pełniąc posługę organisty w nadrzędnej bazylice Rzymu, autor nobliwej „Canzona a due cori” (pomieszczonej w tym oto ekscytującym credo), eminentny wirtuoz i totumfacki najmożniejszych, oczarowywał i ujarzmiał chimeryczne gusta, oferując – jak relacjonuje anonimowy komentator – „absolutnie nową manierę gry, którą postrzega się już obecnie jako ultymatywną i jedyną”. Co gorsza, „każdy, kto usiłuje dzisiaj nie grywać zgodnie z ową właśnie metodą, ten wyrzekł się był wszelkiego szacunku jako muzyk”!

Lorenzo Lotto: Wniebowzięcie

Lorenzo Lotto: Wniebowzięcie

W ten sposób, dzięki poparciu i pod bezustannym patronatem świętego Kościoła, muzyczna fraza stopniowo demonstrowała coraz to większą doskonałość i strzelistość, rozwijaną omal bez końca tak w dziedzinie kunsztu wielogłosowego, co postępowaniu na różnorodnych instrumentach. „Chodzi tu bowiem – jak zaznaczał wenecki arbiter kultury, Lodovico Dolce – o ukazanie dzięki sztuce w jednym ciele całej doskonałości piękna, której zazwyczaj natura nie manifestuje nawet w tysiącu ciał”.

Ta jawnie manifestowana piecza apostolska nad ewolucją form dźwiękowej ekspresji i uwielbienia dla wiecznego Słowa, wypływała bezspornie tyleż z pragnienia wcielenia w życie coraz to wspanialszego i coraz bardziej olśniewającego misterium Eucharystii, co restrykcyjnych zabiegów zmierzających do jednoznacznego oznaczenia zwartych granic kunsztu sakralnego, tak aby wraz z ewidentną racjonalizacją życia i nie dającym się okiełznać postępem nauki, nie wkradły się doń elementy liturgicznie obce, tudzież moralnie niedogodne.

Lorenzo Lotto: Madonna ze świętymi

Lorenzo Lotto: Madonna ze świętymi

Bo sztuki giną bardzo łatwo, ale z trudem się je na nowo odkrywa i dużo potrzeba na to czasu – filozofował Albrecht Dürer – Niechaj więc nikt nie ufa zbytnio własnemu zdaniu, aby nie błądził w swym dziele i nie narażał się na to, że mu się ono nie uda”, a nieprzejednany Sobór w Trydencie potępiał „taką muzykę, w którą – bądź w grze na organach, bądź w śpiewie – wmieszałby się element nieczysty i zmysłowy”. Kurs ten podtrzymywał katolicki Kościół zresztą i w latach późniejszych, otwarcie nawołując – jak chociażby papież Benedykt XIV w 1739 roku – do „usunięcia z muzyki sakralnej nadużyć, które zuchwale wdarły się do niej”.

Za godny przykład artystycznej moderacji i świątobliwego wyważenia, nieodmiennie stawiano Palestrinę, którego syntetycznie klarowne motety i homofonicznie bezcielesne ofertoria desygnowano mianem „wzorcowych”, i uznawano na tyle reprezentatywnymi, iż mogły one skutecznie konkurować z alegorycznie wybujałymi i sugestywnie światłocieniowymi traktatami doby późniejszej. I to w sytuacji, kiedy ogół pojmował je już w kategoriach istotnie przestarzałych. „Pędzel ni dłuto nie ucisza zgoła / Duszy, co zwraca się jeno do krzyża, / Gdzie Miłość boska otwiera ramiona” – kontemplował śród chmurnych sonetów, Michał Anioł.

Lorenzo Lotto: Santa Conversazione

Lorenzo Lotto: Santa Conversazione

Takoż i Palestrina, mimo czytelnych stylistycznych i formalnych alternacji, jakie postępowały w dojrzałej fazie włoskiego baroku, z łatwością utrzymał był autorytarny status niedościgłego mentora, który pozwolę sobie w tym miejscu zdefiniować pojęciem „primus inter pares”. Wypływało to z faktu, iż w polifonicznych kompozycjach jego zgrabnego pióra rychło postrzeżono niebłahy oręż służący w walce o puryfikację sztuki kościelnej oraz odcięcie jej od niepokojących źródeł świeckiej infiltracji, znanej chociażby z marsowych płócien Caravaggia.

Giovanni Bellini: Madonna z Dzieciątkiem

Giovanni Bellini: Madonna z Dzieciątkiem

Analizujący proporcje nieskazitelnej miary i renesansowego ideału malarstwa, Albrecht Dürer rozważał: „Wszystkie części muszą sobie odpowiadać w sposób harmonijny i nie mogą być z sobą zestawiane fałszywie”. W zupełności poświadcza to posągowa i cerebralna „Ave Maris stella” Palestriny, wielka z uwagi na godność i efektywność cudnego „canto”, a eksponowana tutaj kształtnie w gronie afektowanych pieśni i psalmodii następnego pokolenia rzymskich twórców.

Śpiew ten – jak ujawnia nieoceniony Pius XII – dzięki ścisłemu związaniu melodii ze słowami tekstu liturgicznego, nie tylko całkowicie do nich przystaje, lecz uwydatnia ich siłę i znaczenie oraz wnika słodyczą tonów w dusze słuchaczy. Czyni zaś to środkami nadzwyczaj prostymi i łatwymi, lecz natchnionymi najwyższą i tak świętą sztuką, że wzbudza w każdym szczery podziw, a dla znawców i twórców muzyki sakralnej jest prawie niewyczerpanym źródłem nowych pomysłów muzycznych”; konceptów – nie ukrywajmy – teologicznie czystych oraz duchowo nieskażonych.

IV.

Lorenzo Lotto: Madonna św. Bernarda

Lorenzo Lotto: Madonna św. Bernarda

W ogóle trzeba potępić jako największe nadużycie, aby w czynnościach kościelnych liturgia występowała drugorzędnie, jakby na usługach muzyki, wówczas, kiedy muzyka jest po prostu tylko częścią składową liturgii i jej pokorną sługą” – grzmiał jeszcze w przededniu I wojny światowej, Pius X. Usilne napominanie o prawdziwy dogmat w Sztuce, niepojęte dla istnień zanurzonych w zgiełkliwej i pozbawionej autorytetów codzienności, jaką jest nasza współczesność, w oczywisty sposób wypływało z silnie zakorzenionej w Kościele potrzeby powszechności i uniwersalności transmisji Pozaziemskiego.

Człowiek jest bowiem – jak tłumaczono – stworzony na podobieństwo Boże i przeznaczony do swego celu ostatecznego, to jest do zjednoczenia z Najwyższym. „Człowiek nie stwarza sił, korzysta tylko z jednej z nich, istniejącej, ale w której streszczają się wszystkie – syntetyzował Honoriusz Balzak – mam na myśli ruch, niepojęte tchnienie najwyższego autora światów”. Jest to odwieczne prawo spoczywające w łonie samej natury i wypływające z niepodważalnej doskonałości Bożej, i jest ono tak konsekwentnie logiczne a tak konieczne, że – jak zaznacza Pius XII – „sam Bóg nie może w nim uczynić żadnego wyjątku”. Prawo to, z właściwą mu niewzruszonością, głosi, iż zarówno byt, jak i jego indywidualne czyny, winny wnikliwie odzwierciedlać, a w miarę sposobności literalnie naśladować nieogarnione wzorowości Stwórcy, a to ku Jego większej chwale, umiłowaniu, uwielbieniu.

Giovanni Bellini: Madonna z Dzieciątkiem

Giovanni Bellini: Madonna z Dzieciątkiem

Toteż my, których przeznaczeniem jest osiągnięcie tego nad wyraz chwalebnego celu, winniśmy niechybnie przystosować się do najczystszego pierwowzoru i ku niemu kierować skromne władze marnego ciała, tudzież walory ducha skwapliwie wyrywającego się ku wolności, a w konsekwencji nagiąć je ku naszej definitywnej predestynacji. „Urodziliśmy się po to, żeby zdążać do nieba” – nieustannie podkreślał Balzak, i jest oczywistym, iż w ogniu tych nieruchomych, odwiecznych zasad spala się wszelka twórczość niska, niegodna tak ostatecznego celu, gdyż – jak nadmienia Pius XII – „sztukę należy zaliczyć do najszlachetniejszych przejawów ducha ludzkiego, jako wyrażenie za pomocą ludzkich środków nieskończonego piękna Boga i jako odbicie Jego obrazu”.

Lorenzo Lotto: Narodzenie

Lorenzo Lotto: Narodzenie

W tym sensie liturgia katolicka nie toleruje wprost jawnej zasady „l’art pour l’art”, insynuującej jakoby sztuki piękne nie podlegały żadnym innym prawom ponad te, które wypływają wyłącznie z serca ich wewnętrznej istoty, to jest niskiego instynktu odżywiającego się li tylko dowolnością, emocjonalną burzą oraz nienasyconą żądzą nowości. „Kto nie czci Boga, mówiąc innymi słowami, kto chce się sam uczynić Bogiem i władcą świata, ten znajduje się w stanie nieszczęsnego szaleństwa i doświadcza tylko smutnego, fałszywego uszczęśliwienia jak ogłupiały, obłąkany żebrak, który roi sobie, że jest cesarzem w koronie” – ostrzegał Wilhelm Heinrich Wackenroder, a panteista i fantasta, Novalis szczerze daje do zrozumienia, że „gdzie nie ma bogów, panują upiory”.

V.

Powyższe refleksje jawią się tu całkiem na miejscu, jako, iż bodaj dopiero w ich świetle, władni jesteśmy w pełni ocenić misterne Maryjne klejnoty zgromadzone w najświeższej rejestracji dokonanej pod szyldem kolońskich kantorów, a zanurzającej się niejako w cudownych głębinach autentycznego kultu Najświętszej Dziewicy, i – co nie bez znaczenia dla naszych rozważań – postępującej literalnie za estetycznym magisterium rzymskiego Kościoła. „Jeśli nabożeństwo do Najświętszej Dziewicy jest konieczne dla wszystkich ludzi, by zwyczajnie mogli osiągnąć zbawienie, to jeszcze bardziej potrzebują go ci, którzy zostali powołani do szczególnej doskonałości” – ewokował u progu stulecia Woltera, czcigodny Ludwik Maria Grignion de Montfort – „Nie należy zatem zaniedbywać udziału w Jej bractwach, a zwłaszcza bractwie Różańca świętego, które są bardzo uświęcające”.

Giovanni Bellini: Pieta

Giovanni Bellini: Pieta

Co do nieszporów, to kapitalnie wpisywały się one w misteryjne oficjum ku czci Maryi, tak usilnie propagowane przez żarliwego piewcę „Miłości Mądrości Przedwiecznej”, stąd też już w dobie znacznie uprzedzającej jego misyjny trud, zaopatrywano je w szatę dźwiękową patriarchalną i nad wyraz solenną.

Czuję, że święte słowa, gdy są śpiewane w ten a nie inny sposób, budzą w duszach świętszy i gorętszy popęd do żarliwej pobożności – rozwodził się prominentny herold „Państwa Bożego” – wszystkie zaś uczucia duszy naszej przy swej różnorodności, mają swoisty sposób wyrażania się głosem i śpiewem, który nie wiem, jakim tajemniczym z nim związkiem wzbudza żarliwość”. Pryncypialny trzon tej przedwieczornej liturgii konstytuuje pięć uroczystych psalmów zwieńczonych posągowym „Magnificat” i obwiedzionych skąpymi antyfonami; te zaś – o ile dobór psalmów pozostawał w gruncie rzeczy niezmienny – ulegały daleko idącym przekształceniom adekwatnie do specyfiki świąt.

Lorenzo Lotto: Madonna z Dzieciątkiem i świętymi

Lorenzo Lotto: Madonna z Dzieciątkiem i świętymi

W pierwszych dekadach XVII wieku – będących przedmiotem naszej gruntownej analizy – w papieskiej bazylice pod wezwaniem św. Piotra, przyjął się zwyczaj celebrowania nieszporów polifonicznych z powierzeniem ich akompaniamentu rozlicznym instrumentom, operującym – jak rzekłby św. Augustyn – „płynnym głosem i stosownymi melodiami”; jednakże ascetycznie wytrawionym antyfonom towarzyszył wyłącznie spartański „cantus firmus”, bądź w ogóle ustępowały one miejsca niepozornemu ansamblowi koncertującemu. Pozostawało to na ogół w zgodzie z dyrektywami najwyższych dostojników Kościoła, który w osobie Piusa X stanowił: „Antyfony w czasie Nieszporów powinno się wykonywać zwykle według właściwej im melodii gregoriańskiej. Jeżeliby zaś w pojedynczym wypadku miały być śpiewane według innej melodii, to w żadnym razie nie powinny mieć ani formy melodii koncertowej, ani rozmiarów motetu lub kantaty”.

Wywodzący się z filigranowej mieściny w północnym Lacjum, Virgilio Mazzocchi – „maestro di capella” i niewątpliwy „enfant terrible” swojej ery; istota sensualna, ekstrawagancka i fantastycznie utalentowana; korny dworzanin Urbana VIII i jego wszechwładnego krewnego a mecenasa w jednej postaci, kardynała Francesco Barberiniego, był autorem szacownej i przesławnej kolekcji maryjnej opatrzonej intytulacją „Psalmi vespertini”, a nadto dyrygentem, solistą i inspicjentem czuwającym nad bezpośrednim przebiegiem tak ważkiej celebry, aby nie wkradł się w jej transcendentny nurt „zły duch pragnący oszukać i zgubić niektóre dusze”.

Pietro Perugino: Madonna z Dzieciątkiem

Pietro Perugino: Madonna z Dzieciątkiem

A także – i tu oddajmy głos dostojnemu de Montfort – żeby to rzetelne misterium ku czci Niepokalanej Panny było zawsze „wewnętrzne, to jest pozbawione hipokryzji i przesądów; czułe, pozbawione obojętności i skrupułów; stałe, niezmienne i wierne; oraz święte, to jest wolne od zarozumialstwa i nieporządku”. Urzeczywistnieniu tego nadprzyrodzonego a żywotnego kryterium służył bez mała osobliwy styl Mazzocchiego, usiłujący pogodzić obfitą tradycję wielogłosu z żądną rewolty współczesnością, a eterycznie sublimowany wokal – z drastycznie wiernym kontrapunktem, tudzież niebagatelną trupą instrumentów (na przedzie z trąbkami, rogami oraz violami da gamba o różnych strojach).

Temu zaś, który się cały na wskroś oddał interferencji tak rafinowanego menu, „jest, jakby widział wszystkie możliwe zdarzenia życia i świata przeciągające obok niego” (A. Schopenhauer) i jakoby kroczył „lekkim mostem przerzuconym między jedną ciemną krainą a drugą: jak długo idziemy po nim, widzimy firmament niebieski odbijający się w wodzie” (W. H. Wackenroder).

VI.

Giovanni Bellini: Madonna z Dzieciątkiem i świętymi

Giovanni Bellini: Madonna z Dzieciątkiem i świętymi

Co się natomiast tyczy kompatrioty, serdecznego druha i szermierza progresji w sztuce, Giacomo Carissimiego, to uległ on w rzeczy samej jezuickiej teorii kunsztów, a to na skutek intensywnej praktyki w stołecznym Collegio Germanico: kluczowym skupisku rekolekcyjnym dla przybyszów z dotkniętych herezją Niemiec. Muzyczny idiom pełnił tam rolę niepoślednią, transmutując stężałe serca i wspomagając niezbędnie liturgię; w istocie każdy z wychowanków otrzymywał codzienny trening w tymże zakresie.

Fakt ten tłumaczy w pewnym sensie zdumiewającą pokorę apologety euforycznych kantat i oratoriów, który z niezmiennym uporem odrzucał nad wyraz lukratywne oferty, pozostając dozgonnie wierny rzeczonemu kolegium, aż do swej śmierci w roku 1674. Tu skwapliwie a ochoczo przystrajał on afektowaną draperią dźwięków uduchowione kolokacje ojców, przydając im bez wahania incydentalnie taneczny modus. „Exsurge cor meum” oraz „Salve Regina” będące ewokacją tej ekspresywnej maniery, są wzruszającym owocem wiary i zaufania w opatrznościowe ścieżki Pana, i opierają się – jak miał się wyrazić cnotliwy de Montfort – na „formie bardziej chwalebnej dla Boga, bardziej zbawiennej dla duszy i straszniejszej dla nieprzyjaciół zbawienia: i wreszcie słodszej i łatwiejszej”.

Pietro Perugino: Narodziny Pańskie

Pietro Perugino: Narodziny Pańskie

Rzymski teoretyk i krytyk sztuki zarania XVII stulecia, Pietro della Valle deliberując nad przebiegiem oficjów maryjnych celebrowanych pod niebotyczną kopułą Michała Anioła, napomknął o „zachwycających efektach, jakie powodowała ta muzyka w przepastnych wnętrzach kolosalnej świątyni”, gdzie bezdyskusyjnie rodziła ona „w duszy rozliczne skutki (…) czystość serca i ciała, czystość w intencjach i zamiarach, obfitowanie w dobre czyny”, a nade wszystko „całkowite poświęcenie się Jej, a przez Nią Jezusowi, jako niewolnik” (L. M. Grignion de Montfort).

Wszelako Konrad Junghängel, komenderujący finezyjnymi i mamiącymi psyche kolońskimi chórzystami, wybrał na ten cel znikomą romańską kolegiatę w przemiłym hanowerskim Mandelsloh; ceglaną, kruchą i o nazbyt krępym sklepieniu, aby skutecznie odwzorować monumentalny rozmach twórczy nobliwych mistrzów italskiej liturgii godzin. Jest to jedyna skaza na tej skądinąd olśniewającej relacji, przywracającej jakże należny blask nie zapoznanym perłom przeszłości i czarującej rajskim Pięknem, tudzież niematerialną homogenicznością, która aliści nigdy nie przyćmiewa osobnych treli indywidualnych aktywistów.

Pietro Perugino: Madonna z Dzieciątkiem i świętymi

Pietro Perugino: Madonna z Dzieciątkiem i świętymi

Równie nieskazitelny jawi się kameralny sztafaż koncertowy, który dyskretnie komentuje i koloryzuje ów rozmodlony muzyczny wyczyn, i przez jaki z ufnością „składamy w ręce Najświętszej Dziewicy nasze zasługi, po to, by ich strzegła, powiększała je i upiększała (…), aby je rozdzielała i przyznawała komu Jej się podoba”. Zaprawdę, nie poddajemy się temu z próżnego egoizmu i ku pobieżnie lekkiej degustacji, lecz tak, żeby „zadowolić się tym, co Ona postanowi bez naszej wiedzy; przekonani, że wartość naszych uczynków, pochodzących z tej samej ręki, którą posługuje się Bóg, by udzielać nam swoich łask i darów, niechybnie przyczyni się do większej Jego chwały” (L. M. Grignion de Montfort).

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 8 listopada 2011 at 10:02  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/11/08/o-prawdziwym-nabozenstwie-do-najswietszej-panny/trackback/

%d blogerów lubi to: