Misza Majski: Poranek Straussa i Dworzaka

Misza Majski (okładka płyty)

Misza Majski (okładka płyty)

Biorąc pod lupę hermetyczne aspekty przenośni i metafory, ginące w gęstwinie skomplikowanych przypisów i objaśniaczy, niemiecki pisarz i teoretyk literatury, Martin Walser dochodzi do wniosku, że „im dzieło jest doskonalsze, tym w mniejszym stopniu odsyła czytelnika do twórcy. W niedoskonałej twórczości – jak niedwuznacznie podkreśla – do jej zrozumienia twórca jest niezbędny: dzieło nie uniezależniło się od biografii artysty; życie i dzieło wymagają zestawienia, ponieważ jedno odsyła do drugiego”.

Śmiem podejrzewać, iż kapitalną ilustracją takiej doktryny o niezawisłości wytworów rąk ludzkich od ich pomysłodawcy i kreatora, są owe sublimowane precjoza zgromadzone w najświeższej konfesji niedościgłego Miszy Maisky’ego. Tym razem fertyczny i balansujący poniekąd na skraju egzageracji bard, wespół z kompatriotą i powiernikiem Pawłem Gililovem, zaprasza na wędrówkę po neoromantycznych praskich i monachijskich zaułkach, spoza których uroczych fasad mami i nawołuje nas z przeszłości jędrna persona czeskiego wiolonczelisty Hanusa Wihana (1855-1920).

Kazimierz Sichulski: Niedziela Palmowa

Kazimierz Sichulski: Niedziela Palmowa

Znakomity artysta winien kazać sobie drogo płacić za swoją sztukę” – miarkował na szpaltach renesansowego „Traktatu o malarstwie”, Albrecht Dürer. Zaiste, Wihan nie omieszkał wyceniać słono swoich usług, a fakt, iż w wieku zaledwie osiemnastu lat pełnił był szczytną posługę profesora w osławionym salzburskim Mozarteum, a nadto partycypował w popisach berlińskiej Bilse Kapelle, tudzież pałacowego ansamblu w turyńskim Sondershausen (gdzie delektował się nim sam abbé Liszt), mówi sam za siebie.

Fryderyk Pautsch: Nowożeńcy

Fryderyk Pautsch: Nowożeńcy

Tutaj wyśledził go młodzieńczy Ryszard Strauss, pogrywający podówczas w niedalekim Meiningen; i przez jakiś czas ów „enfant terrible” pangermańskiego romantyzmu dał się namówić dziarskiemu instrumentaliście na nienaganną współpracę. Fenomenalny piewca „Don Juana” nie ryzykował nazbyt wiele, jako że ekwilibrystyczny kunszt Wihana zdążyli uprzednio docenić a przy tym adekwatnie spożytkować – prócz rzeczonego Franciszka Liszta – także spragniony sławy Wagner wraz ze swym stałym antagonistą, Hansem von Bülow. „Dobrze wykonana robota oddaje bowiem cześć Bogu, a ludziom jest pożyteczna, dobra i przyjemna” (A. Dürer).

Wihan, który jak tuszę, wziął sobie do serca humanistyczną maksymę mediolańskiego erudyty i poety, Gian Paola Lomazzo, utrzymującego, iż „żadnej cennej rzeczy nie można zrobić gardząc Muzami, które za niegodne uważają chodzić w zaprzęgu”; był w owych latach niezaprzeczalnym wirtuozem i nader chętnie oddawał się rozkoszom muzykowania w kwartecie smyczkowym. Toteż nie dziwi wzniosły koncept Straussa, który zadedykował mu jeden z wczesnowiosennych opusów, z lekka zwichrzonych i emanujących uczciwą admiracją wobec Brahmsa. Tym bardziej, iż ukochana siostra inicjatora „Dyla Sowizdrzała”, Johanna, pozostawała w nader serdecznych stosunkach z afektowaną żoną Hanusa, piękną i utalentowaną pianistycznie Dorą Weis.

Fryderyk Pautsch: Wiosna

Fryderyk Pautsch: Wiosna

Tajemnicą poliszynela jest, iż Strauss romansował z nią nad wyraz wytrwale, żywiąc istotne nabożeństwo co do jej persony, i to aż do późnej starości. Niełatwo ustalić, czy fascynacja owa przekroczyła mieszczańskie ramy wspólnego koncertowania w zaciszu domowych pieleszy, wszak już cnotliwy Albrecht Dürer ani chybi spostrzegał, iż „zajmując się sztukami, unika się wielu rzeczy złych, które mogą się zdarzyć, gdy się próżnuje”; dość odkryć, iż chorobliwa zazdrość ze strony Wihana, rychło posłużyła za pobudkę do totalnego rozprzężenia związku. Niezależnie od tych matrymonialnych i czułostkowych perturbacji, w roku 1883 ekscytujący autor „Makbeta” ofiarował czeskiemu soliście osobne studium w postaci Sonaty na wiolonczelę i fortepian, F-Dur, która czarownie inauguruje zachwycający program Miszy Maisky’ego.

Kazimierz Sichulski: Anioł

Kazimierz Sichulski: Anioł

Ostatecznie niewielu tylko wnikliwie przenika problemy sztuki” – trafnie rozsądzał cytowany rozważnie Lomazzo. Kategorycznie obstaję przy tym, by ta szesnastowiecznie wzniosła sekwencja iluminowała wyborny zaczyn rosyjskich prestidigitatorów, z jakim tu mamy niezbicie do czynienia. Sublimowana koherentność i wszechpotęga sensualnej imaginacji, sentymentalny powiew salonowych lansad i ekscentrycznie ogniste, chłopięce „élan”, rubasznie żwawy morawski tan i senny bezmiar indiańskich kaskad Minnehaha – oto rafinowane odpryski subtelnie zwietrzałej epoki; ery, za którą jawnie tęskni nasza dusza.

W czas ten, znaczony wielobarwnym rostrum Straussa i swojską frazą patriarchalnego Dworzaka; humanizm i indywidualizm, idealizm i estetyzm, poczucie obowiązku i wiara w stopniowy postęp ludzkiego ducha zdawały się cnotami, o jakie warto kruszyć płomienną kopię, a „nadawanie kształtu marzeniom znaczyło życie każdego artysty” (Alfred de Musset). Maisky i Gililov z atencją peregrynują po tych zaprzeszłych echach fin de siècle’u, wspierając się ofiarnie w obopólnej wspinaczce ku światłu i pobudzając do życia „wszystkie bóstwa zamieszkujące człowieczą pierś” (William Blake).

Kazimierz Sichulski: Sieroty

Kazimierz Sichulski: Sieroty

Sztuka rodzi się tylko z najwyższego poruszenia najintymniejszych mocy duszy i umysłu, które nazywamy entuzjazmem” – pouczał u zarania XIX wieku panteista i teozof, Friedrich Wilhelm von Schelling. W rozedrganych pasażach pasjonującej zmysły sonaty F-Dur; pośród egzaltowanych taktów transponowanego z wersji orkiestrowej romansu, (utrzymanego w tejże tonacji); w mesmerycznie kojącym „Poranku”, sprezentowanym ongiś dozgonnej towarzyszce Paulinie de Anha, a przystosowanym tutaj na potrzeby wiolonczeli; szkli się i mieni rozległe spectrum barwne i lśni bez miary wysmakowana maniera Maisky’ego.

W niej to, bez przesady – jak rzekłby Samuel Coleridge – „ma miejsce pojednanie zewnętrznego z wewnętrznym”, a ukryta poufna poezja, „czy to rozwija swoją własną wzorzystą tkaninę, czy zdziera ciemną zasłonę życia przed sceną rzeczy, tworzy równocześnie dla nas nowy byt wewnątrz naszego bytu” (Percy Shelley). Taką finezją i krasą brzmienia obdarzony był swego czasu nieodżałowany Mścisław Rostropowicz, i nie od rzeczy namiętny łotewski liryk przywołuje jego szlachetne imię w dyskretnej dedykacji swojego intymnego albumu.

Władysław Jarocki: Pogrzeb huculski

Władysław Jarocki: Pogrzeb huculski

Zgasły niedawno mistrz rodem z Baku, pełni tym samym rolę znamiennego pomostu pomiędzy zakorzenioną w hic et nunc euforyczną profesją Maisky’ego, a jej frenetycznym ekwiwalentem z historii – Hanusem Wihanem; owym niesfornym totumfackim Dworzaka i adresatem jego perlistych miniatur (m.in. słynnego tria „Dumki”). Te zaś Gillilov do spółki z Maisky’m relacjonują bez zastrzeżeń, zezwalając osobno na wyśmienitą transkrypcję wiolinistycznej sonatiny G-Dur, i „przemieniając nasze życie w dzieło sztuki”, abyśmy „mogli śmiało twierdzić, że jesteśmy nieśmiertelni już w ziemskiej egzystencji” (Ludwig Tieck).

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 14 listopada 2011 at 11:01  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/11/14/misza-majski-poranek-straussa-i-dworzaka/trackback/

%d blogerów lubi to: