Somnambuliczna Cecilia Bartoli

Bellini: Lunatyczka (okładka płyty)

Bellini: Lunatyczka (okładka płyty)

W dobie, kiedy rewerans wobec szlachetnej muzy operowej ulega zatrważającej dewaluacji, piękna Cecylia Bartoli z gracją i nieustraszonością godną napoleońskich grenadierów, broni okopów nobliwej Melpomeny, pnąc się tyleż w rankingach popularności, co pretendując na artystyczny parnas. „Muszę być wyjątkowa – mówi o swoich interpretacyjnych popisach – Nie mogę pozwolić na to, aby ludzie marnotrawili swoje pieniądze, żeby mnie ujrzeć w kiepskiej formie”.

Zaiste, niewiarygodna paleta barw, emocjonalność i finezyjność frazowania poruszającego najpilniej strzeżone drgnienia człowieczego ducha, entuzjastyczna identyfikacja z prezentowaną postacią i predylekcja do wskrzeszania z martwych nie zapoznanych partytur przeszłości, predestynują urodziwą Włoszkę do kreowania wielorakiego spektrum ról, a fizjonomia heroin, jakim Bartoli użycza głosu, zda się przenikać ją bez reszty, dyktując akcje ciała i rozpłomieniając namiętny wzrok.

Sir Lawrence Alma-Tadema: Hołd dla Bachusa

Sir Lawrence Alma-Tadema: Hołd dla Bachusa

Idylliczna „Lunatyczka” tchnąca powiewem szwajcarskiej arkadii, oczarowała utalentowaną Cecylię już kilka lat temu; u progu nowego millenium artystka rozważała nawet jej projekcję pod batutą fenomenalnego Jamesa Levine’a. Pastoralny entourage z nawiedzonym młynem hojnie okolonym alpejską przyrodą, zagadkowy fantom w bieli peregrynujący po bukolicznych ustroniach jeziora Como, marnotrawny wędrowiec powracający na łono rodzinnego sioła i niewinny podrzutek na krawędzi szaleństwa fluktuującego pomiędzy upojną szczęśliwością a oparami Freudowskiej depresji – oto kwintesencja romantycznego „bel canto”, zdradzającego wszelako niebagatelną fascynację racjonalnym i scjentystycznym rostrum Oświecenia.

Sir Lawrence Alma-Tadema: Sekrety

Sir Lawrence Alma-Tadema: Sekrety

Wizjonerska i irrealna psyche Aminy epatuje skrajną sensytywnością, ewokującą nie tyle italskie bachantki, co zacne madonny niemieckiej ery „burzy i naporu” zmagające się z dylematami werterowskimi i bajronowską histerią, tudzież gotyckie persony spod szyldu angielskiej grozy Walpole’a. Co więcej, duszna seksualność, nieokreśloność, niepokój i ustawiczne peregrynacje od fantomów mglistości, udręki i agonii po niebiańskie rejestry koncypowanych rozkoszy, stanowią wyzwanie niepośledniego autoramentu, żądając od wcielających się w kardynalną figurę Aminy stratosferycznej przejrzystości i perfekcyjnego prowadzenia głosu, a także elastyczności, afektacji, sensualnej ornamentacji i ekstensywnej kontroli oddechu – aspektów, jakie władne były zapewnić hipnotyzujące soprany w osobach Callas i Sutherland.

Tymczasem Bartoli zelektryzowała wieść, iż za życia herolda „Normy” partia Aminy była reprodukowana przez prominentne mezzosoprany: Giudittę Pasta oraz Marię Malibran. Penetrując oryginalny manuskrypt, artystka doszła do wniosku, iż górne noty dyktujące wokalną pirotechnikę zostały naniesione później, a Bellini nie projektował ekskluzywnych słowiczych treli i koloratur, acz ciemną, kojącą barwę głosu korelującą z ambiwalentną naturą somnambulicznej panny. „

Sir Lawrence Alma-Tadema: Od nadziei do strachu

Sir Lawrence Alma-Tadema: Od nadziei do strachu

To było prawdziwe objawienie – rozpromienia się Bartoli – Czułam, że pragnę zaśpiewać tę rolę, tym bardziej, że nowojorska Metropolita Opera nigdy nie zdecydowała się zaprezentować wariantu przewidzianego dla Malibran. Jakieś trzydzieści lat temu uczyniła to w Waszyngtonie Frederika von Stade, a poza tym od wieków nikt nie zna innej wersji prócz tej z Joan Sutherland. Wierzę, że potrafię wykonać tę partię; ona rzeczywiście odpowiada mojej barwie głosu”.

Sir Lawrence Alma-Tadema: Propozycja

Sir Lawrence Alma-Tadema: Propozycja

Niestety, mimo nieprzeciętnej sympatii, jaką darzę nadobną Cecylię, także i za podjęcie tak krytycznego ryzyka, nie mogę pozwolić sobie na konstatację, iż jej partia Aminy jest w pełni zadowalająca. Oczywiście, można wieść nie kończące się dysputy, jako że mamy tu w istocie do czynienia z przedsięwzięciem pionierskim i niekompatybilnym, a takie nie pozwala na rzeczywistą taksację. Atoli dywagacje takowe jawią się irrelewantne wobec faktu, iż nadwerężeniu uległa istota samego „bel canto” ściśniętego stłumionym oddechem, szarpiącego się w sieci przykrych rezonansów i dobiegającego bezsilnie z bezdźwięcznej oddali, a co gorsza wytrawionego z uroków przestrzeni.

Sir Lawrence Alma-Tadema: Róze Heliogabala

Sir Lawrence Alma-Tadema: Róze Heliogabala

Na dodatek ekscytujący i patetyczny mezzosopran przydał dziewczęcej posturze Aminy co nieco zbędnych dekad, tak iż w subtelnie skrojonych miłosnych duetach, łacno można odnieść wrażenie, iż cherubin Elvino żywi amory do znacznie dojrzalszej kochanki, na próżno łudzącej się ukryć swoje lata… Z drugiej strony Bartoli emanuje czarem o nieprawdopodobnej fantasmagorii i transcendencji, a jej instynktowna, afektowana fraza rozwibrowana to chimeryczną egzageracją, to zatopiona w niewinnym omdleniu, przemierza meandry italskiej partytury z niekwestionowanym powabem i gustem. A te zaprawdę niełatwo obciążyć kondemnatą.

Sir Lawrence Alma-Tadema: Pod niebem jońskim

Sir Lawrence Alma-Tadema: Pod niebem jońskim

Aliści owe partykularne dysonanse giną niechybnie w obliczu serafińskiej modulacji Juana Diego Floréz, którego rafinowany a rześki kunszt ośmielam się puncować etykietą “crême de la crême” tej niesztampowej rejestracji. Cóż za upojny, nieskazitelny i bezpretensjonalny wokal! Transparentny, klarowny i błyskotliwy; sensualny, szykowny i welwetowy; inteligentny nieustraszony i impresyjny – faktycznie, lista epitetów, jakim gotów jestem obdarzyć pienia peruwiańskiego solisty jest niebywała, a w jego frenetycznej personie postrzegam bez mała współczesną reinkarnację Carusa.

Sir Lawrence Alma-Tadema: W dobie Konstantyna

Sir Lawrence Alma-Tadema: W dobie Konstantyna

Prócz tego liryczna prezencja Floréza kapitalnie podnosi rangę tych segmentów, w których Bartoli za nadto pikuje w strefę dolnych rejestrów głosowych i przerysowuje legato, co snadno kreuje nader osobliwy rezultat (niem. „Verfremdungseffekt”). Drugi plan nie żywi poważniejszych zastrzeżeń; śmiem nawet twierdzić, iż Ildebrando D’Arcangelo jest niedościgły i liczę na jego poważniejsze angaże, takoż i Gemma Bertagnolli z Lilianą Nikiteanu prezentują się przeuroczo.

Siurpryzą „sui generis” jest partycypacja oryginalnego instrumentarium, jakie orkiestra pod batutą Alessandra de Marchi dozuje tu nad wyraz wdzięcznie; udatnie pokonując pierwotny chaos i stopniowo odpływając w przejrzystsze, pogodniejsze i kojące zmysły ustronie.

Nie sposób ukryć, iż tak pojęta „Lunatyczka” jawi się kuriozalną hybrydą o niejednorodnej, pretensjonalnej strukturze. W jej opalizującym labiryncie nie ustaje infiltracja detali egzaltowanych i finezyjnych o romantycznej nastrojowości, z ekstrawagancką ingrediencją o smaku cokolwiek bulwarowym. I jeśli permanentnie drążę, osaczam i cyzeluję to heterogeniczne credo, stając bezradnie w jego obliczu, sprawia to wiekopomny geniusz Belliniego, nie kryjący w sobie krzty ułomności: „Każda wyższość jest nieodparcie uwodzicielska: porywa i wciąga w swoją orbitę” (Barbey d’Aurevilly).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 24 listopada 2011 at 10:56  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/11/24/somnambuliczna-cecilia-bartoli/trackback/

%d blogerów lubi to: