Eric Le Sage: Schumannowska kawalkada

Eric Le Sage: Schumann (okładka płyty)

Eric Le Sage: Schumann (okładka płyty)

Umysł ludzki powinien zawsze pracować na nowo – podnosił Gustaw Courbet – zawsze w teraźniejszości, wychodząc od tego, co już zdobyte. Nie należy nigdy zaczynać od początku, ale iść od syntezy do syntezy, od konkluzji do konkluzji. To, co było, było. Nie jest rzeczą czasów nowych dodawać cokolwiek do wyrazu czasów dawnych, wyolbrzymiać i upiększać przeszłość”. Śmiem podejrzewać, iż artystyczna recepta koryfeusza francuskiego realizmu, przyrządzona ku odparciu akademickich inkryminacji, przebiegła swój czas rozkwitając w heroicznej koncepcji jego kompatrioty, Erica Le Sage.

Utalentowany Gal pogrywający ongiś (wespół z Emanuelem Pahudem) skrzące profuzją olśnienia i intelektu biedermeierowskie duety pióra Webera, Schuberta i Beethovena, powraca do niemieckiego kręgu kulturowego, wyławiając z jego przepastnych spichlerzy Schumannowski ciąg westchnień i wzruszeń; filigranową krainę dla wtajemniczonych, ezoteryczną, dyskretną i owianą cieniem melancholii. Dwupłytowe kompendium – jakim uraczono mego niespokojnego ducha – przedkłada wirtuozowskie ekscerpcje herolda Symfonii Reńskiej wprzęgnięte w jarzmo poetyckiej sublimacji i sporządzone w interwale 1835-39.

James Whistler: Symfonia w bieli

James Whistler: Symfonia w bieli (I)

Wciąż w sprzeczności z sobą, oszukując przyszłe widoki obecną niedolą, a niedole przyszłością, która doń nie należy, człowiek nadaje wszystkim swoim uczynkom piętno niekonsekwencji i słabości” – rozważał Honoriusz Balzak, sygnując ekstatycznego Jaszczura w dobie twórczego znoju i eterycznych mrzonek (1830-31); erze znaczonej gorączkowym junactwem i prometejską ufnością w niemożliwy los, przeplatanymi pospołu z fatalną rezygnacją i desperacją oczadzającą zmysły.

James Whistler: Symfonia w bieli (II)

James Whistler: Symfonia w bieli (II)

Schumann do głębi zakosztował był udręki trapiącej autora Ludwika Lamberta, owego obezwładniającego zawieszenia „między dobrowolną śmiercią a żyzną nadzieją”, kiedy mozół istnienia zagęszcza swoje upajające trucizny a pod kopułą myśli „sam Bóg wie, ile toczy się pomysłów, uwiędłych marzeń, zdławionych rozpaczy i krzyków, daremnych pokus i poronionych arcydzieł”. W czas ten, zwinne obłoki turbującej chimery nader często przysłaniały Schumannowski firmament drżący przeczuciem kreacji nowego języka muzycznego: pokonującego więzy epoki i przestrzeni, ogarniającego istność w jej nieograniczonym pięknie, wychylającego się poza krańce uniwersum, po to, by zgłębić inne sfery, by słuchać Boga.

Człowiek, który przeczuwa piękną przyszłość, kroczy przez nędzę jak niewinny na szafot, nie wstydzi się” – miarkuje Balzak. Takoż i piewca Scen dziecięcych przemierza rozhisteryzowane noce i tyraniczne godziny, wiodąc bój z osaczającym filisterstwem, opierając się woli zjadliwego Wiecka i kultywując rozkoszne talenty literackie; odżywia kipiącą ambicję, oszałamia ekscentryczną imaginacją, dzieli napady euforycznego geniuszu, kultywuje impulsywne żądze – wszystko, wszystko dla platonicznej Sztuki egzekwującej dukt niedorzeczny i ciernisty, czyniącej nałóg z najbłahszych wzruszeń, łasej poddania i bezwzględnego strwonienia sił.

James Whistler: Harmonia w żółcieni i złocie

James Whistler: Harmonia w żółcieni i złocie

Autor Arabeski konstruuje z tych palących doświadczeń oniryczny poemat, straszliwy bądź radosny; podług obrazów, którego go piętnują i nużą nie kończącymi się abstrakcjami. Jego namiętna dusza odtrąca subtelne odcienie i wybiera żywsze barwy; podejmuje wędrówkę po somnambulicznych meandrach ducha, przepływa ponad granicami jawy i snu, z zapalczywością przekracza poufność i ostentację, łagodność i szorstkość, pogodę myśli i nieustępliwość. Zdaje się, iż Schumann, porzucający w owej dekadzie sielankowe inspiracje Jean-Paulowskie na rzecz fantazmatów i demonicznej improwizacji spod szyldu Hoffmanna, „opuścił realne życie, wstąpił w świat złudy, w czarowne pałace ekstazy, gdzie wszechświat objawił mu się w strzępach, w ognistych smugach, jak przyszłość ukazała się niegdyś oczom św. Jana na Patmos” (Balzak).

Diaboliczne Etiudy symfoniczne, eksploatujące sztukę wariacji do granic ekstrawersji rozpłomienionej febrą mistycyzmu, zaskakujące harmoniczną śmiałością, kuriozalnym aliansem liryzmu i groteski, tudzież wyrafinowanym misterium treści pozamuzycznych („Nie sporządziłem ich z myślą o wykonaniach publicznych – wyznał Klarze – I byłby to czysty absurd, gdybym musiał odczuwać złość, że publika ich nie rozumie ”); a także parodystyczna sekcja Humoresek: ambiwalentne studium charakteru ukonstytuowane jako miniaturowy derywat ówczesnych sztuczek prozatorskich (i reminiscencji wcześniejszych dzieł), afektowane, intymne i o niedorzecznej ekspresji oscylującej pomiędzy kontemplacyjną aluzją, despotyczną brawurą impresywnych akceleracji a szaleńczą burleską, tyleż namiętną co teatralną.

James Whistler: Szarość i złoto

James Whistler: Szarość i złoto

Nie pisałem do Ciebie przez cały tydzień – wyznaje ukochanej – Czy to usprawiedliwione? Ale marzyłem o Tobie, i myślałem o Tobie z miłością, jakiej uprzednio jeszcze nie doświadczyłem. Przez cały czas siedzę przy fortepianie, komponuję i piszę, śmieję się i ronię łzy jednocześnie. Wszystko to ujrzysz starannie zilustrowane w moim opusie 20, >Wielkiej Humoresce<, jaka trafiła już w ręce grawera” – oto żarliwe stance użyźniające ten jakże dramatyczny okres.

James Whistler: Porcelanowa księżniczka

James Whistler: Porcelanowa księżniczka

Florestanowa i Euzebiuszowa zarazem Sonata fis-moll, „nadto ociężała, zawiła i cokolwiek intymna, aczkolwiek intrygująca muzycznie” (Ignacy Moscheles), sztychowana mianem fikcyjnych konfratrów Bractwa Dawidowego (Davidsbund) – sekretnego zakonu wiodącego rzesze wiernych na bój z pozbawionym aspiracji rzemieślnictwem, pustą wirtuozerią i krępującym akademizmem; w imię postępu i wyższej prawdy w sztuce, datuje się również z tego stygmatyzowanego zwątpieniem periodu, w jakim apologeta niemieckiego romantyzmu „zmuszony żyć bez przerwy w sobie samym i nie dzieląc z nikim swych delikatnych rozkoszy, chciał może rozwiązać dzieło swego losu przez ekstazę i trwać w formie niemal roślinnej, niby anachoreta z pierwszych wieków Kościoła, abdykując tym samym z królestwa intelektu” (Balzak).

Uwielbiona przez Liszta za koherencję precyzyjnego detalu, logikę materii i ekstensywną szatę dźwiękową otulającą enigmatyczne konfesje zaczerpnięte z młodzieńczych reliktów, kalejdoskopowa i quasi-koncertowa rozprawa o osobliwie rzadkiej tonacji jest kolejną Schumannowską „peregrynacją w głąb siebie”; kataleptyczną prefacją, zgnębionym „okrzykiem – jak raczył był poinformować Klarę – mego serca w Twoją stronę; eksklamacją, w jakiej Twój temat pojawia się w każdej możliwej formie”.

James Whistler: Różowa nuta

James Whistler: Różowa nuta

Wieńczące porządek projekcji Bunte Blätter są najpóźniejsze i stanowią kolekcję wzgardzonych klejnotów, cyzelowanych w latach 1836-49 i udrapowanych wielobarwną szatą (stąd nazwa) w styczniu 1852 roku, tuż przed strąceniem w otmęty otchłani. Le Sage szlifuje je z udatną atencją, nie koloryzując i nie omdlewając nad ich nadprzyrodzoną strukturą, acz traktując z impetem i werwą hoplity, szarżującego to tu, to tam w nieustraszonej eksploracji partytury. Nie ukrywam, iż płonę chęcią ujrzenia galijskiego pianisty w chwili takowej galopady; zaiste musi wyglądać on „niby anioł bez promieni, zbłąkany w drodze” (Balzak), nie zaznający spoczynku i turbowany wstrząśnieniami, jako iż „wyobraźnia jest najokropniejszym wrogiem poety” (tamże).

Atoli zawładnął mną ten arcymistrzowski kunszt, idący – jak pragnął Courbet – „od syntezy do syntezy, od konkluzji do konkluzji”, „wychodzący od tego, co już zdobyte” i nie wahający się pretendować do serafickich rejestracji, sygnowanych dłonią Najwyższych: Claudia Arrau, Wilhelma Kempffa, Władimira Horowitza i utalentowanego imiennika tegoż, Aszkenazego. Oczywiście dyskretna porcja patyny byłaby tu w zupełności na miejscu; podobnież nobliwa powaga, salonowe rojenie przy świecach i tkliwa słodycz kojąca znękanego ducha, a także szemranie zamierającego smutku żeglującego przez nicość bezkresną i bezczasową.

James Whistler: Harmonia w zieleni i różu

James Whistler: Harmonia w zieleni i różu

Lecz wszystko to odnajdujemy u mistrzów prześwietnej historii, a Le Sage nie zamierza wszak „dodawać cokolwiek do wyrazu czasów dawnych, wyolbrzymiać i upiększać przeszłość”. Chmurny projektodawca Pogrzebu w Ornans nadmieniał jeszcze, iż „piękno, podobnie jak prawda, jest zależne od czasu, w którym artysta żyje, i od jednostki zdolnej je uchwycić”. Francuski wirtuoz, w swoim dążeniu do określenia niepodległego stylu, wyciągnął z tych admonicji ważką lekcję. Ostatecznie – jak powiadał Balzak, czyż nie „urodziliśmy się po to, żeby zdążać do nieba”?

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 25 listopada 2011 at 8:54  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/11/25/eric-le-sage-schumannowska-kawalkada/trackback/

%d blogerów lubi to: