Sigismondo D’India i Daniel D’Adamo

Giotto: Nawiedzenie Elżbiety

Giotto: Nawiedzenie Elżbiety

Nikt nie może wątpić, że słodycz zawarta w harmonii muzyki, poezji, wymowy i innych sztuk, choćby nie w równym stopniu odpowiadała smakowi wszystkich, ma jednak swą podstawę w naturze” – syntetyzował u schyłku XVII wieku, galijski akademik i architekt François Blondel, a rzymski esteta i archeolog, Giovanni Pietro Bellori, kontemplujący cnoty iluminacji jako zasady odżywiającej egzystencję kunsztów, ewokował: „Najwyższy i wieczysty duch, stwórca natury, tworząc swe cudowne dzieła przez głębokie zapatrzenie się w siebie samego, ukształtował pierwsze formy zwane Ideami, tak że każdy rodzaj rzeczy wyrażony został przez ową pierwszą Ideę, dzięki czemu powstało przedziwne powiązanie rzeczy stworzonych”.

Somnambuliczna konwersacja kompozytorów i poetów, oddzielonych od siebie zasłoną czterech stuleci – egzaltowanego Sigismonda D’Indii wespół z sugestywnym Danielem D’Adamo – oscyluje wokół intymnej, acz delikatnej i z gruntu drażliwej fuzji dwóch finezyjnych opusów ludzkiej myśli: poezji oraz muzyki. Ta pierwsza, której nadrzędną właściwością jawi się – jak skonstatował lyoński jezuita i eksplorator heraldyki, Claude François Menestrier – „tworzyć fikcje i fabrykować obrazy”, systematycznie i szczerze dąży do supremacji nad drugą, poruszającą się w nas „świętym tchnieniem” (F. Schlegel) i zrodzoną wyłącznie „z najwyższego poruszenia najintymniejszych mocy duszy i umysłu, które nazywamy entuzjazmem” (F. W. Schelling); a to poprzez żądanie respektu wobec słowa i przysposobienie doń służebnej szaty dźwiękowej.

Alberto Giacometti

Alberto Giacometti zmultiplikowany

Jakżem szczęsny bez miary, że ogień wspaniały / Zdołał jeszcze na życie odwrócić się nowe, / Chociażem się do zmarłych już zaliczał prawie” – ekscytował się dobiegający kresu bytu, Michał Anioł. Świt italskiego Seicento okazał się świadkiem zadziwiającej eksplozji kunsztów i nauk. Afektowana i giętka fraza literacka w rękach herosów pokroju Guariniego, Marina, Rinucciniego, Tassa tudzież Chiabrery, święciła olśniewające triumfy, przyciągając solenną uwagę ze strony żądnych emancypacji muzyków.

Argentyński maestro Daniel D’Adamo, komentując polimorficzne i imaginatywnie nonszalanckie monodie współczesnych Monteverdiemu, znalazł się w istocie rzeczy w położeniu doń analogicznym, kiedy jako dystyngowany pensjonariusz lukratywnej Villa Medici, został był skonfrontowany z mroczną liryką rzymskich suburbiów (Ungaretti, Sanguineti, Pasolini). „Wszystkie sztuki i wszystkie nauki operują wyłącznie obrazami – filozofował Menestrier – boć wszystkie sztuki są jedynie naśladowaniem natury, a wszystkie nauki są figurami i idealnymi wyrazami rzeczy, jakie znamy”.

Giotto: Joachim i pasterze

Giotto: Joachim i pasterze

Dla autora madrygału „Il cane”, jednoczącego w proporcjonalnie koncypowanej symbiozie moce wokalne i orkiestrowe, subiektywna penetracja wyabstrahowanych formalnie zgłosek, dziwnych odgłosów i semantycznych konotacji nowoczesnego wiersza, stanowi idealną pożywkę dla zatrudnienia pierwszorzędnej inwencji, która w opinii weneckiego humanisty, Lodovivo Dolce, jest „baśnią lub historią, którą [artysta] bądź sam wybiera, bądź mu jest przez innych wskazana jako materia do dzieła, które ma wykonać”. Podąża w tym śladem późnorenesansowej koncepcji Mariny, który zdefiniował awangardową ideę „poesia per musica”, przejawiającą się w pełnym podporządkowaniu brzmienia słów wiersza (wraz ze strukturą całych wersów), potencjalnej projekcji muzycznej.

Alberto Giacometti

Alberto Giacometti, ---

Dobry twórca jest w swoim wnętrzu pełen obrazów i gdyby było możliwe, żeby żył wiecznie, stale ujawniałby w swym dziele coś nowego, czerpiąc z wewnętrznych idei” – dochodził do przekonania Albrecht Dürer. Bardowie i prozaicy, jakim D’Adamo powierzył własną nutę, nie zaprogramowali wprawdzie strof swego pióra ku zaangażowaniu przez składnię muzyczną, jednakże objawia się w nich wymiar dźwięku na tyle istotny, aby był zdolny zainspirować akompaniament. „Muzyka jest w ogólności słowem, a zatem rytmem, a dopiero potem dźwiękiem; a nie odwrotnie – podnosił na kartach „Nuove Musiche”, Gulio Caccini – Piszę to na wypadek, jeśliby ktoś pragnął przeniknąć za jej pomocą umysły innych i sporządzić zachwycające efekty”.

W ten sposób wczesnobarokowa i wyrafinowana elukubracja Guariniego znajduje nieoczekiwany rezonans w igelitowo syntetycznych konfesjach Ungarettiego, a co ważniejsze, gwałtownym i absurdalnie skoncentrowanym panoptikum Pasoliniego. Czynnikiem udatnie spajającym te zasadniczo rozbieżne zwierzenia – skontrastowane zarazem w kontekście estetycznym, co funkcjonalnym i społecznym – jest wspólny dla nich język włoski, narzucający skonkretyzowaną rytmiczność, a także ekspozycję o intensywnej sile wyrazu.

Giotto: Odrzucenie Joachima

Giotto: Odrzucenie Joachima

Partykularny bieg mowy, domagający się specyficznej strategii komponowania, pełni – jak nie kryje zdumienia dzisiejszy piewca „Eco, lunare” – „rolę identyczną zarówno w spuściźnie D’Indii, jak mojej własnej. W konsekwencji modele ekspresji projektowane przez język, powołują niezwykłą spoistość myśli pomiędzy muzykami z odrębnych epok. Ów konsensus w niebłahym stopniu wykracza poza powierzchnię zewnętrznych różnic stylistycznych, i jest potężną wypadkową wieloaspektowego wymiaru oraz natury samego madrygału”.

Języki są jak morze, bez przerwy falują” – taką hipotezę postawił profetyczny kazuista i reformator materii słownej, Wiktor Hugo. Poetycko-recytatorskie eksperymenty pobudzają niewiarygodnie bujny potencjał interpretacji i objaśnień. Na domiar, sublimowany sekwens monofonii oferuje dokumentną swobodę instrumentacji, a co za tym idzie zezwala na gąszcz fascynujących interakcji pomiędzy partiami orkiestrowymi a wokalnymi – tak na niwie barokowej, jak i obecnej.

Albverto Giacometti

Albverto Giacometti w roku 1951

Intencją D’Adamo było wyłowienie z każdej intymnej frazy wiersza jej wewnętrznego przekazu, uchwycenie możliwych impresji i immanentnych konotacji, a następnie przedłożenie ich w bardziej jaskrawym, zgoła udramatyzowanym świetle. W tym wyjątkowo powikłanym procesie, ważkiej podpory dostarczyło mu hojne czerpanie z siedemnastowiecznego instrumentarium o relatywnie wątłych a jednocześnie jakże obfitych barwach i temperamentach (harfa, viola da gamba, flet poprzeczny). Ich fantasmagoryczna prezencja dopuściła udrapowanie chropawo neorealistycznych i niepobłażliwych ekscerpcji nad wyraz gęstym i ekspresywnym kostiumem scenicznym, owym „nobile palermitano”, tak pożądanym w czas działalności płomiennego retora D’Indii.

Na skutego takiego zabiegu z gruntu odmienne i pozornie zantagonizowane obszary nowożytnej kultury, przenikają się i przeplatają pospołu w bezbłędnej i omal niezauważalnej komitywie, konstytuując wszechprzenikającą i wszechogarniającą zmysły przestrzeń. „Nie wystarczy bowiem naśladować zwyczajnie natury wszelkiego rodzaju. Trzeba by [twórca] brał z niej to, co najpiękniejsze, jako arbiter sztuki, aby przez niego dokonany postęp musiał naprawić niedostatki natury i jej błędy, a nie dopuścił, by umknęły mu przelotne i nieuchwytne piękności” (C. A. Dufresnoy).

Giotto: Sen Joachima

Giotto: Sen Joachima

Kluczem do tak pojętej homogeniczności zdaje się osobliwie awangardowa nonszalancja, z jaką D’India – wraz z rówieśnymi Monteverdim i Gesualdem – traktował dostępne poetyckie tworzywo, stawiając pod znakiem zapytania skrystalizowane prawidła i konwencje. Innowacyjna „prattica seconda”, będąca owocem tych odkrywczych starań, wychodziła zarazem naprzeciw uduchowionym pretensjom ówczesnej arystokracji, i jako taka została spopularyzowana znacznie wcześniej na niwie literackiej.

Mowa tu o ekscentrycznym koncepcie, ukutym pośród stylizowanych wersów „Dworzanina” (1528) i opatrzonym neologiczną treścią „sprezzatura”: „Jeszcze mimo to znajduję ja jedną drogę, która mi się widzi (…) – tłumaczył jej arkany Łukasz Górnicki – a to ta jest, aby człowiek tak z mową, jak i z sprawami najmniej się nie wydwarzał, jeno niedbale jakoś a rzekomo tego sobie nie mając nizacz wszytko czynił. A ta zmyślona niedbałość, abo, iż to tak przekrzczę >nizaczmienie<, żeby umiejętność pokrywało i pokazywało tak ludziom, iż ono, co człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracy i zdobywania przychodzi”. I kapitalnie konkludował: „A przeto ten jest prawy mistrz, kto misterstwo pokryć umie, a o żadną się rzecz bardziej nie ma starać, jak o to, aby je mógł dobrze pokryć, bo gdzie je pokaże, tam mu zaraz kredyt zginie i wnet nie tak wziętym u ludzi będzie”!

Alberto Giacometti, ---

Alberto Giacometti, ---

Śmiem podejrzewać, iż aktywiści ansamblu Poiésis, wiodącego swą niecodzienną nomenklaturę ze starogreckiej definicji aktu kreacji, szparko zapamiętali frapujące instrukcje plastycznego pierwopisu Castiglione. Dość odnotować, iż ich transcendentny zaczyn, uskuteczniony jakby od dwornego niechcenia i wielkopańskiej bagateli, raduje psyche i uśmierza zmory, dyskretnie oczyszczając „wrota postrzegania” i ukazując „człowiekowi każdą rzecz taką jaką jest, czyli nieskończoną” (William Blake).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 25 listopada 2011 at 10:18  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/11/25/sigismondo-dindia-i-daniel-adamo/trackback/

%d blogerów lubi to: