Niewinne rozkosze wirtuozerii. O muzyce weneckiej u progu XVII wieku

Luca Giordano: Porwanie Europy

Luca Giordano: Porwanie Europy

Artysta jest panem wszelkiego rodzaju ludzi i wszystkich rzeczy” (Leonardo da Vinci).

I.

Takie są owe Wenecji rozkosze, / Prawdziwe to ziemskie są raje; / Elizjum nie musi to miejsce zazdrościć, / Bo ma wszelkie racje, by być cenione” – ewokował na kartach metaforycznej „Mapy żeglugi malarskiej” (1660), szlachetny krytyk i entuzjasta sztuki Marco Boschini. Poeta, kartograf i grafik, intratny marszand, niezgorszy pisarz i niepośledni malarz w jednym; a przy tym niebywały apologeta imaginacji i inwencji („Bo celem malarstwa nie jest nic innego, / jak oka złudzenie niechybnie, / a to, co w łudzeniu jak najsilniej działa, / jest zarazem cenione jak to, co zmyślne” – podkreślał) oraz reporter życia przesławnej „La Serenissima” na przestrzeni XVII stulecia.

Luca Giordano: Święty Michał

Luca Giordano: Święty Michał

Był to dla adriatyckiej republiki czas prosperity i polityczno-socjalnej passy zrodzonej w smugach alegorycznych płócien Tycjana i śród świetlistych szarości Giorgione’a; doba triumfalnej autarkii Sztuki, owego – jak definiował Filippo Baldinucci – „intelektualnego posiadania tych rzeczy, które nie są niezbędne”, a także dobrego smaku („Jakości, jaką winien posiadać artysta”), fantazji będącej „mocą imaginacyjną duszy” oraz idei objawiającej się w „doskonałym poznaniu przedmiotu umysłowego” (F. Baldinucci).

W dobie włoskiego renesansu muzyczne sanktuarium miasta stanowiła prześwietna bazylika p.w. św. Marka, w której nieziemskich i ażurowych murach, pośród skąpanych w złocie mozaik i onirycznych wschodnich fresków, trelowała pojętna i ekspansywna orkiestra, dopuszczająca hojnie obfitość awangardy. „Twórca wenecki, muzyk doświadczony, / Dobrze zna instrument i stroić go umie; / Gdy nawet zły akord zabrzmi na strunie, / Wie, jak dać więcej gracji tej harmonii. / Ręką nad instrumentem tak panuje, / Że to inwencje, fugi, to pasaże, / Fantazje i toccaty nam pokaże; / Z jednej tonacji w drugą transponuje” – zachwycał się nie na próżno Boschini.

Luca Giordano: Ukrzyżowanie św. Piotra

Luca Giordano: Ukrzyżowanie św. Piotra

Istotnie, zdawać by się mogło, iż niewiarygodna architektura bizantyńskiego kościoła stymulowała prezencję najosobliwszych konfiguracji instrumentalnych oraz wokalnych, rozbrzmiewających w przestronnych galeriach organów, tudzież w filigranowych ustroniach balkonów. Nie da się ukryć, iż to obecność tych wdzięcznych empor, zdolnych zataić solistów różnego autoramentu, inspirowała lokalnych mistrzów do ryzyka eksperymentu „cori spezzati”, to jest zwielokrotnienia masy chórów w celu uzyskania skontrastowanych i wielobarwnych tworów dźwiękowych.

Johann Liss: Faeton

Johann Liss: Faeton

Ta kuriozalna muzyczna hybryda legła u źródeł zdyszanego dialogu instrumentów, pryncypalnego dla ery wczesnego baroku i przybierającego rozliczne a nowatorskie formy (canzona, sonata, koncert). Jawiły się one znamiennym wyrazem światopoglądowego przesilenia, które renesansową homeostazę myśli, emocji i człowieczego ducha, pchnęły na drogę nierozwiązalnych kontradykcji i supremacji gwałtownych uczuć.

Bez sztuk nie tylko nie dało by się wygodnie przeżyć, ale wręcz przeżyć w ogóle” – spekulował florencki akademik i notariusz, Benedetto Varchi. W rzeczy samej był to wiek tak niepojęcie dla nas rozkochany w sztukach pięknych, że nie żądał zgoła od artystów, aby chcąc się podobać, kroczyli zawsze prostą i zrozumiałą drogą. Dysponowali oni najsubtelniejszą cząstką smaku; taką, która zastąpić może inne, lecz sama stale jest niedościgłą: zdolnością wzbudzania niekłamanej przyjemności.

Luca Giordano: Bachus i Ariadna

Luca Giordano: Bachus i Ariadna

Błogosławionej sztuce umilania życia oddawano się wonczas nad wyraz namiętnie, upiększając jej opusami periody pomyślne i przeurocze, a kontentując smutki i zmartwienia. W przeciwieństwie do wypranego z wrażliwości hic et nunc, nowożytni artyści pióra, pędzla i batuty, żywili zwyczaj rozróżniania w swych uczuciach mnóstwa odcieni, i od nich to uzależniali niepowodzenie lub namacalny sukces w sztuce. Co więcej, znajdowali w tych domieszkach materialną rozkosz, dochodząc – i słusznie – do przekonania, iż tych błogości nie jest w stanie odebrać ani niezrozumiały kaprys losu, ani wszechmocna z gruntu śmierć.

Johann Liss: Wizja św. Hieronima

Johann Liss: Wizja św. Hieronima

Działanie ludzkie przelatuje z czasem – syntetyzował Boschini – [sztuka] zatrzymuje przeszłość, / Przygważdża chwilę, by przyszłość cieszyła; Jest to wyłącznie [sztuki] przywilej”. Z prerogatywy owej korzystano na tyle chętnie, w pewnym sensie majestatycznie („Największą wadą jest licho robić” – dawał do zrozumienia Michał Anioł), iż osobista fortuna artysty, ba jego jednostkowa nieśmiertelność, związana była trwale z żądzą wybicia się we własnej twórczości.

Ludzie wielkiego ducha, powodowani gorącym pragnieniem chwały we wszystkich swych działaniach, nie cofali się zazwyczaj przed żadnym, nawet największym wysiłkiem, aby tylko nadać swoim dziełom taką doskonałość, która by mogła je uczynić godnymi podziwu i zachwytu wszystkich” – trafnie spostrzegał Georgio Vasari. I to pragnienie jak najbardziej ukształtowało ich tak obecnie podziwianą wielkość.

Luca Giordano: Bachanalia

Luca Giordano: Bachanalia

Odrębną kwestią jest to, iż w zgłębianej przez nas epoce, ludzie zdawali się bardziej wrażliwi, a bieg indywidualnej egzystencji nie został zdominowany przez konwenans, nie wspominając o jednostajnej masowości i chorobliwej standaryzacji. Przesadna poprawność i wyjałowienie z wyższych uczuć w żadnej mierze nie tłumiły natury pierwotnych namiętności. Wszystko jawiło się mniej wymuszone, mniej wystudiowane i nie tak indyferentnie bezduszne, jak obecnie. „Żałujcie nas bardziej niż wszystkich swoich ojców – analizował ten fenomen Alfred de Musset – cierpimy bowiem niejeden z bólów, które ich czyniły godnym współczucia, a straciliśmy to, co im dawało pociechę. Żyjemy jedynie wśród szczątków, jak gdyby koniec świata był bliski”.

Luca Giordano: Ukrzyżowanie św. Andrzeja

Luca Giordano: Ukrzyżowanie św. Andrzeja

Inna sprawa, iż ówczesne a obecne przesłanki bytu są na tyle sprzeczne i niekompatybilne, iż – co powinno stanowić wyraźną przestrogę przed rozmarzeniem i fantazjowaniem o eskapadach w czasie – „pewne jest, że nie moglibyśmy się przenieść, nawet myślą, w warunki renesansu: nasze nerwy, pominąwszy już nasze mięśnie, nie wytrzymałyby tamtej rzeczywistości” (Friedrich Nietzsche).

Johann Liss: Ekstaza św. Pawła

Johann Liss: Ekstaza św. Pawła

Herold krytycznego „Zmierzchu bożyszcz”, z właściwą sobie dezynwolturą i kpiną, odnotował jeszcze, iż jakkolwiek teraźniejsze skupisko wielu milionów ludzi mówiących tym samym językiem i radujących się z tych samych rzeczy (wizja godna Orwella), jest absolutnie kuriozalne i nieszczere, to „nie ma wątpliwości, że my, ludzie nowocześni z naszym grubo wywatowanym człowieczeństwem, które w żaden sposób nie chce czuć oporu, dla współczesnych Cezara Borgii przedstawialibyśmy taką komedię, iż zaśmialiby się na śmierć”.

Uważając się za posłańców wyzwalającej ducha wiedzy, jesteśmy nadto zbyt inteligentni i logiczni, aby przyjąć pojęcia i zwyczaje bujnej przeszłości wraz z jej wszelkimi, nawet mniej pożądanymi skutkami. Cóż – jak nie omieszkał stwierdzić Nietzsche – „co niegdyś stanowiło przyprawę życia, dla nas byłoby trucizną…”! W istocie zagubiliśmy się w meandrach nauki i religii, a jako że ilość idei na przestrzeni ostatniego pięćsetlecia wzrosła co najmniej w czwórnasób, zda się zatraciliśmy także muzyczną wrażliwość wraz ze zdolnością intuicyjnego myślenia.

II.

Domenichino: Odpoczynek w drodze do Egiptu

Domenichino: Odpoczynek w drodze do Egiptu

Inny gra tylko z nut spisanych kartą, / Szuka po jednym klawiszów opornych / I dźwięk wydaje gruby i toporny, / Gdy moduluje, plącze tercję z kwartą” – tak erudyta Boschini ironizował analizując poczynania barokowych muzykantów z innych regionów Italii. I nie bez racji, gdyż autentyczna nobilitacja i wyzwolenie instrumentalnej frazy z okowów uwarunkowanej sakralnej tradycji wokalnej, nastąpiła wyłącznie w ramach progresji szkoły weneckiej, aczkolwiek – co intrygujące – jej zasadnicze komponenty nie narodziły się w krainie dożów, a poza nią.

Johann Liss: Rozrywka na wolnym powietrzu

Johann Liss: Rozrywka na wolnym powietrzu

Dość napomknąć, iż w gronie mistrzów zaprezentowanych na karcie menu mojego faworyta Stegera, jedynie Dario Castello był rodowitym Wenecjaninem o predylekcji do lokalnych ozdobników i dyminucji. Chimeryczny Rossi, enigmatyczny Fontana, wiolinistyczny wirtuoz Uccellini, klawesynista Storace i ekstatyczny Tarquinio Merula, egzystowali w odległych partiach Italii; ba wręcz nie dotknęli granic Wenecji, aliści chętnie publikowali w jej wiarygodnych drukarniach i równie skwapliwie oddawali się kompozycyjnym innowacjom, ujętym wspólnym mianem „stile moderno alla veneziana”.

Ten, komu [sztuka] nie daje przyjemności, nie jest uważany za człowieka szlachetnego umysłu” – entuzjazmował się franciszkanin Luca Pacioli. Zaprawdę animatorom muzycznych kunsztów zgromadzonym w tym oto płomienistym credo – które recenzujący dla „Irishtimes” Michael Dervan, zaleca stanowczo ordynować, „jeśli recesja wpędza cię w depresję i czujesz się skonsternowany przymusowymi cięciami budżetu” –  nie brakowało na inwencji, tudzież rozkoszy z partycypacji w kultywowaniu wielkiej Sztuki. Jednakże mnogość z ich afektowanych pereł nie dysponuje specyfikacją w zakresie zamierzonego instrumentarium.

Johann Liss: Ofiara Izaaka

Johann Liss: Ofiara Izaaka

Nie ulega wątpliwości, iż wraz z rozkwitem nowoczesnego repertuaru koncertowego, centralne miejsce pośród orkiestry zajęły skrzypce, wszelako bez skrupułów dozwalano na śmiałość dywersyfikacji i permutację partii smyczków. Ich obowiązki zastępowano swobodnie rogami oraz fletami o tenorowym kroju, altówkami, wiolonczelami i violami dla podkreślenia linii basu, a nadto akompaniującym klawesynem, organami bądź harfą. Z takiej to korzystnej opcji skorzystał nasz sugestywny i obdarzony talentem Szwajcar, transponując na partię fletu starannie wyselekcjonowane siedemnastowieczne miniatury i okraszając ich kalejdoskopowy idiom kameralnym ansamblem o fantastycznie kształtnym zacięciu.

Luca Giordano: Wypędzenie przekupniów ze świątyni

Luca Giordano: Wypędzenie przekupniów ze świątyni

Ekspansywna kwestia solowa zdominowała w nich wariacyjny sztafaż zespołu i dała upust namiętnej imaginacji, egzystującej na pograniczu bezkresnej otchłani i niedostępnej uprzednio dla uszu, „ale – jak precyzuje Ludwig Tieck – dopiero teraz, patrząc w tę głębię, może [człowiek] ze swobodną miłością wielbić Boga, poświęcać mu się i ofiarować, gdy przedtem wznosił swe nieświadome serce ku Ojcu, jak gdyby mimo woli, niemal jak obdarzona duszą roślina, ulegając głosowi natury, tak jak rozkwita i roztacza swój zapach róża”.

III.

Johann Liss: Wenus przed zwierciadłem

Johann Liss: Wenus przed zwierciadłem

Manierystyczny historiograf i piewca mentorskich „Żywotów”, Vasari w prologu do swego cyklopiego monumentu wyjawia: „Zdając sobie sprawę z tego, że imiona bardzo wielu dawnych i nowych [artystów], tak jak niezliczone przepiękne ich dzieła (…) popadają w zapomnienie i po trochu niszczeją i to w sposób, który nie pozwala oczekiwać niczego innego, jak ich niechybnej a bardzo rychłej śmierci, poświęciłem wiele czasu na poszukiwania, ażeby, tak jak potrafię, ocalić je przed tą powtórną śmiercią i zachować, jak najdłużej to będzie możliwe, w pamięci”.

Nie śmiem przypuszczać, czy tą cnotliwą i szczytną maksymą heroicznego barda malarstwa, kierował się aby wirtuoz Steger, gdy kompletował autorskie ekscerpcje, wystarczy odnotować, iż pozycję centralną zajmują opusy wirtualnie nieznanego Fontany. Ten akrobata muzycznej frazy, o którego ekwilibrystycznej personie stateczny „maestro di capella„, Bartolomeo Reghino raczył napomknąć, iż „po śmierci została ona przeniesiona z ziemi wprost do nieba na skutek zaraźliwego łaknienia niebios”; pochodził z Brescii i tuż po przybyciu do Wenecji padł ofiarą wyniszczającej miasto plagi. Zdążył zostawić w spadku niepozorną kolekcję osiemnastu sonat, opublikowaną „post mortem” w roku 1641, i odbijającą niczym w zwierciadle ambiwalentną stylistykę ery przełomu.

Luca Giordano: Wenus i Psyche

Luca Giordano: Wenus i Psyche

Jakkolwiek silnie zakorzenione w dogmatyzmie późnego renesansu, epatują opusy Fontany raptownie skontrastowanymi pasażami, gwałtowną alternacją tempa, olśniewającą zmysły improwizacją i dostatniością złotoustych idei, pośrodku których nieostatnią rolę pełnią reminiscencje ściśle taneczne. Te zaś, skojarzone z właściwą  epoce ekspresywnością i predylekcją ku egzaltacji, nieprawdopodobnie zgrabnie korelują z wirtuozerią prostego fletu, który w subtelnym tchnieniu wydobywa z ich pieszczotliwych struktur całą paletę skrytych emocji, sensytywności i retoryki.

Tacy artyści – podnosił niderlandzki filolog, Franciszek Junius – którzy w umyśle swym noszą obraz doskonałego piękna bez zmazy, najczęściej przelewają w swe dzieła lśniące iskry wewnętrznej piękności zawartej w ich umyśle; nie trzeba jednak sądzić, że jest to rzecz bardzo łatwa, bo to, co najlepsze, jest zawsze trudne do znalezienia i oceny”.

Luca Giordano: Jakub i Rachela przy studni

Luca Giordano: Jakub i Rachela przy studni

Kto jednak chce w sposób właściwy postępować w swych dziełach, niechaj najpierw ukształtuje kompozycję w swym umyśle, bo w szybkim działaniu umysłu, w jednym momencie uzupełnia się to, czego brakuje, i ujmuje to, czego jest zbyt wiele, i wszystko równoważy się szybko” – konstatował Gian Paolo Lomazzo. Tym, co wyłania się spoza profuzji fantazyjnych ornamentów i egzoterycznych dyminucji, jest nieopisana harmonia, rytmiczny konsensus oraz nieskazitelna kooperacja solisty z akompaniującą partią basu. Ta ostatnia poczyna sobie niezależnie jedynie okazjonalnie, kreując urzekający i pastoralny entourage dla akrobatycznych popisów flecisty; i to jakiego flecisty!

Luca Giordano: Azja

Luca Giordano: Azja

Zaprawdę oszczędzę alegoryzmu i teatralnych kolokacji, i powstrzymam się – o co zaiste w moim przypadku niełatwo! – od przedłożenia pedantycznej admiracji wobec tak rafinowanej maestrii, z jaką tu mamy do czynienia. Cytowany powyżej Dervan definiuje ją w kategoriach „flamboyance”, odwołując się do nomenklatury architektonicznych precjozów dogasającego gotyku, i nie przypuszczam, aby się mylił w swojej opinii, tym bardziej, iż Stegerowskie studium promienieje równie podniosłym i transcendentnym duchem, co interiory galijskich katedr. Każdy, kto bywał w gwarnym świecie i nie ominął świątyń w Beauvais czy Reims, pojmie tę prawdę w mig. „Zaprawdę [sztuka] jest skarbem ze złota, / I wielką księgą, która nie ma końca, / Gdzie ludzkie istnienie i istnienie boskie / Widzi swój obraz wieloraki i piękny” (M. Boschini).

IV.

Domenichino: Wniebowzięcie Marii Magdaleny

Domenichino: Wniebowzięcie Marii Magdaleny

W dywagacjach nad fantazyjnym cechowym majstersztykiem, jakiego reminiscencje tu śmiało postrzegam, nie sposób zresztą pominąć istoty rzemieślniczego „chef d’ouevre” dojrzewającego w teologicznej estetyce późnego średniowiecza. „Livre des métiers” Etienne’a Boileau datowana na lata 1261-71, obznajamia nas z intrygującą definicją mistrzostwa, precyzując, iż osiągnął je ten, kto „wie już jak to wykonać”, a co za tym idzie winien niezwłocznie „uprawiać swój zawód, być w nim czynny i zbierać za to większe honory od tego, który nie jest w stanie temu sprostać ”.

Z kolei w znamienitej glosie św. Augustyna opatrzonej intytulacją „De magistro”, napotykamy na portret mistrza idealnego, jaki nie tylko bez trudu panuje nad innymi, ale i nad opornym materiałem. Stoi on w pojedynkę na czele większej grupy, pośród której – bez względu na indywidualne kwalifikacje jej członków – nie może być jemu równych, ani w tym samym stopniu wprawnych. Oczywiście, pojęcie majstersztyku zawężano znacząco podówczas do kategorii wytworów rzemieślniczych, co w pewnym stopniu uniemożliwiało jego zastosowanie do tych przejawów ludzkiej działalności, na których mogłyby się koncentrować  jego podniosłe cele, a zatem przedmiotów intelektu i wyobraźni niezależnych od kwestii czysto utylitarnych.

Luca Giordano: Ofiara dla Apolla

Luca Giordano: Ofiara dla Apolla

W średniowiecznym kontekście mistrzostwo formalne nie zostało jeszcze obciążone romantycznym i metafizycznym balastem czasów późniejszych, a sugerowało wyłącznie najwyższą kompetencję zawodową, przejawiającą się w należytym „ładzie i stosowności”, a także we „właściwym stylu i manierze”. Talent muzyka i plastyka, aczkolwiek na wieki wyłączony z nadrzędnej dziedziny sztuk wyzwolonych, z biegiem czasu aspirował do panteonu osiągnięć kultury i był szeroko wykorzystywany, aby – jak głosi statut malarzy z Namur – „natchnąć mógł umysły do większej doskonałości”. Potwierdza to jedynie nasze żywotne przekonanie, iż autentyczny majstersztyk – a cały czas mam tu na myśli zadziwiającą kreację Stegera – w znacznie mniejszym stopniu jest wytworem li tylko władz manualnych, niźli procesów myślowych i inspiracji najwyższego lotu.

V.

Luca Giordano: Wskrzeszenie Łazarza

Luca Giordano: Wskrzeszenie Łazarza

W latach kontrreformacyjnych sporów kardynał Federico Borromeo rozważał: „I tak, jak próżny jest wysiłek mówcy, by poruszyć dusze słuchaczy, jeśli uprzednio sam się nie wzruszył, także z [artystami] jest podobnie, i że jeżeli oni sami przedtem nie postarali się wzbudzić uczuć we własnej duszy, nie będą mogli w dzieła swe przelać tego, czego sami nie czują, to jest pobożności i szlachetnych uczuć duszy”. Daję słowo, iż nasz utalentowany koncertant nie postępuje nadaremnie, a swą oszałamiającą czucie i radującą psyche konfesję umaja a to eksperymentalnymi kadencjami Castella, a to polifoniczną inwencją Salomona Rossi: fenomenalnego autora psalmów i cenionego symfonika a przy tym Mantuańczyka o żydowskiej proweniencji.

Domenichino: Adam i Ewa

Domenichino: Adam i Ewa

Co więcej, tak przystrojoną wyborną strawę kompletuje finezyjna ekstrawagancja spod szyldu Meruli: egzystencji niepokornej i wagabundy umilającego swym czynem m.in. wieczory królów polskich z dynastii Wazów, sublimowana chromatyka obywatela Modeny Uccelliniego, tudzież emblematyczna transparencja Bernardo Storace, zdająca się raczej wypływać z mistycznych źródeł myśli północnoeuropejskiej, aniżeli promiennej włoskiej „Primavera”.

Każda z miniatur koresponduje z innym klimatem człowieczego ducha. W rozanielone ciszą błogie godziny lata, zagustujecie chętnie w jednych; w innych – w minutach klęski i rozmarzenia; w chwilach okraszonych późnojesienną melancholią, jaką znajdziecie w umarłym parku, opodal leciwej kaplicy czy w wysokościach alei grabów, kiedy wiekową ciszę zakłóca z rzadka szelest opadających zwiewnie liści. Wówczas niechybnie sięgniecie po nie, kiedy pajęczo srebrna mgła zda się przesłaniać uroki natury, by je uczynić bardziej wzruszającymi, i gdy się czuje, iż blade słońce – nawet pojawiające się w resztkach przepychu – w istocie już nas na długo opuszcza.

Domenico Fetti: Śpiąca dziewczyna

Domenico Fetti: Śpiąca dziewczyna

Wróciwszy do ciepłych domostw, zatopicie się raczej w tej harmonijnej i pięknej frazie, niżeli zgiełku medialnej paplaniny, gdyż byłoby to jawnym przedkładaniem miałkości bytu nad miłość wyżyn i piętno Boga. Gdy Jego tchnienie zaś nas opuści, pozostawiając przyrodzonej a zwierzom prędzej właściwszej miernocie, będzie za późno na tkliwą pasję i na subtelność niweczącą pospolitość. „O Najwyższy Malarzu, przepełniony pięknem, / Rzeczywisty dawco barwy dla wszechświata – nawoływał Boschini – Pogrążony jest w mroku, gdy bez Twego światła / Byt wszelki, chociażby i najznakomitszy”.

Jest przeto zrozumiałym, iż tak przyrządzona dyskretna antologia, okraszona ekspozycją poufnej orkiestry, która iluminuje i wtóruje eminentnemu pieniu fletu, nie może liczyć na nasz najdrobniejszy krytycyzm, i – w ślad za przytoczonym irlandzkim votum – czujemy się zmuszeni oznajmić, iż ta pogodna, kontenta celebra zdecydowanie „rozproszy smutki” i „wydobędzie z przygnębienia”. Zwłaszcza w obliczu zniechęcającej recesji.

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 10 grudnia 2011 at 10:40  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/12/10/niewinne-rozkosze-wirtuozerii/trackback/

%d blogerów lubi to: