Na wzgórzach Morwenu: Symfonia Szkocka Feliksa Mendelssohna

Feliks Mendelssohn w wieku 12 lat

Młodzieńczy Feliks Mendelssohn

Niemiecki krytyk muzyczny, Ludwig Rellstab, przywołując chłopięcą wizytę Feliksa Mendelssohna w Weimarze – wstąpienie na Olimp Ganimedesa rozsnuwającego przed sędziwym twórcą Elegii Rzymskich czar swej urody i kompozycji – z nieukrywaną fascynacją zauważa: „Znał [on] na pamięć nie tylko własne utwory, ale prawie wszystkie dzieła wielkich mistrzów; zachował w pamięci nuta po nucie długie muzyczne kompozycje raz je tylko usłyszawszy, nawet wówczas, gdy mu się szczególnie nie podobały i nie słuchał ich bardzo uważnie. Dzięki temu darowi przyzwyczajony był do niezapisywania swoich większych dzieł, dopóki nie doprowadził ich w myśli do zupełnej doskonałości”.

Delikatny kwiat, obdarzony świetną pozycją społeczną, inspirowany obecnością istot o znamienitych przymiotach umysłu i ducha, dojrzewający z dala od zgiełku pospolitości; „dziewiętnastowieczny Mozart” (jak wyraził się Robert Schumann), którego młodzieńcze oeuvres, zdradzające tę samą pełnię i piętno geniuszu idealnego, pokrywa cień niezrozumiałego zapomnienia („Jest on dzisiaj jednym z najmniej znanych muzyków przeszłości” – twierdził jeszcze u progu lat 1950-tych Alfred Einstein) – autor Symfonii Szkockiej był czarodziejem Melpomeny hojnie zaopatrzonym przez niebiosa i spełniającym się w harmonijnej sztuce.

Joseph Turner: Pożar na morzu

Joseph Turner: Pożar na morzu

Feliks jest fenomenem – entuzjazmował się w przededniu jego piętnastych urodzin Ignacy Moscheles, czeski wirtuoz fortepianu i wieloletni powiernik serca – Czym są inne cudowne dzieci w porównaniu z nim? Zaledwie utalentowanymi dziećmi. A tenże Feliks jest już dojrzałym artystą”, a Berlioz, poruszając kwestię niepomiernej popularności Koncertu fortepianowego g-moll op.25, prawił o losie pewnego instrumentu Erarda w paryskim konserwatorium, który po dwudziestu dziewięciu konkursowych wykonaniach utworu, sam zaczął go grać!

Ma najpiękniejszą twarz, jaką kiedykolwiek widziałem, podobnie bym sobie wyobrażał naszego Zbawiciela” – egzaltował się piewca Targowiska próżności, William Thackeray, a dumny i niepokorny twórca Symfonii fantastycznej zdradzał: „Byłem zachwycony wszystkim, co o nim słyszałem. Głęboko wierzę, że jest jednym z największych muzyków swoich czasów (…) Ma ogromny, niezwykły, cudowny talent (…) Jest jedną z owych czystych, tak rzadko spotykanych dusz”.

John Constable, Weymouth Bay

John Constable, Weymouth Bay

Wnuk Mojżesza – „niemieckiego Platona”, szczycącego się artystyczną bohemą z płomiennym Lessingiem, nieodpartym intelektem budzącym respekt sceptycznego Kanta i wydobyciem z podrzędnego getta żydostwa, syn zamożnego bankiera, który zwykł żartobliwie powiadać o sobie: „Kiedyś byłem synem swojego ojca, teraz jestem ojcem swojego syna”; promienny Feliks celował w licznych kunsztach (m.in. literackich i plastycznych), które skrząc wdziękiem, finezją i subtelnością, złożyły pokłon w służbie najczystszej muzyki.

Spokojna melodia przeobraziła się w kipiącą figurację – relacjonował weimarskie improwizacje Mendelssohna Karl Zelter, sprawujący pieczę nad studium kompozycji autora Paulusa Całe towarzystwo oniemiało. Małe dłonie chłopca zawzięcie wybijały akordy radząc sobie z najtrudniejszymi kombinacjami. Pasaże toczyły się perliście, unosiły w eterycznych podmuchach. Z potoku harmonii wypływały zadziwiające kontrapunktyczne układy, choć w tej wspaniałej kaskadzie dźwięków banalna melodia odgrywała tylko niewielką rolę”, a zstępujący z piedestału Apollon, siedemdziesięcioletni Goethe szeptał: „Jestem Saulem, a ty moim Dawidem. Przychodź mnie rozweselać swoją grą, kiedy będzie mi smutno”.

John Constable, Stonehenge

John Constable, Stonehenge

Tymczasem, jak twierdzi biograf mistrza, Eric Werner, ów szczęśliwiec (łac. felix), „bożyszcze wiktoriańskich salonów, podziwiane zarówno przez burżuazję niemiecką, jak angielską, zawsze prawy, anielski, sentymentalny Mendelssohn z czasów naszych dziadków, jest popularnym mitem”; zniekształconym przez minoderyjną literaturę, jaka narosła z inicjatywy wstrząśniętych przedwczesną śmiercią przyjaciół, eufemicznych dyletantów i drugorzędnych krytyków.

W obfitych kompendiach ich pióra króluje niedorzeczny rys autora Symfonii Włoskiej, pojmowanego w kategoriach „pięknego incydentu w historii muzyki” (F. Nietzsche); obraz bezkonfliktowego istnienia oscylującego na styku epok, sentymentalnego elfa pozbawionego sprzeczności, cierpkich poglądów, duchowej dystrakcji. Entuzjastyczna proza Elizy Polko, partycypującej w lipskiej inscenizacji Uwertury do snu nocy letniej (1845) jest tego najlepszym exemplum: „Ten, który siedział tam na górze przy organach, nie był współczesnym muzykiem. Nie!  – analizuje ona niezaprzeczalny kunszt mistrza Preludiów i fug, op. 37, nie pozwalający wiernym na opuszczenie świątyni –To grał sam cudowny stary Sebastian Bach! Dusze słuchaczy przeszywała święta groza, a od dawna wyschłe oczy napełniały się łzami”.

Joseph Turner, ---

William Turner, ---

Edward Devrient, należący do kręgu najbliższych przyjaciół autora Eliasza wspomina: „Kiedy coś wprawiało go w stan podniecenia, był tak wytrącony z równowagi, że tylko głęboki, długi sen mógł mu przywrócić przytomność”. Nerwowy, kruchy i o ponadprzeciętnej wrażliwości, wskutek apodyktycznej edukacji i patriarchalnych stosunków rodzinnych, Feliks niezdolny był do lenistwa i nie uzasadnionego wypoczynku; pilność, pracowitość i upór w dążeniu do celu znamionowały jego wykwintną istotę, domagającą się absolutnej szczerości wobec siebie i nieustępliwą w doskonaleniu osobistych partytur. „Kochał tylko tak mocno, jak jego kochano – przywołuje Devrient – Przyjąć jego muzykę chłodno, albo niechętnie znaczyło zostać jego wrogiem, a potrafił odsądzić od czci i wiary wszystkich, którzy się tego dopuścili. Gafa czy niemiłe dla jego ucha wrażenie mogło go zupełnie zranić i wówczas potrafił być przykry, wręcz nieznośny”.

John Constable, Łodzie nad śluzą koło Deadham

John Constable, Łodzie nad śluzą koło Deadham

Jego drażliwość i nieufność – także w obliczu najbliższych – jawiły się zupełnie nieprawdopodobne; podobnie stany przygnębienia i melancholii, potęgujące się w interwałach osłabienia i duchowej udręki. Niedyspozycje te równoważone były jednak niezmierzonymi cnotami: urzekającą inteligencją, autentyczną filantropią i empatią, taktem i elegancją, zamiłowaniem do sportów, enfin uderzającą skromnością, o której Ignacy Moscheles donosi: „Wspaniały sukces uwertury do ‘Snu nocy letniej’ nie przewrócił mu ani trochę w głowie, a kiedy go chwalę, odpowiada tylko: „Tobie się to podoba? No, to jestem naprawdę szczęśliwy”.

Kłuł jak jeżozwierz, kiedy mówiło się o muzyce; nigdy nie było wiadomo, jak go złapać nie raniąc sobie palców – nadmieniał Hektor Berlioz – Ale ponieważ miał w gruncie rzeczy łagodny charakter i obdarzony był naturalnym, przemiłym i czarującym usposobieniem, nigdy się nie obruszał, kiedy mu się przeciwstawiano na jakikolwiek inny temat”. Z jego gruntownym wykształceniem, polorem światowca, gibką kibicią, ogładą i gracją, tudzież bogactwem – dostatecznym, aby wybaczyć żydowską krew – dysponował gentleman Mendelssohn atutami salonowego bożyszcza, jednak wrodzona powaga i odstręczający przykład młodego Liszta, zmagającego się z impertynencją i arogancją arystokracji, uchroniły go przed degradującym losem wirtuoza.

John Constable, ---

John Constable, ---

Szybko zdał sobie również sprawę, iż publiczne improwizowanie – mimo burzy oklasków i wdzięcznej recepcji – jest oznaką prostytuowania się wyrafinowanego talentu. To z takiej percepcji wirtuozostwa wyrosły tęskne „Pieśni bez słów”, epatujące niespełnieniem, błądzące za nieuchwytnym, płynące w żalu za utraconym: „W tym okresie panowała moda na mechaniczną sprawność, muzyczne frazesy, skoki z jednego rejestru fortepianu do drugiego, nie kończące się tryle i arpeggia – rozważa biograf Webera, Juliusz Benedict – Mendelssohn, który nigdy nie dawał się zasugerować powszechnie panującym gustom, obrał w tym nowym gatunku utworów całkiem niezależną drogę. Jego celem było przywrócenie godności i rangi źle traktowanemu, zdyszanemu fortepianowi”.

John Constable, Młyn i zamek w Arundel

John Constable, Młyn i zamek w Arundel

Herold Fenomenologii ducha, Georg Hegel, podnosił: „Muzyka jest tym rodzajem sztuki, który ma najwięcej możliwości wyzwolenia się od wyrażania jakiejkolwiek określonej treści, poprzestając na zamkniętym w sobie przebiegu zestawień, przemian i kontrastów, zawartych w czysto muzycznym kręgu dźwięków”. Zwiewnym, bajecznym, lekkim jak pajęczyna frazom, cyzelowanym do granic maestrii; o mozartowskich tempach, kryształowo przejrzystej melodyce i zniewalająco jasnej barwie, obce jest wszelkie burzenie harmonii, gwałcenie reguł i zniekształcanie symetrii: „Tym, co mnie tak pociąga u Mendelssohna, jest prawda wyrazu i uczuciowego życia tego w każdym calu szlachetnego człowieka i artysty” – rozpływał się Max Reger.

Istotnie, na tle burzowego romantyzmu z jego zamiłowaniem do wybujałości i demonicznego chaosu, dźwiękowy modus autora Symfonii Reformacyjnej jawi się jako klasycznie wzniosły, szlachetnie niedościgniony i nieskazitelnie dystyngowany; lśni przy tym pierwiastkiem o proweniencji wybitnie intymnej – osobliwą kontaminacją feerycznego uroku z kontemplacyjnym humorem, prowokującą sfery namiętne, mroczne i nieodgadnione.

John Constable, ---

John Constable, ---

Muzyka Mendelssohna jest wybitnie męska, a wykonywana damską ręką, traci bardziej niż jakakolwiek inna tworzona przez współczesnych mu kompozytorów” – twierdził Henry Chorley, a autor Potępienia Fausta, oceniając misterną logikę konstrukcji Pierwszej Nocy Walpurgii (1831), wyraził opinię: „Trzeba usłyszeć muzykę Mendelssohna, by powziąć wyobrażenie o rozmaitych możliwościach, jakie poemat ten daje zdolnemu kompozytorowi. Jego partytura ma doskonałą jasność mimo swej zawiłości; efekty głosów i instrumentów krzyżują się we wszystkich kierunkach, przeciwstawiają się sobie, zderzają się z pozornym nieładem, który jest szczytem sztuki”.

Twórca 7 Utworów charakterystycznych o zwiewnym brzmieniu porannej bryzy, nigdy nie użył pojęcia „romantyzm” w odniesieniu do swego kunsztu; był także zbyt kulturalnym i elokwentnym, aby przejawy wewnętrznej imaginacji, wiążące się z konkretną sugestią, wzbogacać o elementy zaczerpnięte z innych sztuk i szermować etykietą programowości w sensie lisztowskim. „Myśli wyrażonych przez dobrą muzykę nie da się ująć słowami nie dlatego, iż słowa są nazbyt mgliste, lecz przeciwnie – dlatego, że są zanadto ścisłe” – na takie credo poważył się, eksponując kreację „czystą”, zainspirowaną pogodnym urokiem Boskiego uniwersum i nie przekraczającą granic zakreślonych tradycją.

John Constable, ---

John Constable, ---

Medytacja pastoralnego pejzażu, tęskna, dyskretna i uduchowiona pociąga za sobą formę cykliczną o wysublimowanej strukturze, dźwięczącą melancholią, klarowną, świetlistą i pastelową. Lecz tuż za transparentnym parawanem piękna płynie dionizyjski strumień rozpalonych namiętności, radujących się sobą i usiłujących dowieść swego niezaspokojonego istnienia. „Jego wyobraźnia rozpalała się w miarę gry, a jego ekspresyjną twarz rozświetlał jasny i wzniosły uśmiech, nadając jej najwspanialszy i najpiękniejszy wyraz, nieobcy nikomu z jego znajomych – oto reminiscencje szwajcarskiego spotkania pióra Henry Chorley’a – Kiedy myślę o tamtej grze na organach, czuję się tak, jak gdybym na zawsze się pożegnał z najwspanialszą muzyką”.

John Constable, Deadham

John Constable, Deadham

Pragnienie pełni – wola stopienia z Wszechbytem w akcie kreacji – warunkują mendelssohnowski rozbrat z operą, jako gatunkiem nie odpowiadającym jego artystycznej métier oraz woltę w kierunku majestatycznego oratorium Haendla, odżywianego estymą wobec bachowskiego monumentu. „Istnieje tylko jeden Bóg – Bach, a Mendelssohn jest jego prorokiem” – ujawnił Berlioz po romantycznej projekcji Pasji według św. Mateusza (1829), zrewidowanej na użytek XIX-wiecznej sali koncertowej i „przystosowanej do możliwości wykonawców” (Zelter). Sam autor Śpiewu pochwalnego okazał się bardziej wstrzemięźliwy w ocenie historycznego przedsięwzięcia, kierując do Devrienta – entuzjastycznego sprzymierzeńca w akcji ratowania barokowego opus magnum – taki oto komentarz: „I pomyśleć, że trzeba było aktora i Żyda, aby zwrócić światu największe z chrześcijańskich dzieł…

John Constable, ---

John Constable, ---

Nie należy oczywiście wątpić, iż przez czas współpracy z lipskim Gewandhausem, odstąpił od publicznej ekspozycji zachwycających pereł minionej epoki, takich jak haydnowskie Trio H-Dur, o którym z emfazą napomknie: „Wszyscy się dziwili, że może istnieć coś tak pięknego, a przecież Breitkopf i Härtel wydali to dawno temu!”. Inna sprawa, iż wspomagany duchem Jana Sebastiana, unoszącym się nad saksońską metropolią, jak i genialną pamięcią zadziwiającą współczesnych, prowadził orkiestrę bez najdrobniejszych tarć, otrzymując posłuch, szacunek i uwielbienie.

Jego list zdawał się ukazywać dobroć serca i zacność, których w nim nie znałem – powraca do przeszłości autor Harolda w Italiirzeczywiście posiadał te wyborne zalety. Nic jednak nie stracił z nieugiętej surowości swych przekonań artystycznych, ale nie stara się narzucać ich gwałtem i ogranicza się w pełnieniu swych funkcji kapelmistrza do pokazywania tego, co uważa za piękne, i pozostawiania w cieniu tego, co mu się wydaje złe i wywierające zgubny wpływ”, a brytyjski muzyk, William Rockstro dodaje: „Nad wykonawcami ma szczególną władzę, nagina ich do swojej woli i choć jest surowy i wymagający niezwykłej dokładności, robi to w sposób, jakiemu trudno się oprzeć”.

John Constable, ---

John Constable, ---

Anglia stała się drugim domem berlińskiego mistrza; przyjmowany serdecznie i wspierany oficjalną protekcją młodziutkiej Wiktorii, zażywał tu niezakłóconej sławy, zyskując przydomek „półtora Haendla” i splendor godny narodowego wieszcza. Po czerwcowym sukcesie Symfonii szkockiej (1842) Mendelssohn został zaszczycony dwukrotną audiencją na królewskim dworze, gdzie z wdzięcznością zadedykował najświeższe opus władczyni i nie zawahał się koncertować z jej elokwentnym małżonkiem.

Książę Albert wspomina: „Poprosił nas, abyśmy poddali mu temat do improwizacji. Zaproponowaliśmy dwa: ‘Rule Britannia’ i austriacki hymn narodowy. Zaczął natychmiast i naprawdę nigdy nie słyszałem niczego tak pięknego; sposób w jaki splatał oba tematy i przeskakiwał z jednego do drugiego, był zgoła cudowny, podobnie jak subtelna harmonia, emocje w poszczególnych wariacjach, mocne, głębokie akordy i modulacje przywodzące na myśl wszystkie jego piękne utwory. W pewnej chwili prawą ręką grał hymn austriacki, a lewą ‘Rule Britannica’!”.

John Constable, Śluza

John Constable, Śluza

III Symfonia a-moll, op. 56; utwór, który – jak ironizował Bernard Shaw – „byłby wielki, gdyby nie jego piekielna elegancja”, sięga genezą awanturniczej ekskursji, jaką autor Uwertury trąbkowej podjął był trzynaście lat wcześniej wespół z dowcipnym Karlem Klingemannem, poetą i sekretarzem poselstwa hanowerskiego, który w chłopięcych latach Mendelssohna stacjonował w berlińskiej rezydencji rodziny przy Leipzigerstrasse 3.

Porzuciwszy gwarny Londyn, latem 1829 roku, kamraci wyruszyli na północ, gdzie – jak wzruszony relacjonuje – „dudy i echa są podobno zupełnie niezwykłe”, a mężczyźni „z długimi rudymi brodami, w kraciastych szalach, beretach z piórami, z odsłoniętymi kolanami i z dudami w rękach”, wychodzą z kościoła „triumfalnie prowadząc swoje dziewczyny (…) i dumnie spoglądając dokoła”. Zauroczony potęgą szkockiego krajobrazu, znad skalistego Arthur’s Seat, z pietyzmem ewokuje: „Kiedy sam Bóg zabiera się do malowania pejzażu, rezultaty są zadziwiająco piękne… Wszystko tu wygląda tak surowo i potężnie, na wpół otulone zwiewnymi oparami, dymem i mgłą”.

John Constable, Deadham

John Constable, Deadham

Peregrynując po ruinach opactwa Melrose i królewskiej kaplicy Holyrood, gdzie koronowano nieszczęsną Marię Stuart, wizytując włości piewcy Waverleya, snując się pośród starożytnych kamieni, wartkich wodospadów, mrocznych lasów, cienistych dolin i nieprzebranych wrzosowisk – twórca Pięknej Meluzyny bez końca nurzał się w na poły dzikiej przyrodzie, chłonąc celtycką aurę ustronnych zajazdów, szkicując i oddając się lekturze ukochanego Jean-Paula. Z wolna dojrzewał w nim koncept impresyjnej kompozycji o posępnym stroju, którą podjął był jeszcze w miesiącach włoskich (1832), acz nader szybko zarzucił, podnosząc, iż Rzym nie jest właściwym miejscem, aby „uchwycić jej mglisty nastrój”.

Dlaczego niewidzialny wędrowcze, który przyginasz oset nad brzegami Lory, dlaczego powiewie doliny, odbiegłeś od mojego ucha? – lamentował na ruinach świetności ociemniały Osjan  – Nie słyszę ani szumu dalekiego strumienia, ani dźwięku arfy od skały! Przybądź, Malwino, łowczyni Luty, wróć bardowi jego duszę. Widzę jeziorzysty Lochlin, czarną burzliwą zatokę Stornu, gdzie Fingal z morza, z szumu wiatrów, na brzeg wyszedł”.

William Turner: Zamek Flint

William Turner: Zamek Flint

Celem wędrówki były Hebrydy z somnambuliczną Grotą Fingala na wyspie Staffa, osjaniczne rostrum, odkryte przez Josepha Banksa w 1782 roku, i spopularyzowane do granic absurdu przez nadchodzące stulecie. „Zielonkawy ryk fal z pewnością nigdy się nie wdzierał do bardziej osobliwej groty, której liczne filary upodabniały ją do wnętrza olbrzymich organów – czarnych i dźwięcznych, ale zupełnie nieużytecznych i pozostających w całkowitym odosobnieniu (…) Była romantyczna, klasyczna i zarazem naturalna” – relacjonuje pielgrzym Mendelssohn, zahipnotyzowany dystynkcją uroczyska.

Oniryczny czar starożytnego Morwenu dał asumpt orzeźwiającej uwerturze koncertowej Hebrydy, op. 26 (1832), przesiąkniętej tajemnym tchnieniem legendarnych bohaterów, wspieranych w boju nadprzyrodzoną mocą. Fantastyczne efekty o proweniencji czysto malarskiej, sugerujące żałobne zawodzenie wiatru i nie milknący szum morza, zrewolucjonizowały muzyczną frazę w stopniu, w jakim ulotne impresje Turnera – rozpływające się w strugach deszczu, owiane gęstym dymem i przesycone światłem – zrewoltowały sztuki plastyczne.

William Turner: Rybacy na morzu

William Turner: Rybacy na morzu

Ich dramatyczne crescendo objawi się w transcendentnym prologu do wagnerowskiego Holendra Tułacza: „W górach jesień mroczna; szara mgła spoczywa na wzgórzach. Wir powietrzny słychać nad rozłogami. Ciemno toczy się strumień po wąskiej równinie. Na wzgórzu stoi samotne drzewo, gdzie uśpiony jest Konnal. Liście kłębią się z wiatrem i zaścielają grób zmarłego. Czasami duchy zmarłych widzieć się dają, kiedy samotnie dumający łowca skrada się z wolna przez wrzosowe rozłogi” (Pieśni Osjana).

Hebrydy pełnią rolę preludium rozległej, nastrojowej kompozycji o narracyjnej strukturze; dwanaście lat dojrzewały szkockie reminiscencje, aby transmutować w elegijną opowieść o osobliwym pięknie – Symfonię Szkocką – skrzącą bogactwem inwencji, fosforyzującą silnie skontrastowaną chromatyką, epatującą płomieniem barw, urzekającą sugestywną kantyleną: „Czyż już opuściłeś swoją błękitną drogę na niebiosach, złotowłosy synu Niebios – pytał niewidomy starzec z poematu Jamesa Macphersona – Zachód otworzył wrota; tam jest łoże twojego spoczynku. Fale przychodzą oglądać twoją krasę. Podnoszą swoje drżące głosy. Widzą, jak jesteś piękny we śnie i cofają się w bojaźni. Spoczywaj, o słońce w twojej cienistej jaskini i wracaj do nas wesołe!”.

William Turner: Wrak

William Turner: Wrak

Dopiero pod koniec 1841 roku, pasmo rozczarowań, znaczone jawnym antysemityzmem, drwiącą reakcją i intrygami ze strony berlińskich muzyków, wprawiły Mendelssohna w nastrój pozwalający na powrót do smętnych rozważań i pogrążenie w rezygnacji. W takich realiach nowemu opusowi dane było wznieść się ponad impresyjny opis północnego krajobrazu; w tytanicznych kontrastach godnych autora Patetycznej, artysta daje tu upust tłumionym emocjom i rozgoryczeniu, doznając katharsis i wyzwolenia z udręki.

W czterech częściach, przenikających się nawzajem i następujących bez żadnych odstępstw, rozwija się szlachetna rozprawa o dumnym Morwenie; krainie zapomnianych bogów, pogrążonej we mgle, pociętej skałami, o które toczą zaciekły bój spienione fale, rozbrzmiewającej dźwiękiem swawolnych dud, szepczącej echem średniowiecznych ballad.

Francois Gerard: Osjan wzbudzający duchy na brzegami Lory

Francois Gerard: Osjan wzbudzający duchy na brzegami Lory

W tęsknym strumieniu rzewnych wyznań lśnią najczystsze uczucia człowieczego serca, zderzające się z ogromem mocy nieujarzmionej natury, toczy się dyskurs o prochach umarłych i cieniach heroicznej przeszłości, małomówny i niepokorny lud weseli się przed obliczem kobziarza, złudne ruiny prawią o znikomości i nieuniknionym kresie zjawisk; podniosłe obrazy płyną majestatycznie i kulminują w homeryckiej apoteozie, a ponad omamem złudnego niebytu unosi się duch ociemniałego wieszcza, rozważający cnoty nadludzkie i nieprzemijające: „Czy przetrwała twoja piękność, o Rynie? Czy ostała się twoja siła, Oskarze, jeźdźcu rydwanu! Nawet i Fingal przeminął! Sale ojców zapomniały jego kroków. (…) Ale sława moja pozostanie i wzrastać będzie, jak dąb Morwenu: który potężną głowę nadstawia burzom i raduje się pędem wiatru!”.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 15 grudnia 2011 at 13:41  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/12/15/na-wzgorzach-morwenu-symfonia-szkocka-feliksa-mendelssohna/trackback/

%d blogerów lubi to: