Berlioz: Apostoł muzycznej ofiary

Hektor Berlioz

Hektor Berlioz

Miłość wszystko zwycięża, i my ulegamy miłości” (Wergiliusz)

I.

Całe moje życie było jednym z tych żarliwych pościgów za ideałem powstałym w mojej własnej wyobraźni. Jeśli kiedykolwiek udawało mi się znaleźć bodaj cząstkę wartości przynależnej do tego ideału, moje serce ożywione pragnieniem miłości chwytało ją” – wyznawał u kresu ciemiężonego bytu Hektor Berlioz (1803-1869). Dumny fantasta o rubensowskiej imaginacji, wrażliwy krytyk codzienności oraz krańcowo egzaltowany esteta, pogrążony w lekceważeniu dla wzorów przeszłości i upojony ekscentrycznością przyszłego Piękna; a także tęgi literat rozpłomieniony nieprzejednaną batalią o prawdę i wielkość w sztuce – autor „Symfonii fantastycznej” ze swoją ekstrawagancką grandilokwencją, nieubłaganą porywczością i ekstatyczną wolą walki, animizuje chimerycznego ducha romantyzmu w jego najczystszej i ewidentnej postaci.

Delacroix muzyki” (jak o nim z przekąsem szeptano), „ten Bachang szalony, ten postrach filistrów, który wydaje im się jakimś włochatym potworem o drapieżnych oczach” (jak raczył ewokować Schumann), był istotą o krystalicznie przejrzystej uczciwości, zabarwionej paryską kpiną i południowym, temperamentnym zawadiactwem; byronowskim tytanem zdanym na pastwę przygniatających trosk, złowrogich myśli i nieprawdopodobnych przeciwności losu; człowiekiem z gruntu nieszczęśliwym, zdumiewająco ambitnym i przenikliwym w szczerych osądach.

Jacek Malczewski, Thanatos

Jacek Malczewski, Thanatos

W łódź jego zawsze uderzały fale i wiatry, zatapiała ją piana, godził w nią piorun – donosił jeden z najdroższych totumfackich, Teofil Gautier – w chwili gdy miała przybić do brzegu, brzeg ciskał ją na pełne morze; ale na rufie zasiadła niewzruszona wola, którą nie zachwiałby upadek świata, i mimo poszarpanych żagli, połamanych masztów, wody wdzierającej się zewsząd, wytrwale wiodła łódź do ideału”. On sam, rozpatrując udręki i bóle twórczej egzystencji na błyskotliwych kartach okrutnych „Pamiętników”, z sarkazmem starca ubolewał: „Zawsze wspomnienia, zawsze żale, zawsze dusza czepiająca się przeszłości, zawsze żałosne usiłowania, by zatrzymać uciekającą teraźniejszość, zawsze daremna walka z czasem, zawsze pragnienie rzeczy niemożliwych, zawsze ta wściekła potrzeba ogromnych uczuć!”.

II.

Jacek Malczewski, Eloe

Jacek Malczewski, Eloe

Znamienne cechy mojej muzyki to namiętny wyraz, wewnętrzny żar, rytmiczny poryw i niespodzianość” – zaznaczał. Artystyczna edukacja tego syna rozognionej niebem Izery, pędzącego benedyktyńskie doby nad atlasami dalekich krajów, kwerendującego lądy, klimaty oraz geograficzne rejestry, jakich miał nigdy nie doświadczyć; tego nieskalanego pasjonata Wergiliusza, zadurzonego w wysokogórskiej aurze Delfinatu, ujętej kamienistymi wzgórzami winnic i zielonymi cmentarzyskami ruin, postępowała zaiste przedziwnie. Pozbawiony na skutek pedagogicznych aspiracji ojca, lekcji salonowego fortepianu, Berlioz nigdy nie został dobrym pianistą, a swoją wiedzę o instrumentach i harmonii czerpał w głównej mierze z umiejętności gry na gitarze, podczas gdy zmysł melodyczny i frazowanie – z błogości śpiewu i trelowania na flecie.

Gdyby mój ojciec nie zabronił mi nauki fortepianu, bez wątpienia przemieniłbym się w znakomitego pianistę, jednego z czterdziestu tysięcy innych – przywoływał po latach z ironią – Nie mogę się oprzeć, by nie podziękować przypadkowi, że narzucił mi konieczność komponowania w milczeniu i swobodnie, chroniąc mnie w ten sposób od tyranii nawyków palcowych, tak niebezpiecznych dla myśli”. Trakt ku spełnieniu intymnych pojęć konstytuowały anachroniczne wskazówki Lesueura, kontrapunktyczne fugi Reichy, tudzież zjadliwe instrukcje Cherubiniego, a nade wszystko bezstronne i cierpliwe penetrowanie partytur, wyjawiających tajemne związki i nadprzyrodzone treści umiłowanej muzy.

Jacek Malczewski, Święta Agnieszka

Jacek Malczewski, Święta Agnieszka

Studia nad muzyką na wskroś dramatyczną, stały się religią, której oddałem me ciało i duszę” – ewokował niedoszły adept medycyny, z upojeniem nurzając się w przepysznym rostrum „Danaid”, patetycznie gluckowskiej „Armidzie” i sublimowanej wdziękiem „Stratonice”, dla których niebiańskich toksyn wzgardził był jarzmem ojcowskich dyktatów.

Robert Schumann, skonfrontowany z euforyczną ekspozycją „Fantastycznej”, z żarliwym nabożeństwem przyznawał: „Wydaje się, jakby ta muzyka chciała wrócić do swych początków, kiedy to reguła ścisłej miary nie ciemiężyła jej jeszcze, i wnieść się na wyżyny języka wolnego od wszelkich więzów, do wyższego rzędu poetyckiej rytmizacji”, a jego eksmitowany z Nadrenii kompatriota, Henryk Heine, badając somnambuliczny melanż ducha tradycji i rewolucji, jakie przedkłada to kuriozalne wewnętrzne credo, ujmuje je w słowach godnych fantasmagorii Caspara Davida Friedricha: „Dziwaczny mroczny krajobraz, rozświetlany jedynie od czasu do czasu przez budzącą sentymentalne skojarzenia kobiecą suknię, przesuwającą się tam i z powrotem, lub pełnym zapachu siarki błyskiem ironii”.

Jacek Malczewski, Polonia

Jacek Malczewski, Polonia

Predylekcja do satanicznej dziwności i bombastycznych konceptów ujarzmiających monumentalne masy dźwięku w retoryczny gmach o druzgocących porządkach, „kolosalny niczym budowle Babilonu i Niniwy”, a przy tym rafinowany, grymaśny i jawnie deklamacyjny, zdaje się nieodłączna nieustępliwej jaźni tego emfatycznego barda, pławiącego się w bujnej gigantomachii środków, przetykającego bez żenady modus wokalny melodyczną hybrydą bądź operowym recytatywem, indukującego rzadkiej urody egzotyczne instrumenty.

Podobnie jak manierystyczna zachłanność przestrzeni, późnobarokowa feeria barw oraz polifoniczna potęga chórów, jakie drzemały w zaułkach tej entuzjastycznej, galijskiej psyche, która jawnie ignorowała antyczne kanony, postponowała oświeceniowe pryncypia i niweczyła przyjęte formy, a jednocześnie pragnęła być zaskakująco wierną kruchej francuskiej métier, i zbuntowaną wobec modnej gotyckiej mistyczności. „Nie wiadomo, czy należałoby go uważać za geniusza, czy za awanturnika muzycznego: olśniewa jak błysk światła, ale też pozostawia po sobie zapach siarki” – konstatował oszołomiony Schumann.

III.

Jacek Malczewski, W tumanie

Jacek Malczewski, W tumanie

Młody, odważny minstrel z dźwięczną harfą swoją, / Z orężem, którym ojciec gromił nieraz wrogów, / Tam, gdzie waleczni kraju mściciele się zbroją – / Z rodzinnych pospieszył progów” (Thomas Moore)

Miał niezachwiane poczucie z pierwotnych źródeł płynącej siły i przypominał panteistyczną postać z drugiej części >Fausta<, którego Goethe nazywa >Oreadą, skałą natury< – odkrywał Gautier – W czasach niepewności, sceptycyzmu, ustępstw na rzecz innych, wyrzeczenia się samego siebie, ani przez chwilę nie słuchał nikczemnego kusiciela, który w złych godzinach pochyla się nad fotelem artysty i szepce mu do ucha przezorne rady. Wiara jego nie doznała żadnego uszczerbku i nawet w dniach najsmutniejszych, mimo obojętności, szyderstw i biedy, nie przyszło mu na myśl, aby kupić sobie rozgłos pospolitą melodią”.

Jacek Malczewski, Eloe z Ellenai

Jacek Malczewski, Eloe z Ellenai

Zajadły admirator Glucka, protagonista gwiaździstego Webera i jego niczym nie okrojonego „Wolnego strzelca”, apologeta Beethovena („Otwierał mi on nowy świat w muzyce, podobnie jak poeta odsłonił mi nowy świat poezji”) i sympatyczny kamrat Liszta („Dzień przed koncertem zgłosił się Liszt. Było to nasze pierwsze spotkanie. Poczuliśmy do siebie natychmiastową sympatię, i od tej pory nasza przyjaźń coraz bardziej się zacieśniała”); autor „Dzieciństwa Chrystusa” urzeka opalizującą ekspresją orkiestracji, skrzącą śmiałością partyturą, nerwem soczystej konfabulacji.

W światłocieniowym, posągowym „Requiem”, Berlioz zaprzęga moce czterech kapel zdystansowanych wobec siebie i konferujących niejako z oddali poprzez meandry konwersacji chóru; w imponującym „Te Deum” organy usytuowane nad wejściem do świątyni komentują podniebne poczynania chórów ulokowanych w prezbiterium i nie uchybiają unisono ludu partycypującego w tej kolosalnej, ofiarnej prefacji; w plenerowej „Symfonii żałobno-triumfalnej”, dwie monstrualnie skrojone orkiestry mężnie konkurują z nabożną kantyleną człowieczych głosów, snując kontemplacyjny arras o rzadkiej, powolnej osnowie, której końcowych przeciągów nie sposób odgadnąć, ani antycypować, i które echem szlachetnych stanc Michała Anioła, dają się ledwie ogarnąć z dyskretnej oddali – tak miażdżąca i wzruszająca jest ich skala.

Jacek Malczewski, Anioły z Tobiaszem

Jacek Malczewski, Anioły z Tobiaszem

Teatr muzyczny, taki jak go sobie wyobrażam, to przede wszystkim wielki instrument muzyczny; umiem na nim grać, ale żebym grał na nim dobrze; musi mi być powierzony bez ograniczeń” – rozważał. Na domiar – podobnie jak czynił to po nim Mahler – potrafił wydobyć z jego makiawelicznych struktur rozkosznie ponętne efekty o pieszczotliwej słodyczy i pozaziemskich rejestrach. „Jest fantastycznym słowikiem (…), skowronkiem wielkości orła, jakie podobno istniały w świecie pierwotnym – relacjonował Heine – Jego muzyka sprawia, że śnię o bajecznych cesarstwach (…) pełnych cudownych grzechów!

Jacek Malczewski, Do sławy

Jacek Malczewski, Do sławy

Dla epatującego ahistorycznością i arbitralnością werdyktów mistrza z La Côte-Saint-André, nie do pomyślenia jawiła się melodyczna fraza pozbawiona szczypty domieszek przeszmuglowanych z innych sztuk. Symbiotyczne hybrydy skąpane w poetycko-malarskich zdrojach wykuwane są w tyglu nieposkromionych a gorejących uczuć, rozzuchwalonych do ciekłej białości i rozbudzających spowity drzemką ogień Boga. Zdają się one raczej sączyć z biało-cielistych włoskich inkunabułów i werystycznych wizerunków Pasji, niżeli naukowych, mentalnych operacji. W strofach sensacyjnego „Romantyzmu”; w niepokonanych minstrelach Moore’a, w napiętnowanej „mal du siècle”, w nieokiełznanej muzie piewcy „Giaura” i szkockich misteriach Scotta, a także w szekspirowskim i goethowskim pandemonium duszy, liryczny autor „Trojan” postrzega niewyczerpane i niezachwiane źródła inspiracji; krynice Prawdy, w których oczyszczających wodach żąda zanurzać się bez liku.

Czuł się tytanem zdolnym wtargnąć do nieba, stawić czoło Jowiszowi, a trwał przybity do kaukaskiego krzyża diamentowymi gwoździami, Siłą i Potęgą, jak bohater Ajschylosa, któremu sęp szarpie wątrobę; i nawet nie zaznał pocieszenia w chóralnym płaczu dwu tysięcy Oceanid, przybyłych na skrzydlatych rydwanach do stóp góry” – analizował Gautier.

Jacek Malczewski, Artysta i chimera

Jacek Malczewski, Artysta i chimera

A równocześnie ten XIX-wieczny Prometeusz, ten karkołomny, bitny rewolucjonista oraz rebeliant do szpiku kości („Jest rzeczą równie daremną i równie niebezpieczną dla cudzej woli przeciwstawiać się mojej, kiedy ożywia ją namiętność – jak sądzić, że można zapobiec wybuchowi prochu strzelniczego, tłumiąc go” – ostrzegał), nie waha się jawnie spożywać owoców śródziemnomorskiej schedy, żywi niepodważalny zachwyt dla rzymskiej „Eneidy”, włoskich festynów i homeryckich eposów ducha, nie wspominając o programowym jarzmie poskramiającym wodze suwerennej wyobraźni: „Byłem zawsze gotów do wszelkiego rodzaju poświęceń, by wyruszyć na poszukiwanie piękna lub uchronić się od zetknięcia z płaskimi marnotami uwieńczonymi popularnością” – eksplikował.

IV.

Gdybym tylko sam jeden był chory, milczałbym: ale ponieważ wielu prócz mnie cierpi na tę chorobę, piszę dla nich. Nie wiem nawet, czy zwrócą uwagę na me słowa, ale gdyby nawet miały się spotkać z zupełną obojętnością i tak zyskałbym tyle, iż lepiej uleczyłbym sam siebie”. (Alfred de Musset)

Jacek Malczewski, Sztuka

Jacek Malczewski, Sztuka

Tym, co przesądza o wspaniałości górnolotnej wizji, o jej melancholijnej niezwykłości; jest hipnotyzujący rys autobiograficzny, tak bratający z gwałtownym uniwersum Byrona. Śledząc manifestacje chorobliwie rozmarzonej świadomości, autor „Emalii i kamei” spostrzegł, iż nastrojowa i ostentacyjnie śmiała „Symfonia fantastyczna” jest w rzeczy samej „rodzajem muzycznej autobiografii, gdzie artysta głosami i szeptami orkiestry opowiada swoje sny, miłości, smutki, rozpacze, zjawy senne i szaleńcze przerażenia nerwowe”. Sam Berlioz przyznawał: „Jak wiadomo, treścią tego muzycznego dramatu nie jest nic innego, jak historia mojej miłości do miss Smithson, moich udręk, moich bolesnych marzeń”, a podjudzany za obsesyjną wiwisekcję duszy, z właściwą sobie dezynwolturą zdradzał: „Moje życie to romans, który mnie nadzwyczaj interesuje”. Dodajmy: do stopnia, jaki uprawnia do podzielenia się jego eminentnymi płodami z żądną sensacji publicznością.

Jacek Malczewski, Polonia

Jacek Malczewski, Polonia

Historia tego rozpaczliwego i szaleńczego związku, to najbardziej zadziwiająca i osobliwa kronika wzlotów i upadków nadwrażliwego dziecięcia wieku, dorównująca bez dwóch zdań innej, sławniejszej istotnie literacko, gdyż wyłuszczonej w konfesji Musseta, acz niemniej łudzącej i boleśnie skorygowanej przez życie. Jej spektakularny przebieg tudzież dotkliwe powikłania, rzucają jaskrawe światło na wybujałą naturę twórcy „Harolda w Italii”, urzędującego raczej w sferze pragnień, aniżeli rzeczywistego spełnienia; desperackiego straceńca, któremu „miłość i muzyka objawiły się w wieku dwunastu lat”.

O nieświadomej sążnistych uczuć Estelli Duboeuf (do których przyznał się jej dopiero pół wieku później), pisał ze smutkiem: „Nie, czas nic nie może (…). Nowe miłości nie ścierają śladów pierwszej”; zwał ją z atencją „nimfą, hamadriadą z Saint-Eynard”, powabną „Stellą montis”, której powietrzem łaknął z lubością oddychać, padając na drobne chłopięce kolana i przywołując echa osamotnionej w brzasku doliny. „Kryłem się w dzień w łanach kukurydzy, w tajemnych zakątkach dziadkowego ogrodu, jak zraniony, niemy i cierpiący ptak” – przytwierdza lękliwie na łamach świadczących o bezbronności intencji „Pamiętników”.

Jacek Malczewski, Hamlet polski

Jacek Malczewski, Hamlet polski

Inne relacje jawią się równie symptomatyczne. Z histerycznego afektu wobec kpiarskiej Kamilli Moke raczył kurować go sam Horacy Vernet, przypominając, iż „praca i sztuka to dwa niezależne od siebie medykamenty dla dotkniętego nieszczęściem umysłu”. Kapryśna i chimeryczna w emocjach Kamila, mająca okryć się chwałą jednej z najznamienitszych pianistek wieku, zraniła prostodusznego piewcę „Lelia”, powierzając podczas jego paryskiej nieobecności, rękę innemu (notabene słynnemu Pleyelowi).

Rozwścieczony tym Berlioz, zażywający podówczas uroków akademickiej „Prix de Rome” (uzyskanej przy piątym podejściu), owładnięty samobójczym amokiem i freudowskim delirium, spauzował ów prestiżowy pobyt nad Tybrem; a przyobleczony w kobiece suknie oraz parę sprężystych pistoletów udał się chyłkiem do Paryża z zamiarem dokonania na niewiernej mordu. „Pożerajmy przestrzeń! Trzeba widzieć, trzeba podziwiać! (…) Trzeba miłości, zapału, żarliwych uścisków, trzeba wielkiego życia!” – podnosił głos. Szczęśliwie jazda dyliżansem po górskim terenie trwała na tyle długo, że ukoiła męczącą ekstazę!

Jacek Malczewski, Wnętrze z chimerą

Jacek Malczewski, Wnętrze z chimerą

Kiedy po raz pierwszy ujrzał Harriet Smithson, autor „Potępienia Fausta” miał podobno zawołać: „Poślubię tę kobietę! I do tego dramatu napiszę swoją najdłuższą symfonię!”. Jakkolwiek wielokrotnie podawał w wątpliwość autentyczność takowej eksklamacji, nie można zakwestionować faktu, iż szekspirowskiej heroinie o hamletycznej konduicie, gnębionej jego zwierzęcą adoracją, natarczywością godną furiata i pompatyczną dedykacją, przyszło wystawić narcystyczną egzystencję Berlioza na próbę najnikczemniejszą. Ten prostolinijny pięknoduch o przedchrześcijańskim kulcie dla niewiasty jako boginki ubranej w marmur statuy, oddał się odpychającej aktorce bankrutce, której kariera legła w gruzach i która – pod wpływem doznanych nieszczęść – przeobraziła się w marnej jakości sekutnicę; alkoholiczną wiedźmę, okulawioną i schorowaną, oskarżającą, drwiącą i nieużytą.

Jacek Malczewski, Intermezzo

Jacek Malczewski, Intermezzo

Rozczarowany prywatnym piekłem, autor „Benwenuta Celliniego” uciekł w fizyczny mariaż ze śpiewaczką, Marią Recio, ale irytującej Harriet nigdy nie eksmitował ze swego serca, bluźniąc po jej przedwczesnym odejściu w takich oto porażających Stwórcę słowach: „Szekspirze! Szekspirze! Czuję, że tylko Ty jeden ze wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli, potrafisz mnie zrozumieć… Szekspirze! Ty byłeś człowiekiem. Tylko Ty jeden, jeśli ciągle jeszcze jesteś, musisz chronić nieszczęśników. To Ty jesteś naszym Ojcem w niebiesiech, jeśli niebiosa istnieją (…) Dla duszy artysty Ty jeden jesteś żywym i odrażającym Bogiem”.

V.

Życie jest tylko pierzchliwym cieniem, biednym komediantem, który przez godzinę pyszni się i miota na scenie, a potem słuch o nim ginie; opowieścią idioty, pełną zgiełku i furii, która nie znaczy nic”. (William Szekspir)

Jacek Malczewski, Błędne koło

Jacek Malczewski, Błędne koło

Wzrastając w erze znaczonej szczękiem oręża; czasie gwałtownych przemian, wojennej wrzawy i ogólnego schyłku obyczajów, młodzieńczy Hektor doświadczał z jednej strony namacalnego ateizmu napoleonisty ojca, z drugiej – pietystycznej i zawyżonej religijności matki. W latach chłopięcych z pogodą partycypował w najświętszej ofierze i przystępował do stołu Pana; z czasem opuścił Kościół, znajdując się w roli niezaangażowanego agnostyka, i za wyjątkiem swojej profesjonalnej aktywności, zdawał się czynić wszelkie wysiłki, aby się trzymać odeń z dala. W dojrzałym życiu zwykł był twierdzić, iż katolicyzm napawa go nieuchronnym przygnębieniem oraz krańcowym defetyzmem.

Jacek Malczewski, Zmartwychwstanie

Jacek Malczewski, Zmartwychwstanie

Jakże mało znaczące okazują się pytania o przeznaczenie, wolną wolę, istnienie Boga i całą resztę, ten bezgraniczny zamęt, w którym bezradnie błądzi skonfundowany człowiek” – uskarżał się po śmierci najukochańszej siostry. Przeświadczony o Boskiej indyferencji we Wszechświecie, wyjątkowo dotkliwie znosił akty umyślnej pogardy i ciężkie rany zadawane przez innych, nieustające przeprowadzki i niekończące się perypetie z wykonawcami nieżyczliwymi jego koncepcjom. „Tylko prawdziwy muzyk zdoła zrozumieć przez co przeszedłem” – dawał wyraz autentycznemu strapieniu.

Nieszczęsny nasz przyjaciel! Jakże okrutny jest dla niego los!” – oświadczył Franciszek Liszt, komentując publiczne niepowodzenie „Benwenuta Celliniego”, a zadufany w sobie Wagner, przewrażliwiony na punkcie własnych trudów, z nieukrywanym osłupieniem konstatował: „W sumie, sądzę, że jestem szczęśliwszy od Berlioza”. Rzeczywiście, bezbrzeżny zastęp niedogodności, z jakim przyszło się potykać temu apostołowi nowej Sztuki, nakazuje milczącą empatię oraz głębokie pochylenie głowy. „Z każdym dniem jego smutek stawał się coraz bardziej mroczny i gorzki – komunikował Gautier – strapienie coraz głębiej rzeźbiło tę piękną głowę rozdrażnionego orła, który pragnie przestrzeni, a odmawiają mu lotu”.

Jacek Malczewski, Moje życie

Jacek Malczewski, Moje życie

Waśń z nie podzielającym jego muzycznych i teatralnych wyznań ojcem, anatema przysposobiona przez opętaną żałością matkę, niewydarzone egzaminy do Instytutu Francuskiego i wieloletnie boje o fasadową „Prix de Rome”, nadszarpnęły istotnie jego buńczuczną niesforność; podobnie jak cygańskie bytowanie podtrzymywane niskim zarobkowaniem w otępiającym wodewilu, trywialne produkcje pielęgnujące nienawiść do podłej tandety i duchowego śmiecia oraz żmudne restrykcje dziennikarstwa, które mamiło pozornym a niespełnionym wyzwoleniem.

Oddawać swój czas, swój rozum, swą odwagę, swoją cierpliwość tej pracy, z całkowitą pewnością, że nie można być przynajmniej pożytecznym sztuce, niszcząc jakieś nadużycie, wykorzeniając przesądy, oświecając opinię, oczyszczając smak publiczności, stawiając ludzi i rzeczy na ich szczeblu i miejscu! Och, to szczyt upokorzenia!” – zgrzytał zawzięcie, wiodąc nierówną batalię ze znienawidzoną a narzuconą przez życie profesją.

Jacek Malczewski, Prawo

Jacek Malczewski, Prawo

Wszelako się nie poddał. „Jedyną nagrodą, jaką daje mi praca za tyle udręk, jest zasięg, jaki ona daje porywom mego serca ku wielkości, prawdzie i pięknu, gdziekolwiek się one znajdują” – podkreślał. Nieposkromiona wściekłość i chęć wieszczenia bezwstydnej Prawdy, przepełniające tego niespożytego i ofiarnego Syzyfa, generowały siły do ciągłej, niepowstrzymanej walki: z płaskim i małodusznym tchórzostwem mistrzów, z lekceważeniem nie zapoznanych debiutantów („Pewnego dnia zapewne pozna pan moje nazwisko, ale nie teraz!” – poinstruował rozwścieczonego Cherubiniego); z tyranią akademickich instytucji konserwujących zatęchłe i niedorzeczne prawidła („Trudno jest napisać kojącą muzykę dla królowej egipskiej, którą ugryzł jadowity wąż, która kona w bólach i udręce pełnej skruchy” – tłumaczył Boieldieumu koncepcję „Śmierci Kleopatry”), z ignorującym egoizmem i apatyczną pogardą możnych, z wyszydzaniem słownych promes („Do licha z waszym krzyżem, ja chcę moich pieniędzy!” – skomentował ofertę udekorowania Legią Honorową za „Requiem”) i urąganiem brakiem kompetencji; z jawną dywersją i antypatią zawistnych współbraci.

Jacek Malczewski, Melancholia

Jacek Malczewski, Melancholia

Najokrutniejszymi wrogami geniusza są owi smutni mieszkańcy świątyni Rutyny, fanatyczni kapłani, którzy poświęciliby swojej głupiej bogini najwznioślejsze nowe myśli, gdyby dane im było mieć je kiedykolwiek” – odnotował w zadumie, wskrzeszając z martwych zafrasowane ludzką niegodziwością serce i dedykując je na ołtarzu transcendentnego i kojącego Piękna. A gdy drakoński i herodowy Los wyzwał to umęczone i pańskie fizys, kładąc kres trwaniu uwielbianego syna, autor „Korsarza” „ukrył się w cieniu i ciszy, a potem umarł. Tylko istoty dzikie i dumne zdolne są do takich czułości” (Gautier).

VI.

Jacek Malczewski, Za późno z pieśnią

Jacek Malczewski, Za późno z pieśnią

Śród bitwy w ręce wrogów dostał się bard śmiały, / Lecz wróg próżno go zmuszał, by cześć jego śpiewał – / Już struny dźwięcznej harfy, więcej nie zabrzmiały: / Własną je ręką pozrywał”.  (Thomas Moore)

Cóż to był za widok, oglądać go na czele orkiestry, z jego orlą fizjonomią, bujnymi włosami, poczuciem władzy i płonącego entuzjazmem – unosił się Charles Halle – Był najdoskonalszym dyrygentem, jakiego kiedykolwiek widziały moje oczy”; chmurnym herosem ujeżdżającym złowieszczy rydwan dźwięków, śmiałym kochankiem dościgającym fantom baśniowej wolności, gorzkim pielgrzymem postępującym na niedosiężny Parnas Boga.

Spowity woalem świętego blasku i otulony szatą hemisfery, ubrany w drżące mgły i zapatrzony w bladolicą poświatę bytu, z gardłem i wzrokiem ściśniętym zgryzotą, symfoniczny bohater Berlioza rozpamiętuje przeszłość i schyla głowę zgarniając chwile niepozornego szczęścia, rozsiane śród wiekuistych pól goryczy. Czyliż przyjdzie mu rzucić to rajskie „empireum dla najsmutniejszych przybytków na ziemi, nieśmiertelne anioły poezji i miłości i ich natchnione pieśni dla brudnych pielęgniarzy, okropnych służących z amfiteatru, odrażających trupów, krzyków chorych, skarg i rzężeń zwiastujących śmierć”?

Jacek Malczewski, Ślepy faun

Jacek Malczewski, Ślepy faun

Owładnięty przymusem nadziei i ukochania Pańskiego stworzenia, miotany najgłębszym dreszczem i opromieniony przyszłą wiarą, pragnie już wstąpić na ten dukt świetlisty, „gdzie życie trwoni się tak beztrosko”, i gdzie pomimo kajdan i nędz, „mimo całej – można rzec – ohydy, jaką świat ją otoczył, zagrzebana pod górą przesądów, które ją wynaturzają i każą, poprzez wszystkie kałuże, w jakich się ją włóczy, miłość, żywa, niepokonana miłość, jest mimo to niebieskim prawem równie potężnym i niepojętym, jak to, mocą którego słońce zawisło na niebie” (Alfred de Musset). Ale bezduszny uścisk zwątpienia powściąga jego złaknioną Prawdy istotę oraz obarcza niezrozumiałą dlań palmą męczeństwa. Zmagając się z obłędem i pasując z dławiącą współczesnością, marzy!

Jacek Malczewski, Za aniołem

Jacek Malczewski, Za aniołem

Marzy i kroczy za kruchym widzeniem przez najpotworniejsze mroki egzystencji, przez niedorzeczne chęci i nieuczciwe żądze, przez gorączkowe szamotanie i wbrew wrzaskliwej odrazie bliźnich… Stąpa wytrwale i godnie zwycięża. „Która z dwóch potęg może wynieść człowieka na wynioślejsze wyżyny, miłość czy muzyka? – zagajał półgłosem jego niezłomny kreator – To wielkie pytanie. Jednak wydaje mi się, że trzeba by powiedzieć tak: miłość nie może dać pojęcia o muzyce, muzyka może dać pojęcie o miłości. Po co je rozdzielać? To dwa skrzydła duszy”.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 20 grudnia 2011 at 10:35  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/12/20/berlioz-apostol-muzycznej-ofiary/trackback/