Koncerty Brandenburskie

Koncerty Brandenburskie (okładka płyty)

Koncerty Brandenburskie (okładka płyty)

5 listopada 1447 roku, w liście do księcia Leonella d’Este w Ferrarze, pedagog i humanista Guarino Guarini, tak oto prostował ścieżki swego możnego pupila: „Należy pamiętać, że muzy są pojęciami i inteligencją ludzką, które dzięki talentom i pracowitości wynalazły rozmaite umiejętności i rzemiosła”, a jego duchowy sukcesor, Leon Battista Alberti rozważał: „[Sztuka] nie tylko nieobecnych obecnymi czyni, lecz także po upływie całych wieków ukazuje zmarłych oczom żyjących, budząc najwyższy podziw dla mistrza i przynosząc przyjemność tym, którzy mogą dzieło oglądać”. Usilnie kontempluję te retoryczne włoskie frazy, przystępując do medytacji nad transparentnie promienną rejestracją niebiańskich „Koncertów brandenburskich”, i nie mogę zaprawdę wyjść z podziwu nad owym sofistycznym modusem ukształtowanym dłonią i psyche turyńskiego półboga.

Vermeer van Delft: Przerwana muzyka

Vermeer van Delft: Przerwana muzyka

W jedzeniu i muzyce pociąga nas zawsze to, co jest nowe i niezwykłe” – donosi dumny Alberti. Fantastyczne opusy, sporządzone ku rozhasaniu i uciesze drętwego margrabiego Brandenburgii, a spoczywające bezczynnie śród pyłu jego zamożnych annałów, nie przestają zadziwiać wyznawców i protektorów arcytrudnego kunsztu lipskiego Kantora, konkurując o miano szlagieru wespół z rozbrykanymi „Porami roku” Vivaldiego; a nadto prowokując do licznych nagrań: począwszy od gargantuicznych rozpraw na modłę neoromantyczną i nietzscheańską (Stokowski, Karajan, Furtwängler), poprzez wariant kalwiński i ascetycznie wytrawiony, po stanowisko kantowskie obiektywne, bazujące na niewątpliwym przeczuciu źródła energii tej szczytnej frazy, dogłębnym pojęciu jej uduchowionej formy, cyzelowaniu i przeniknięciu niuansów (Britten, Leonhardt, Koopman).

Vermeer van Delft: Dama przy wirginale

Vermeer van Delft: Dama przy wirginale

Estetyczna rewolta, zainicjowana przez proporcjonalną i strukturalną myśl Harnoncourta, toczy swe niełatwe wody dalej, inspirując bieżące generacje ku oczywistej kameralizacji; znacznej redukcji tytanicznego aparatu orkiestry i ujawnieniu wachlarza kolorów, dzięki któremu bogata tkanka polifoniczna – summa theologicum Bachowskiej muzyki – wygrywa należną przejrzystość i nienaganną ścisłość. W toku tego radującego zmysły procesu, cudownemu odsłonięciu ulega zawarta w substancji „Koncertów” różnorodność, która – jak raczył wzniośle sądzić Alberti – „przydaje wdzięku każdej rzeczy, jeżeli z równym umiarem skupia i łączy ona w jednaki sposób rzeczy odrębne”, a pożądana pastelowość brzmienia nie destabilizuje ukrytego w jej trzewiach chrześcijańskiego palladium.

Vermeer van Delft: Kawaler i pijąca niewiasta

Vermeer van Delft: Kawaler i pijąca niewiasta

Wszystko wskazuje na to, iż Richard Egarr podążył tym chlubnym i brawurowym duktem, zainicjowanym w minionych dekadach z woli brytyjskich (Parrot, Rifkin, Gardiner) i niderlandzkich gigantów Terpsychory, a jego roziskrzona miriadami odcieni ofiara, w głodzie gustownej harmonii i sonorystycznej subtelności, waży się na eminentne innowacje pokroju introdukcji nieprzewidzianego w partyturze teorbanu (William Carter!) czy żywotnego zrelaksowania tempa, jakie przydaje świetlistej substancji „Koncertów” olimpijskiego rozradowania.

Vermeer van Delft: Czytająca list

Vermeer van Delft: Czytająca list

Nie dosyć na tym. Istotne obniżenie natężenia dźwięku z konwencjonalnych 415 herców, do osobliwych 392 (immanentnych Muzie galijskiej), pociągające za sobą rewolucyjne przestrojenie odświętnych obojów, trąbek i rożków, operujących teraz w niższych i sensualnych registrach, niechybnie cieszy i inspiruje do łagodnego postępowania za manuskryptem, z którego fugat i kontrapunktów nagle wykwita entuzjastyczna biesiadna idylla.

Przede wszystkim to uznajemy za najpiękniejsze, co jest ożywione, rozumne i tak ukształtowane, że duchem czyni zadość kształtowi piękna, który mamy w umyśle; a ciałem odpowiada utajonemu zarodkowi piękna, jaki mamy w naturze i w intelekcie” – konstatował florencki neoplatończyk, Ficino. W żądzy estetyzacji i rozluźnienia brandenburskich  struktur, londyńska Akademia Muzyki Dawnej pod czułą pieczą stylisty Egarra, udatnie artykułuje i frazuje, powściągliwie dozuje ekspresję i szameruje nadobne tony, przywołujące łacno bujne konszachty Borodina.

Vermeer van Delft: Koncert

Vermeer van Delft: Koncert

Płomienny i wstrzemięźliwy zarazem smak konfesji, niewiarygodna eteryczność i krystaliczny ład, klarowność, lotność i rafinowane uniesienie – oto symptomy owej ze wszech miar intrygującej kreacji. „Artysta jest panem wszelkiego rodzaju ludzi i wszystkich rzeczy” – podkreślał Leonardo da Vinci, i trudno zaiste kwestionować, by ambitnemu spadkobiercy Hogwooda, były te słowa z gruntu nieznane.

Vermeer van Delft: Dama i kawalerowie

Vermeer van Delft: Dama i kawalerowie

Ich transcendentny czasowo przekaz jawi się prominentnie doniosły w obliczu osobnego novum, jakim jest w pełni owocna próba odczytania Bachowskiego monumentu w kontekście przyczynków kameralnych. W tym celu, Egarr powraca do nowożytnej koncepcji osadzenia każdego z konferujących instrumentów w izolowanej, uzgodnionej partii, której nie można zamienić na inną.

Eksperyment zasadza się na wyjawieniu niezaprzeczalnych przymiotów solistów występujących chętnie przed gwarne ripieno. Melanż obsady alternowanej z opusu na opus i nie powielonej w tożsamej konfiguracji, przysposabia do alegorycznych dysput oraz intymnych konwersacji o bezprzykładnej równowadze, urzekając tyleż antyfoniczną kantyleną, co niewzruszonym pierwiastkiem ludycznym.

Vermeer van Delft: Alegoria malarstwa

Vermeer van Delft: Alegoria malarstwa

Energiczny maestro zajmuje przy tym wiodący stolec klawesynisty, usytuowany – stosownie do barokowych kanonów Praetoriusa – pośrodku sfery smyczków i sekcji dętych; niczym dostojne Słońce w heliocentrycznej wizji świata, przyświecające łaskawie obiegającym je planetom i ich księżycom. Stąd popatrując i dyrygując, godnie mediuje i konsultuje, spełniając rolę karolińskiego feudała: dobrotliwego i przyjaznego w obliczu lojalnych, a surowego wobec odstępców. „Sztuka nie wymaga, by artysta dobrze postępował, lecz by tworzył dobre dzieło” (św. Tomasz z Akwinu).

Mamy tu zatem do czynienia z pewnego rodzaju ekstazą, jawnie odległą od scholastyki a dogmatów, i turbującą srogich purystów. Ci zaś nie omieszkają szczędzić replik sprzeciwu i dyzgustu, tudzież rwać szaty swoje na strzępy i mierzwić brody nad odchudzeniem tak znojnej polifonii. Nie zubożyło ono – o zgrozo! – śpiewnego konsonansu i nie zniweczyło ze szczętem dorodnej mikstury; tej tak powabnej i seraficznej konstelacji, wielbionej przez nas a pogardzonej przez Kantorowi współczesnych.

Vermeer van Delft: List miłosny

Vermeer van Delft: List miłosny

Jej górny duch o cudnej wenie trwać w nas zamierza bowiem bez końca, i sycić będzie niepomiernie, albowiem w nim to pozyskaliśmy „duchowe dobra, których najwyższym owocem jest, że nie istnieje konieczność posiadania więcej” oraz bogactwo, jakiego „właściwością jest najbardziej to, żeby niczego już nie pragnąć” (Lorenzo Ghiberti).

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 7 stycznia 2012 at 11:23  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/01/07/koncerty-brandenburskie/trackback/

%d blogerów lubi to: