Rachmaninow: Zbłąkany pątnik o nieskalanej duszy

Sergiusz Rachmaninow

Sergiusz Rachmaninow

Talent (…) kosztuje drogo; nabywa się go jedynie drogą wszelakich wyrzeczeń, przez najczulszą wrażliwość, która czyni nas nieszczęśliwymi na zewnątrz i wewnątrz, narażając na prześladowania” (Bernardin de Saint-Pierre)

I.

Srogi i wymagający krytyk moskiewski Juliusz Engel, komentując wrażenia, jakich doświadczył podczas premiery II Symfonii e-moll Sergiusza Rachmaninowa (1908), ewokował: „Nie odsłania [ona] innych światów i nadludzkich objawień. Ale jakże jest świeża i jakże piękna”, a chwacki i niepokorny Gorki – roztkliwiając się nad potoczystością i szlachetnością śpiewnej frazy, dawał wyraz nieukrywanej euforii: „Jakże on wspaniale umie słuchać ciszy. Wprost cudownie!”.

Izaak Lewitan: Wieczorne dzwony

Izaak Lewitan: Wieczorne dzwony

Rachmaninow… Natura kontemplacyjna i subtelna; dobrotliwy cherub zbłąkany na osamotnionej ziemi rozżarzonej człowieczym bólem; łagodny heros przemierzający wytrwały dukt pośród bezbronnych i zniewolonych, nad których posępnym losem pochylał się cierpliwie, „starając się czynić to w tajemnicy” (A. W. Ossowski), i ogarniając „świat ludzkiej nędzy bystrym, mądrym, współczującym, wszystko zauważającym wzrokiem” (Albert Swann).

Izaak Lewitan: Sokolniki jesienią

Izaak Lewitan: Sokolniki jesienią

Wątpiący i kwestionujący dary Pana („Trzeba powiedzieć, że teraz komponuje się wspaniałe rzeczy, ale kiedyś komponowano jeszcze wspanialsze”), skulony i porażony zgiełkliwym hic et nunc („Mój czas jest przyszłością, tak odległą przyszłością, że już go nie doczekam” – ubolewał); pędzący ciche godziny introwertyk nader niechętnie się obnażał i nie ulegał estetycznej egzageracji: „Każdy kompozytor ma swoje idee – cyzelował z uporem –  Nie sądzę, aby trzeba je było rozszyfrowywać. Nie wierzę, by artysta miał obowiązek odkrywać swoje karty. Przecież każdy ze słuchaczy wkłada w muzykę to, co go akurat przepełnia”.

Oschły perfekcjonista o marsowej kontorsji, nieprzenikniony, nieprzejednany i surowy; niebosiężny humanista i niestrudzony samotnik, sceptycznie sporządzający „notatki do mojej nowej symfonii, która sądząc po początku, nie wzbudzi żadnego zainteresowania”, a także tytan mężnego czynu, gardzący niewydarzoną sztampowością i zadręczony nieukontentowaniem z owoców swego pióra – autor „Rapsodii na temat Paganiniego” zdążał do Piękna, pojmując, iż kryje się ono w istocie samej pogoni; nie w posiadaniu, lecz rojeniu, nie w zdobywaniu, acz w twórczości, nie w satysfakcji, a nieustraszonej kwerendzie i prometejskim błądzeniu po nieodgadnionych bezdrożach okrutnej egzystencji.

Izaak Lewitan: Wieczysty pokój

Izaak Lewitan: Wieczysty pokój

To, co my uważaliśmy za niebotyczne osiągnięcie, dla niego było tylko jednym ze stopni wiodącym do doskonałości” – schylał głowę wieloletni przyjaciel, Mikołaj Karłowicz Medtner, a skromny piewca „Wujaszka Wani” – zdumiony wirtuozowskim kunsztem bojaźliwego dwudziestoparolatka – zmieszany przyznawał: „Przez cały dzisiejszy wieczór patrzyłem na Pana i myślę, że jest Panu sądzone stać się wielkim człowiekiem. Ma Pan taką zadziwiającą, niecodzienną twarz”.

II.

Herold „Wyspy umarłych” skwapliwie trzymał się z dala od towarzyskich machinacji i epokowych dysput: „Nie jestem politykiem – lakonicznie przyznawał – Po prostu zachowuję swoje sądy dla siebie”. Otulony płaszczem melodii turbujących jego wstydliwą duszę szmerem nocnego deszczu i urzeczony przedwieczornym zaśpiewem stepu, duchowo bezbronny ironista i improwizator o czystej psyche, pogrążał się w fantazjach ulatujących chybko z zatopionego w mroku gabinetu i oddawał modyfikacjom wyzwalającym z pęt scholastycznego wygodnictwa.

Izaak Lewitan: Wiosenna powódź

Izaak Lewitan: Wiosenna powódź

Romantyczny idealista reflektujący nad ludzkim fatum i powściągliwy epik podnoszący z klęczek strapionych upadłych, Rachmaninow jawi się „ostatnim mohikaninem” melodycznego liryzmu; pustelniczym herosem, godnym, namiętnym, i krystalicznie uczciwym, budzącym bliźnich do sprawiedliwych odczuć, a przy tym świadomym własnego anachronizmu („Czuję się jak widmo błądzące po obcym świecie” – zdradzał wzruszony przed śmiercią) i archaizmu odżywiającego się potrzebami serca. „Człowiek nie może tryskać zdrowiem przez całe życie i być wesołym, zawsze oczekują go jakieś straty i nie może ustrzec się od śmierci… Należy tylko w miarę sił spełniać swój obowiązek i nic więcej” – artykułował, odpierając kpiące szyderstwa i zjadliwe posądzenia a to o nazbyt nastrojowy patos, a to o spartański tragizm indywidualnych opusów.

Kiedy komponuję, pomaga mi wspomnienie niedawno przeczytanej książki, wiersza, pięknego obrazu. Czasami w wyobraźni pojawia się określony temat, który z kolei staram się przetworzyć w dźwięki, nie zdradzając jednak źródeł mego natchnienia… Jeżeli jednak jestem pusty wewnętrznie, nie pomogą żadne zewnętrzne bodźce” – nadmieniał. Balladowa rozlewność i poetycka narracja o nienagannej fakturze, gładkiej, dekoratywnej i mosiężnej, prostolinijność brzmienia i nieodparta kantylena o elegijnej podniosłości skąpanej w nucie kameralnego tragizmu, wyrastają wprost z najtajniejszych zakamarków tej nieskalanej rosyjskiej duszy, dojrzewającej śród lasów Błękitnej Rusi, na wietrznej i chmurnej ziemi nowogrodzkiej.

Izaak Lewitan: Roztopy

Izaak Lewitan: Roztopy

Puszkinowska sadyba w brzezinowym Onegu, spowita puszczańską darnią, splątana kobiercem puchatych wierzb i zasłuchana w ciszę lnianych jezior, pozieleniała od późnojesiennej mżawki i spętana srebrzystobiałym pasmem mgieł, zdała się wieść egzystencję osobną i sekretną. Stary fortepian – wiekowe pudło z czerwonego drzewa – przy którym brylował wesołek ojciec, utracjusz i utopista, wiódł oniemiałego z zachwytu Sieriożę w czarowne uniwersum gorejących blaskiem tonów, przenikających przez zmatowiałe szyby z wilgotną wonią wczesno-kwietniowych rabatek, drzemiących w zmurszałym skrzypnięciu pożółkłego żurawia, brzęczących w głogowych zaroślach karminu.

Ujęty nutą rozdzwonionego zaprzęgu i rzewną skargą przepiórki przykutej do suchych ździebeł jęczmiennego ścierniska, urzeczony gruchaniem praczek perlących płótna nad brzegiem szeleszczącego strumienia i swawolących gęsi ciągnących z mozołem podniebnym kluczem, wrażliwy chłopczyk tulił się w fałdach ciemnobrązowej sukni babki Butakowej o gołębim sercu, która uniosła go do biało-złotego Nowogrodu.

Izaak Lewitan: Lato

Izaak Lewitan: Lato

Moje utwory powstają wolno – przywoływał – Zdarza się, że na przykład będąc na wsi, wybieram się na daleką przechadzkę. Moje oczy rejestrują ostre promienie światła igrające na mokrych od deszczu młodych liściach, ucho łowi szepty lasu, dźwięk spadających kropel. Potem patrzę na blednące tuż nad horyzontem niebo o zachodzie i wtedy słyszę wszystkie głosy jednocześnie”. Niemrawe miasto spięte klamrami ciemno-mulistej strugi i jaśniejące żywą pozłotą starocerkiewnych kopuł, głuche zaułki z porośniętymi trawą spichrzami i terkot tratew pędzonych z bryzą ku zadumanej w ogromie Ładodze, konstytuują rafinowane tableau umysłu piewcy „Wiosennej wody”, który wypchnięty poza gwałtowny nurt zdziczałej w zgiełku czerwonej macierzy, utracił był niewyczerpane i bezgraniczne źródła inspiracji. „Po wyjeździe z Rosji straciłem ochotę do twórczości – rozpaczał – Straciwszy ojczyznę zagubiłem samego siebie. Wygnaniec, który utracił źródła swej muzyki, tradycję i rodzinną glebę, nie ma wcale ochoty tworzyć. Nie pozostaje mu nic innego prócz martwej ciszy smutnych wspomnień”.

Izaak Lewitan: Chutor

Izaak Lewitan: Chutor

Umilkły świątynne dzwony nucące szparko ponad omszałym jesionowym gajem, w dal odpłynęły pajęcze przędze utkane w ciszy lazurowego zmierzchu, opadły liście przywoływane sykiem nadwołżańskiego parowca, urwały przelot pańskie łabędzie sunące w gorzkich oparach odurzającej mięty. Bezbrzeżna Ruś rozgraniczona krechą liliowo-krwawego horyzontu; pląsy skowronków w bladych zagonach wielkanocnych ozimin i wierzb, szemrzące cykadami stepy otulone płaszczem wonnych burzanów i miododajnego kwiecia, sarkające szronem chutory i takielunki pęczniejące w marcowej odwilży – okruchy odsłon przesuwających się w wiecznym zwierciadle Stwórcy.

Żebraczy pielgrzym podążył przez uchylone w płótnie wrota do zapodzianej w szarości „Władymirki[1]… „Jakże ja mam komponować, jeżeli nie ma melodii? – donosił w liście do Mikołaja Medtnera – Jeżeli już dawno nie słyszałem, jak szeleści żyto, jak szumią brzozy?”. Wenę boleściwego egzula, przymuszonego podjąć zbrojny w wyrzeczenia trud pianistycznego ekwilibrysty, zmroziła bezkresna rozpacz.

III.

Ilia Riepin: Procesja w guberni kurskiej

Ilia Riepin: Procesja w guberni kurskiej

Pogodzenie twórczości i wykonawstwa uważał za niemożliwe. „Jeżeli gram, nie mogę tworzyć, jeżeli komponuję, nie chcę grać… – zdradzał zrezygnowany – Być może dlatego, że muzyka, którą mam ochotę skomponować, jest akurat niestosowna”. Niestrudzony instrumentalista oraz koneser uduchowionej palety barwnej, rozzuchwalonej męską energią, witalnym ruchem i ekstensywnym pulsem rapsodycznej frazy, pokornie zdał się na swoje dłonie i zaprzągł w jarzmo niezrozumiałej kariery, pretendując w trakcie jej biegu do apollińskiego mistrzostwa ponawianego nieznużenie przez oszałamiające sukcesem ćwierćwiecze.

Ilia Riepin: Archidiakon

Ilia Riepin: Archidiakon

On nie patrzy na swoich słuchaczy, ale to nie znaczy, że ich ignoruje. Po prostu nakazuje im słuchać wykonywanej przez siebie muzyki. Nie można poznać po nim niczego. Siedzi nieruchomo, ślepo zapatrzony w swoją pracę, podporządkowany jej zupełnie, oddając jej wszystkie swoje siły i zdolności – zdumiewała się amerykańska krytyka – Nawet Woodrow Wilson nie byłby w stanie przybrać takiej maski akademickiego spokoju!”, a Juliusz Engel potulnie wnioskował: „Przy takich warunkach wykonawczych, sama muzyka zdaje się być jedynie dodatkiem do jego pianistycznego geniuszu”. On sam był nazbyt sceptyczny. „Muszę się przyznać, że im więcej gram, tym bardziej widzę moje niedostatki w grze – zwierzał się z obawą Władimirowi Wilschauowi – Naprawdę nigdy nie nauczę się dobrze grać, a jeżeli, to pewnie na progu śmierci”.

Nad błyskotliwą spuścizną dziejów pochylał się z troską średniowiecznego cyzelatora szlifującego udatnie niesforny kamień; równie starannie propagował literaturę osobistą, nie dopuszczając myśli o kompromisie mierności. „Nigdy w życiu nie osiągnąłem spokoju ani zadowolenia z siebie – relacjonował Wilschauowi – Kiedy zajmowałem się kompozycją – męczyło mnie to, że źle komponuję. Teraz męczy mnie złe – moim zdaniem – wykonawstwo. Wewnętrznie jestem przekonany, że jedno i drugie mogę robić lepiej. To mnie trzyma przy życiu”.

Ilia Riepin: To jest wolność!

Ilia Riepin: To jest wolność!

Jeszcze w modernistycznym rostrum Mamontowa, bez introdukcji i ceregieli wtargnął w pasjonujący i groźny świat dyrygowania: gwarny, gwałtowny i niespokojny. Wiodąc zmagania z drażliwą nieufnością i niezręcznością stołecznej orkiestry, z mocą cyklopa poskramiał apatyczne ruchy, nieustępliwą podejrzliwość i niemilknące zwątpienie. „Kiedy w orkiestrze odzywała się pieszczotliwa, przepiękna melodia, ruchy Rachmaninowa stawały się tak delikatne i ostrożne, jak gdyby unosił nad orkiestrą coś bezcennego, niewiarygodnie drogiego i delikatnego – ekscytował się po latach wybitny krytyk i dziennikarz, Włas Doroszewicz – Może to było dziecko lub kryształowa waza niezwykłej roboty, albo też napełniony po brzegi puchar bezcennego napoju”.

Ale za autonomię materialną i potencjalność powierzchownej ekspresji trzeba było ponieść daninę iście herodową – czas nieodzowny na własny zaśpiew: szept leśnych błoni przedzierający się przez terkotliwy szczebiot pastuszej fujarki, żałobny lament łąk zmrożonych tchnieniem październikowego mrozu, zroszone świtem morze wieśniaczych dachów i grodzkich sadów, wartko stygnących w sierpniowym skwarze małoruskiego lata. Złowienie uchem kantyczki tak delikatnej „jest rzeczą bardzo trudną. Nie należy, ot tak, po prostu wsysać jej w siebie”; przystoi przyjąć ją w milczeniu i niezmierzonym ładzie, jednocząc czucie z niewyrażalnym misterium miłosiernego Boga.

IV.

Izaak Lewitan: Monaster

Izaak Lewitan: Monaster

Jakiś duchowny wyraził się kiedyś o Rachmaninowowskiej liturgii św. Jana Chryzostoma, iż „jest ona rzeczywiście wspaniała, nawet zbyt piękna, ale modlić się przy niej nie można”. „To nie jest muzyka cerkiewna” – konstatował ów duszpasterz z niejakim zadziwieniem; próżno sposobić jej oddzielenie „od magicznego czaru kompozytora-wykonawcy” (jak notowała brytyjska krytyka), którego dziecięciem jest najukochańszym i najwstydliwszym.

Autor „Preludium cis-moll” wszedł w posiadanie niebywałego daru konstruowania olimpijskiego gmachu dźwięków wokół wątłego i mimozowatego taktu, jaki poddawał niekończącym się wariacjom i dywagacjom. Nieskazitelny i krystaliczny idiom o polarnej strukturze diamentu oszlifowanego zorzą arktycznej Północy, przetacza się pod jego wzrokiem falą srebrnych zdrojów zdając się nie wzruszać ich tafli i krążąc klangiem w słowiczych gąszczach rozdeszczonego ogrodu. „Mógł je napisać tylko ten, kto bardzo, zapamiętale kocha swoją ojczyznę. Tylko ten, kto do głębi swego wnętrza jest Rosjaninem” – osądził swego czasu „Trzy pieśni” Władimir Wilschau, oddany druh i powiernik serca.

Izaak Lewitan: Letnia noc

Izaak Lewitan: Letnia noc

W przeciwieństwie do Czajkowskiego, którego darzył szczerą i osobliwą atencją konfratra i czeladnika, nie dopuszczającą ni cienia goryczy ni filigranowej skazy na utrwalonym promiennym obrazie, Rachmaninow unikał zapożyczeń z kręgu rodzimego folkloru oraz pokładów transcendentnego Prawosławia. Ortodoksyjne mszały przestępujące z sążnistym dymem gromnic na wskroś diakońskich wrót świętego chramu, sklepienia triumfalnych monastyrów rozchybotane drżeniem skruszonych wiernych i obrzędowe skrawki prostodusznego, gromadzkiego ludu, sączą się do tej sublimowanej frazy w wiązkach tak niepozornych i symbolicznych, że zatracają swoją pierwotną genezę.

Izaak Lewitan: Wiatr na Wołdze

Izaak Lewitan: Wiatr na Wołdze

Przeobrażony w zakamarkach pamięci temat przepływa przez okruchy intymnych wspomnień i homerycznych zamiłowań, nurzając się w kazamatach Kościejowego carstwa i epatując złowieszczym sensem skrytym przed nieproszonym wzrokiem. Jednak nie pozostawał niemy w obliczu szorstkiej i chropawej realności, i nie wędrował po wyludnionych traktach fin-de-siecle’owskiej izolacji, a skriabinowskie konfabulacje pozostały mu organicznie obce. „Artysta nie może czerpać tylko ze swego wnętrza: winny na niego mieć wpływ także wydarzenia dziejące się na zewnątrz” – zaznaczał wielokrotnie.

Owa muzyka jest tak napięta i wzburzona, że wydaje się, iż zaraz zmiecie wszystkie przeszkody, stojące na swojej drodze” – entuzjazmował się II Koncertem c-moll, op. 18, Mikołaj Karłowicz Medtner (1901). Kunsztowne fortepianowe byliny rozgrywają swój niemy akt w samym centrum rdzennie rosyjskiej ziemi, pulsując spoza muślinowej i zwiewnej zasłony wartkim pomrukiem gniewu i człowieczego rozżalenia. Przyzywając posępne pienia klasztornych dzwonów niesione wichrem listopadowych jęczeń i niknące w prześwicie monumentalnych fresków Rublowa, autor „Wiosny” nawołuje do głębokiego i świadomego humanitaryzmu, i do wzbudzenia czystych myśli utajonych w krużgankach umartwionego ducha.

Izaak Lewitan: Złota jesień

Izaak Lewitan: Złota jesień

W tej sztuce, której jedynym kryterium jest siła, z jaką oddziałuje ona na audytorium, puryfikując sumienia i pobudzając szlachetne czyny, wspierając je w walce z życiowym śmieciem i witalnością satanicznego chaosu; w tej zmrożonej, nocnej muzyce skrzącej tyleż w hymnicznych akwarelach ku czci utraconej natury, co mrocznych etiudach eremity zabłąkanego w barbarzyństwie kosmosu, nie ma szczęścia, nie ma radości i nie ma uspokojenia. „Przelotny ból bluźni i obwinia niebo; wielka boleść nie bluźni i nie obwinia, ale słucha” – uronił ongiś Alfred de Musset. Rachmaninow, człek posągowy, prawy i dumny, ale emocjonalnie nieuzbrojony, z pątniczą głuszą niesie swój Chrystusowy krzyż, krocząc po bezdrożach bytu wbrew rozbestwieniu współczesnej historii i na przekór pogardzie dla jej melancholijnych rudymentów.

© Andrzej Osiński


[1] Fascynujący obraz Izaaka Lewitana

Advertisements
Published in: on 9 stycznia 2012 at 12:16  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/01/09/rachmaninow-zblakany-patnik-o-nieskalanej-duszy/trackback/

%d blogerów lubi to: