Mann. Fontane. Wagner

Ryszard Wagner, inscenizacja "Złota Renu"

Ryszard Wagner, inscenizacja „Złota Renu”

Tym, co nieodparcie urzeka w postaci Manna jest umiejętna elastyczność w pokonywaniu złudnych meandrów dziejów; owa zachwycająca zdolność akomodacji, jakiej nigdy nie dane było doznać egzulom pokroju Rachmaninowa czy Maraia. „Upadek epoki estetyzmu i dojście do głosu świata niedoli społecznej – pisze on – zwycięstwo pierwiastka religijnego nad kulturalnym – były to problemy (…) Europy jakby zmalałej na skutek wojny, ściśniętej i bardziej swojskiej”, i następnie dodaje: „Jak nikt inny chyba, odczułem na własnej skórze wywołującą we mnie gwałtowny sprzeciw historyczną konieczność przejścia od postawy metafizyczno-indywidualistycznej do społecznej”.

W tym miejscu przedwojenny marzyciel z „Czarodziejskiej góry” okazuje czysto ludzki strach przed Nieznanym, strach w pełni uzasadniony po doświadczeniach błotnistej Flandrii; cóż z tego, że nie wynikających z autopsji. „Problem człowieka nabrał pod wpływem krańcowych doświadczeń, którym poddał on samego siebie, osobliwej aktualności” – zaznacza dobitnie, poświadczając, iż cierpiał duchowo ze wszystkimi, czując się „powołanym” przez „moment dziejowy”.

Ryszard Wagner, inscenizacja "Zygfryda"

Ryszard Wagner, inscenizacja „Zygfryda”

Jaki to rodzi skutek? „Niechaj twórca zacznie wreszcie odczuwać silny, tajemny powab życia, płynący z efektywnego łączenia rzeczy rozbieżnych – demonizmu z oficjalnością, samotnictwa i ducha przygody z reprezentatywnością społeczną”. Ot, taki: ujarzmienie odwiecznych sprzeczności, umowny ład w rozochoconej naturze rzeczy, rygorystyczna prawidłowość będąca – jak skromnie podkreśla – „spokojną zgodnością i analogiczną jasnością twórczego planu życiowego”.

I Tomasz Mann pozostał temu porządkowi wierny, z osobliwą dialektyką twierdząc nawet, iż to „leżało widocznie na jego drodze” i wypływało bądź co bądź ze „spokojnego, choć nie obojętnego zrozumienia swojego losu”. Pragnąłbym spytać: Gdzież tu ironia, na którą chętnie powołuje się Witold Wirpsza w postludium dawnych eseistycznych tłumaczeń?

Wszystko co widzę, to mężna epickość o Wagnerowskiej słusznej skali, patrycjuszowska, górna powaga i zrozumienie dla szarad bytu. A także dyskretnie i niezobowiązująco dopieszczane uduchowienie, zgrabnie konserwowane przed banalnością i wszędobylskim marnym szlamem. I piękna zgoda: uznanie życia w jego zaskakującym rozwichrzeniu.

* * *

Teodor Fontane

Teodor Fontane

W studium o starym Teodorze Fontane, którego – jak się spodziewam – aforystycznie wdzięczne opusy będzie mi dane kiedyś poznać, Tomasz Mann z niezbitą logiką konstatuje, iż autor Effi Briest był „człowiekiem, który musiał być stary, bardzo stary, żeby okazać się sobą”. Faktu tego nie postrzegam zaprawdę w kategoriach kuriozum, co więcej, odnoszę nieodparte wrażenie, iż ów przyczynek został adresowany do istot mego pokroju, owych – jak ujął to Mann – „natur stworzonych widocznie tylko dla starości, klasycznych starców niejako, mających z woli przeznaczenia demonstrować ludziom idealne cechy tego wieku, jak łagodność, dobroć, humor, przebiegła mądrość”, czyli mówiąc literalnie „powrót w doskonalszej postaci bezpretensjonalnych i naiwnych losów dziecka”.

I tak się istotnie dzieje w kolejach losu outsiderów, którym przyszło dźwigać potężniejące z doby na dobę intelektualne brzemię światowej braci, znacznie mniej od nich, a może i w gruncie rzeczy wcale nie pochłoniętej powinnościami, jakich domaga się twórczość. Te zaś, jak wyrafinowanym dobrze wiadomo, pociągają za sobą zauważalną „opryskliwość i opór w stosunku do przyjemności”, a nadto pewne nerwowe udręczenie, potęgujące wrażenie przedwczesnego wyczerpania oraz cielesnej nieświeżości; istną zmorę, dla której młodość nie jest po prostu właściwą porą życia. Warto napomknąć, iż od starców nie żąda się zgoła nienaturalnej świeżości i reklamowej gotowości na wszystko, a bezustanna kwestia: „Po co?”, wisząca zmarszczką na ich wargach, jawi się jak najbardziej oczywista.

Sądząc po diariuszach starego Fontane, którego już odważyłem się znacznie polubić; moja fizyczna konstytucja, jaką od dawna przyjmuję z rosnącym powątpiewaniem, jawi się z tej perspektywy całkiem „wytrzymała”, acz – i tu jestem skłonny do powściągliwego optymizmu – „przeznaczona dla późnych triumfów”. Rzeczywiście, zdaje się, iż przypominam do cna tego sympatycznego pruskiego zrzędę, którego dumna poza jest – jak nieodzownie poucza Mann – „opromieniona bohaterstwem właśnie dlatego, że nigdy nie może – jak sobie wyobraża – ruszyć z miejsca, i który zawdzięcza swoją doskonałość temu, że nic mu się – jak sądzi – nie udaje”. Inna rzecz, że moja skłonność do biadolenia wcale nie zdradza dosytu energii twórczej, nie wspominając żywości, elastyczności i lekkości, z jakich Fontane ponoć słynął.

Ryszard Wagner

Ryszard Wagner

W tym sensie zdaję się nazbyt przypominać Ryszarda Wagnera, który w swym – było nie było – fascynującym życiu artysty, „miewał” wyłącznie chwile dobrego samopoczucia, cierpiał wierutnie jak ja na bezsenność, także zaparcia (których mi póki co oszczędzono); poza tym stanowił udatne exemplum melancholika i zgorzknialca, znajdującego się „skończonym” zaledwie w trzydziestej wiośnie życia (skąd ja to znam?). Kilka lat później znowuż uznaje się „nazbyt starym” i wyczerpanym na rozpoczęcie pracy nad „Pierścieniem Nibelungów”, a tyle co minąwszy czterdziestkę „każdego dnia myśli o śmierci”.

W tych niewesołych z gruntu zeznaniach, odkryłem źródło mojego nie gasnącego uwielbienia dla sztuki starego „czarnoksiężnika z Bayreuth” (zastanawiające jest to, że nikt nie nadmienia „młody” o człowieku, który – było nie było – zgasł w siedemdziesiątym roku życia, co nie jest przecież wyczynem na miarę Matuzalema), którego dalibóg zrazu nie mogłem dociec. Zwykłem się bowiem kierować w mych zgoła chaotycznych poczynaniach bytowych, instynktem stricte moralnym, pilnie bacząc na to, by każdy twórca odpowiedzialny za swoje dzieło, promieniował takąż samą ponadczasową i krystaliczną prawdą, co ono samo. Taki intymny probierz zapewne długo zdawał egzamin; wystarczająco długo na to, żeby na horyzoncie pojawił się Wagner… O „cnotach” tegoż raczę łaskawie zmilczeć. Tym razem.

Edward Burne-Jones: Oczarowanie Merlina

Edward Burne-Jones: Oczarowanie Merlina

Z miejsca powraca do mnie Plutarch, który w czas starożytnych dysput z toksyną ukuł symptomatyczny aksjomat: „Bo wcale z tego, iż dzieło budzi nasz zachwyt swym wdziękiem – pisze on – nie musi wynikać, by człowiek, który je wykonał, był godzien naszego prawdziwego szacunku”. Pierwszorzędne słowa, a jednak do chwili lektury eseju o Fontanem (a pośrednio i o Wagnerze) na próżno szukałem przyczyn mojego entuzjazmu wobec tak aroganckiego i chimerycznego piewcy „unendliche Melodie”. Tymczasem dzielimy analogiczny archetyp; owo poczucie nieustającego znużenia i niekończącego się niepokoju. Ot co.

* * *

Wieczorem Rilke. Uchodzę w aleje zielono-listnych marzeń i zaułki różano-kwietnych westchnień. Arturiańskie eseje Burne-Jonesa, smukłe anioły Wilhelma Lista i Mahlerowskie zwiewne adagia. Tego nie da się ująć w słowach.

© Andrzej Osiński

Published in: on 10 Maj 2012 at 10:16  Dodaj komentarz  
Tags:

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/05/10/mann-fontane-wagner/trackback/

%d bloggers like this: