Monteskiusz: Listy Perskie (I)

Monteskiusz

Monteskiusz

Kpiarz i szyderca Monteskiusz, owo dziecię swobody myśli i regencyjnej swawoli zmysłów, mającej dalej wydać owoc nieuprawniony – rewolucję; ten kniaź paryski, który galanteryjną stopą, wśród ustawicznego festynu westchnień, podminowuje fundamenty pojęć, relacjonuje z ostentacją: „Spotykam tu ludzi, którzy dysputują bez przerwy o religii; ale zdawałoby się, iż równocześnie współzawodniczą ze sobą, kto bardziej zdoła deptać jej prawa”. Wyraża przy tym patriarchalne zdumienie: „Nie tylko nie stają się przez to lepszymi chrześcijanami, ale nawet nie lepszymi obywatelami, i to mnie razi: jaką bądź wiarę się wyznaje, przestrzeganie praw, miłość ludzi, posłuszeństwo rodzicom są zawsze najważniejszymi aktami religii”.

I nie od rzeczy Monteskiuszu, bo czyż najpierwszą troską człowieka religijnego nie powinna być chęć podobania się swemu Bogu? A nieodpartym środkiem, by to osiągnąć, jest bez wątpienia szacunek dla praw i poważanie dla bliźniego. Skoro podjęliśmy się zdążać drogą krzyża, kiedy już przyjęliśmy, iż Bóg nas kocha i ustanowił Prawo ku osłodzie, wolno nam żywić jawną pewność, iż wypełnimy Jego kryteria kochając, to znaczy „pełniąc obowiązki miłosierdzia i ludzkości, i nie gwałcąc praw tego kraju”.

William Hogarth: Kontrakt małżeński

William Hogarth: Kontrakt małżeński

Jest to bardziej miarodajna droga przypodobania się Bogu, niż takie czy inne obrzędy spełniane z przyzwyczajenia i perfidii. Nawyk sam w sobie nie mieści piętna dobroci; jest wyuczony, przeto nieświadomy.

* * *

Człowiek uwielbiający się kształcić, nigdy doprawdy nie jest bezczynny. Jego istnienie skupione na kontemplacji ważkich zdarzeń, na notowaniu cwału myśli, na introspekcji biegu uczuć, jest egzystencją prostolinijnie zadziwionego dziecka, którego zmysły jeszcze świeże, „uderza najdrobniejszy przedmiot”.

* * *

Honore Daumier: Don Kichote

Honore Daumier: Don Kichote

Poeta, „pajac rodzaju ludzkiego”, zrodzony tym, czym stać się musi. Tego zaiste świat nie oszczędza, wylewając nań dzieżę pełną wzgardy.

A gdy przypadnie ku niemu starość, „odmiennie od tych filozofów, którzy powiadają, że człowiek zażywa jedynie teraźniejszości, a przeszłość jest niczym”, on wręcz przeciwnie oddycha echem, chłonie jego fluid, osładza relikwie czasu niepostrzeżenie więdnące w pustce.

* * *

Szczęśliwy, kto ma na tyle próżności – rozważa autor Listów Perskichaby nigdy nie mówić dobrze o sobie, który liczy się ze słuchaczami i nie wystawia na szwank swych przymiotów”.

William Hogarth: Kapela od siedmiu boleści

William Hogarth: Kapela od siedmiu boleści

A ja widziałem wielu, u których cnota jest tak wrodzona, iż nie wyczuwa się jej wcale. Legalistów wypełniających obowiązki tak instynktownie, że nie zginali się pod nimi. Szlachetnych, tak dalekich od tego, by podnosili swe przymioty, że raczej czynią wrażenie nieposiadania ich w ogóle. Herosów czynu, ukontentowanych własną doskonałością, co „patrzą na dobry uczynek jako na cud, godny już samą opowieścią wprawić w osłupienie”. Rozprawiających bez końca o sobie, których dysputa jest „jak zwierciadło odbijające bez ustanku ich uprzykrzoną postać”. Łowców błahostek pomnożonych w ich oczach bodaj dziesięciokrotnie. Zmyślnych pochlebców, co wszystko pojęli i których komplement, owa „niewyczerpana treść porównań” i „nie wysychające źródło przykładów”, powraca w usta uprzednio opuszczone.

Marcel Proust: „Boże, ileż cnót w końcu znienawidzić można!

* * *

William Hogarth: Hulanka

William Hogarth: Hulanka

Karl Kraus: „Diabeł jest optymistą, o ile sądzi, że może uczynić ludzi gorszymi”.

Ustami wyimaginowanego perskiego doży, erudyta Monteskiusz wyraża złudne przekonanie, iż rzeczy same w sobie nie przejawiają konkretnej właściwości etycznej. Nie są tym samym zdefiniowane moralnie, a ich wyłącznymi sędziami winny stać się zmysły. Wiedzie stąd ledwie krok ku anarchii. Materia oddziałując niejednorodnie na świadomość, wzbudza zbyt wielki wachlarz pojęć i bezpowrotnie zwodzi zmysły. Rozochocone i ułomne pragną wówczas rozstrzygać wedle woli i „odróżniać na swój użytek rzeczy czyste od nieczystych”.

William Hogarth: Cruelty in Perfection

William Hogarth: Cruelty in Perfection

Czyż nie obala to pewnych granic i „podstaw prawa spisanego ręką aniołów”?

Nie dość na tym. Ów skandaliczny kazuista śmie twierdzić, że „nie uczynek stanowi o zbrodni, ale świadomość”. Usiłuje tym jawnie rozgrzeszyć sprawców nie pojmujących wagi zbrodni, twierdząc ni mniej ni więcej, iż ich sumienie jest spokojne. Wikła się w gąszczu niejasnych pobudek, legalistycznych wahań, paradoksalnych tonów dobra, którego – o zgrozo – złoczyńcy owi „nie mają, uznając je za dobre”.

Makiaweliczna to szarada. Zaprawdę ludzki duch jest sprzecznością. W obłąkanej swawoli wznieca bunt przeciw wyższym nakazom. Gardzi prawem, które „stworzone, aby nas czynić sprawiedliwszymi, służy często na to, aby mnożyć liczbę występków”.

Czy rebelianci roku 1968, ci marzyciele na barykadach złudzeń, nie nazbyt chętnie kwerendowali Monteskiusza?

William Hogarth: The South Sea Scheme

William Hogarth: The South Sea Scheme

* * *

Profani, którzy nie wchodzicie nigdy w tajemnice Przedwiecznego, wiedza wasza podobna jest do ciemnej otchłani, sądy wasze są jak pył wznoszący się spod nóg w pełne południe, w upalny miesiąc”.

Ten passus zaś fantastycznie przekonuje. Definiuje on casus dociekliwego ćwierćinteligenta, nieustannie formułującego pytania, które wielekroć stawiano Chrystusowi. Tak jak gdyby On nie pozostawił źródła znaków, czystego zdroju, wody żywej. Jakby nie zabłysnęli doktorzy rozwiązujący niejasności i rozsupłujący sprawy tej ziemi.

William Hogarth: Święto wyborcze

William Hogarth: Święto wyborcze

Nieszczęśnicy z kart Monteskiusza, nigdy z pewnością nie spoglądali jasno w niebo, czczą jeno odbicia, nie śmiejąc ani za nimi podążyć ani im oddać się bez umiaru. Spętani duszącym fetorem gruntu, kulminują w potędze stricte doczesnej, nie sięgając najmarniejszego stadium myśli wyznaczonych wybrańców Boga. Ich czcza jałowość jest „błyskawicą, która zwiastuje burzę i ciemności”; dawno już osunęli się na mieliznę „pośród nawałnicy, miotani wolą wiatrów”. Tam zaspokajają swoją niewiedzę opowiastkami o świętych cudach i przyznają błądzącym niewdzięczne miano heretyka.

Lecz, cóż za niekonsekwencja! „To, co ci objawiono, to tylko cząstka boskiego księgozbioru; a ci, którzy jak my za życia jeszcze zdołali bardziej się ku nim zbliżyć, również grzęzną w ciemnościach i mroku ”.

* * *

William Hogarth: Beer Street

William Hogarth: Beer Street

Czy to nie zaskakujące, że ów salonowy mentor fircyków i ekspert buduarów dotknął niejednokrotnie istoty bytu? ”Jesteśmy tak ślepi, że nie wiemy, kiedy się martwić, a kiedy cieszyć – stwierdza analizując wyższość śmierci – oddajemy się prawie zawsze fałszywym radościom i smutkom”.

Trafnie rzeczone zręczny mistrzu! A przecież efemeryczne szkoły i ich przemyślne bożyszcza, profesorowie sztuk i nauk, niezmordowanie uczą tego, czego w istocie nie umieją. I jest to talent nieostatni, „o ile bowiem niewiele trzeba sprytu, aby uczyć tego, co się umie, o tyle trzeba go niesłychanie dużo, aby udzielać tego, o czym się nie ma pojęcia” .

Tak, znać w tym kunszt oprawców Boga, którzy pełzają po tym skarlałym pyle świata, jaki się zowie naszą Ziemią, widząc się wzorem dla Opatrzności. Jest li to szaleństwo, czy tylko nędza bezwiedna? Pyszna inkompetencja czy nieprzejrzane zapomnienie? Poklask próżnej miernoty czy poufała fobia prawdy?

William Hogarth: W szpitalu dla obłąkanych

William Hogarth: W szpitalu dla obłąkanych

Istotnie, ludzkość jest nieszczęśliwa. Dryfuje chwiejnie „między fałszywą nadzieją a śmieszną obawą; miast wspierać się na rozumie, czyni sobie potwory, które ją przerażają, albo chimery, które ją mamią”.

* * *

Analizując właściwości ludzi uważających się za bywałych, autor Listów perskich nie może przejść do porządku dziennego nad oczywistością, iż nie potrafią oni znieść ani uznania ani słów krytyki. „Jeżeli chcemy ich w czym poprawiać, uważają to za śmieszne – roztrząsa – jeśli im przychwalamy, uważają nas za ludzi bez godności”.

William Hogarth: Cruelty

William Hogarth: Cruelty I

W istocie nic nie jest tak upokarzające jak świadomość, iż się zgorszyło zwyrodnialca. Wymaga to przyjęcia postawy wieloznacznej, utrzymywania w niepewności, niewyraźnego sączenia sądów. Standardowa zręczność tu nie wystarczy; trzeba postawić na jedną kartę, pognać na oślep, uchwycić w próżni jakąś teorię i „wedle uzyskanego powodzenia iść dalej lub cofnąć się”. Tacy bez trudu posiądą sukces.

O jak wyśmienite jest prawo gry pozorów, „ta sztuka u nas tak rozpowszechniona i konieczna”!

* * *

Ludzie zajmują się tu wiele nauką, ale nie wiem, czy uczoność dużo zyskuje na tym”.

William Hogarth: Poranek u księżnej

William Hogarth: Poranek u księżnej

Szarlatan, który wątpi o wszystkim jako filozof, nie zdobędzie się na odwagę przeczenia będąc ekonomistą. Mimo, iż pełen wewnętrznych sprzeczności, zawsze rad z siebie, byle przyznać mu słuszność. Jego chorobą jest chęć przypodobania się rzeszom, przykrótki dowcip dozowany teatralnym półgłosem, konstruowanie poradników, w których utrwala swoje głupstwo. Pragnie mu nadać nieśmiertelność, zatrzymać w czasie, udręczyć tych, co z nim przestają; gorzej: obmierznąć przyszłym adresatom. „Chce, aby głupota jego święciła triumf nad zapomnieniem, w którym mógłby spocząć spokojnie”, żąda, aby potomność nie pominęła faktu, iż egzystował efektywnie. Po prostu przyjęła do wiadomości, iż był kuglarzem.

* * *

William Hogarth: Zestresowany poeta

William Hogarth: Zestresowany poeta

Madrygalista i stylista Monteskiusz z ostentacyjną manią aspiranta, kontestuje epigonów wszelakiej konfesji: „Nie ma autorów, którymi bym więcej nie pogardzał, niż kompilatorami” – prawi. No to doprawdy wpadłem z kretesem! Moja niewiarygodna miernota zezwala bodaj na ustawiczne węszenie w śmietniku, zbieranie strzępów cudzych doznań, aby je składnie „wcielać we własne, niby darń w trawniku”.

Prawdopodobnie kwalifikuję się na zecera składającego wiernie czcionki; zestawione pospołu tworzą wszak dzieło, którego użyczyli inni. A może pragnąłbym perfidnie, by uwzględniano oryginał? By wydobyto go z ciemnych meandrów arki, udostępniono innym oczom?

Lecz na cóż zdadzą się te fatygi? Gdy tuż za miedzą butnie wzrasta nowy wspaniały świat; tytan postmodernizmu szturmujący archiwa i   przekładający „na dół książki, które były na górze, a na górę te, które były na dole”.

William Hogarth: Elekcja posła

William Hogarth: Elekcja posła

A zresztą, „gdy ktoś nie ma nic do powiedzenia, czemuż nie siedzi cicho?” W końcu te kwestie nikogo nie zajmują, toteż na próżno podsycam skupienie na czymś, co dla ogółu nie jest intrygujące. Winno się mówić jak najmniej, by nie pozostać uciążliwym. Czyż nie to właśnie jest celem społecznym, ta czerstwa wola zrzucenia nadmiaru pustej wiedzy? Zdania się tylko na księgi żywe, wątpliwych świadków, którzy „nie mają innej funkcji, jak gadać tylko bez ustanku” i celebrują bezwiedne misteria oszustwa. Zbiorowe akty uwodzenia słowem.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 11 Maj 2012 at 9:59  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/05/11/monteskiusz-listy-perskie-i/trackback/

%d bloggers like this: