Dialogi z Lipską. Krwistość pomarańczy

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Czytając Lipską nieuchronnie unoszę w sobie wrażenie niespokojnego kołysania wypłowiałą „Jedynką” barwy indygo, sunącą ze zgrzytem rdzy w kierunku Nowej Huty. „Trzymam w garści ten krajobraz / przez który jadę tramwajem”; przywołuję go nader często i próbuję napawać się chwilą sennego stukotu martwych kół. Spowite mrokiem sadyby migocą w piskliwych rozjazdach szyn. Listopadowy chłód cichcem wdziera się przez niedomknięty parawan szyb, a na tramwajowej pętli postarzałe junaczki z impetem szturmują starczy pojazd. Dźwięk dzwonka, syk wiatru, nieokrzesany szczęk zatopionej w szarościach chwili. Błagalny jęk hamulców. Jest rok 1987. Uśmiecham się z wątłym znużeniem. Życie, starość i śmierć są dla mnie jeszcze żartem.

* * *

Elias Canetti: “Jak chętnie znalazłby się w świecie, w którym jego nie ma”.

I ja pragnąłbym zamieszkać gdzie indziej, „spotykać się z tymi, którzy nie przychodzą na świat”. Nie podejrzewam jednak, aby miały to być ręcznie dziergane miasteczka, w których nie czeka mnie nikła samotność, a przemijanie bez zachwytu. Upiorna złudność miejsca bez wielu tomów w bibliotece.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Nie mogę zgodzić się na tak straszliwą wizję Boga, który „nie zdążył, ale widział. Widział i pamięta”. Z Jego rażącą bezradnością. Jest to optyka względna i bezgranicznie bezwyjściowa. Nie pragnę, aby wiarę postrzegać w kontekście „przemysłu na wielką skalę”, sytego raju na ziemi „dla pośredników”, ersatzu przepowiedni i taksowania tkliwych uczuć. Bóg nie wypłaca z automatu zła; ono się rodzi w ludzkich zmorach.

I za przejęzyczenie uznaję wzmiankę o religijnej psychodramie. W pozostałych ustępach jesteśmy dotkliwie zgodni.

* * *

Samotny w ważkich bataliach, nie pragnę opuszczać schronu, i chociaż jego kruszejący mur niczego nie gwarantuje, czaję się tuż obok wyjścia, „warcząc na cały ten świat”.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Oni twierdzą, że to jest realne życie

Ja mniemam, iż to surogat.

I jeszcze mylą spróchnienie serca

Z krwi roztargnionym obiegiem.

* * *

Niepodejrzliwy i nie zaintrygowany biegiem myśli metal, znowuż nie stwierdził cienia ironii w zrzędzącej rdzą wypowiedzi. Podczas kontroli automatyzacji życia po raz kolejny cierpliwie zaakceptował moją inność.

Ale cóż może pojąć martwa maszyna o łamigłówce tego bytu, który chronicznie zajmuje bezwstydne serce? Przecież, „na ekranie skanera to zaledwie plama po prawej stronie”.

* * *

Czy warto zniknąć z powierzchni tchnienia dla kilku uwag, którym nie dowierza śmierć? Czy warto przegapić los, co prosi?

* * *

W razie „nagłego ataku życia”, intensywna terapia byłaby w zupełności nie na miejscu.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Mój testament:

Co po mnie odziedziczą?

Lęk, zająknienie i bezradność

Majątek przeżyć niestrawionych

Rozwlekłość godzin

Suchość dni

Los utracony na daremno

Korowód pragnień nieproszonych.

Smutek dzieciństwa popisującego się

Pospiesznie wyciętą reprodukcją

Kolekcją znaczków i pocztówek

Które skatalogowano wczesnym rankiem.

Powłokę nieprześnionych nocy

Podarowanych od niechcenia.

Prawo upartej mniejszości

Kołyszące się z wiatrem zmierzchu

W górę i w dół.

Wzgardę dla byle jakich rozmów

Zatkane uszy chwilą

Kiedy prawi przeciętność

Rozdyma chrapy mierność

Ryczy tandeta tego świata:

Głośniej, i głośniej, i coraz głośniej

Aż martwa cisza uderzy

W swój podniosły ton”.

Ciche wołanie o miłość

Skomlenie etosu w kącie

Współczucie nudzie samotności

Otchłani gniewu i jazgotu.

Pamięć wypadów nazbyt rzadkich

Odciski palców usta suche

Chwile gruchania przyczajone

Wilgotność oczu drżące dłonie.

Nieprzypadkowość wątłych doznań

Pustkę istnienia rozżarzoną

Szept namiętności w ciszy zimy

Życie co znaku życia

Nie daje.

Łagodny moment nieuwagi

Grę słów na ścieżce zarośniętej

Nie rozstrzygniętą

Przez dogrywkę.

* * *

Jan Tarasin, Wyścig pokoju

Jan Tarasin, Wyścig pokoju

Drzazga zanurzona w pamięć nie pozwala się rączo wyjąć. Jakże trudno opisać jej twardość. I uporczywość bez wytchnienia.

* * *

Od czasu kiedy spędzam święta samotnie, nie przeraża mnie liturgia grudniowych zakupów. Subtelnie drwię z bełkotliwej histerii tłoku, fanatyzmu choinek, litanii wigilijnych zaklęć. Nadwagi mojej przestrzeni nie wypełniają elektryczne gwiazdy, pulchne anioły, karykatury błogosławionych świętych. Wieczorowe ubrania suną wytrwale z dala a żarliwe afisze cudów podrygują spazmatycznie na szronie. Pod „krótkotrwałą tkaniną nieba” rozwiera się dawno niezagospodarowana przestrzeń dla Niego.

* * *

Faktów z tamtego świata nie można odtworzyć z całą ich oczywistością.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Pech tego dnia polega na braku najlitościwszej woli słuchania uwag. Drzwi nieodmiennie burczą z trzaskiem. Zniecierpliwiona miłość wypluwa resztki nocnego jadu. Duchowy ojciec wzgardza niewyszukaną kusą jutrznią. Rozdygotany wiersz Petrarki trąca kłykciami uniesionymi w górę. A jesienną nocą ślizga się po ścianie rutynowa zmartwiała samotność.

Pech tego dnia jest pechem dnia każdego. Nieustającym alarmem duszy.

* * *

Ewa Lipska: „Nierdzewne życie składa się jak nóż”.

Pewnego dnia, tuż przy oknie wygaśnie nagle mój Live Update. Nieliczni członkowie rodu nie będą w stanie odświeżyć jego przeterminowanego i złamanego kodu. Zamarznie pamięć, zastygnie czas. Nikt już nie sięgnie po okulary z „nieuleczalną wadą wzroku”. Sfatygowana nocna lampka z wynajętego w niszy locum, stanie się wówczas moją gwiazdą. Cóż za niespodziewany awans!

* * *

Jan Tarasin, Plaża

Jan Tarasin, Plaża

Wolność definitywnie osiągnęła status awarii budowlanej. Kwalifikuje się do rozbiórki. Natychmiastowej.

* * *

Moja bezludnie retoryczna wyspa nie chce rozstawać się z samotnością. Zamieszkujący ją Robinson uczy się wprawdzie języków obcych i usiłuje łagodnie rozmawiać z człowiekiem. Z pewnością nigdy nie zechce pojąć tłumu.

* * *

Współczesna sława została skazana na dożywocie. Jednomyślnie. Apelacji nie przewidziano.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Strach jest po prostu inną odmianą wolności.

* * *

Credo udręczonego agnostyka: „Niewierzące sanki grają na zwłokę na niewinnym śniegu”.

* * *

Ostatni krzyk mody: „Zapalenie płuc owinięte szalem trawy”. Teraz nawet trawa wyblakła. Przybrała barwę siana.

* * *

Krajobraz zdewastowany gospodarką planową: „W miejscu Edenu stoi miasto. Pasie się blokowisko na kamiennych łąkach”. Czy taki pejzaż można zwrócić?

* * *

Z okien moich lektur nie wypadają nagie liście. Nie nawykłem do niszczenia ich stronnic.

* * *

Według wszelkiego prawdopodobieństwa pozostawię mój design niezmieniony, w związku z czym instytucja domowego lustra utraci w pełni swoją ważność. Któregoś dnia odmówi ono odbijania mego przeterminowanego logo o nie dającej się wyretuszować apatii. W perfidnej nieobecności telewizora, nie uwiodą mnie „elegantki z innego wymiaru” i nie dosięgnie zemsta zapamiętałych w tanie galaktyk. Nie zaplączę się w kabel newsów wywołujących drobne spięcie. Ich wściekłość dopomina się na próżno.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Świadkowie historii z pobliskiej frytkarni” ograniczają się do śledzenia jej skąpych drgawek na błyszczącym schludnością ekranie. W przerwach pomiędzy fazami niepiśmiennego snu.

* * *

Elfy sztuk wyzwolonych zgasły po rozpaczliwej batalii z jazgotem techno. Ich dumny wódz, Ryszard Wagner nie zdołał zagłuszyć przeważających sił wroga brawurową kawalkadą Walkirii. Daremnie silił się na tętent piekielnych gromów sekundujących rycerzowi Tannhäuser. Diabeł okazał się bardziej rzutki. Bezczelnie kroczy z duchem czasu.

Przez ziemską galerię przetacza się >Wóz z sianem< Hieronima Boscha”. Rzęzi lakierem i wzdycha spalinami. Bezrefleksyjnymi.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Elias Canetti: “Oto kraj, w którym nikt nie odwagi spojrzeć w niebo. Każdy, kto wychodzi na dwór, idzie ze spuszczoną głową”.

Mój kraj nie pragnie się wyprowadzić

I nie wyjedzie

Nawet na chwilę.

Nie pozostanie alochtonem

Pragnącym mówić o powrocie.

O świadomości bycia

W sobie

O przemyśleniu własnej roli

Potencjalności

Jej bezbłędnego

Wzięcia w locie.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Z dnia na dzień doskwiera mi

Nadmiar ludzkości.

Popychany, trącany i poddawany

Przenikliwości lustracji

Ramion uszu i warg

Kołyszę się na wietrze.

Arlekin z isola desolata

Trwający w schronisku

Dla umierających słów.

Systematycznie ubogi

Prawdę mówiąc: bankrut

Odkładający życie

Na przedostatnią chwilę.

Nie potrafiący wyłonić

mniejszości z krzyku większości

Nieuleczalny.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Wieczorem

Z zimną krwią

Pozbawiam życia telefon.

Bez skrupułów domykam

Szczelność drzwi.

Jeżeli zapuka śmierć

Wsunie się chyłkiem na gapę

Bez inwitacji zbędnej zwłoki.

Naruszy moją

Niedbałą samotność.

Dotknie mnie zwiędłym pocałunkiem

Zakłóci seans Leçons de ténèbres.

Skutecznie zaszczepi

Przeciw utopii.

* * *

Jan Tarasin, ---

Jan Tarasin, —

Życie dogasa zgrzebną

Pętlą wokół szyi

Z wolna butwieje

Sfatygowanym odzieniem.

Ledwie wiąże koniec

Z końcem.

Marudzi krokiem

Potykającym się

Na równym bruku.

Zdławiony całun bólu

Szczelnie otula szary świt.

Tchnienie pogardy i zwątpienia

Przykuwa topniejący czas

Do masywnego łańcucha

Strachu.

Dlaczego

Waham się śmiertelnie

Uparcie wierząc złudnej chwili

Kiedy „jest jeszcze

Za wcześnie na krzyk,

Ale za późno na

Zatrzymanie języka”?

© Andrzej Osiński

Reprodukcje z Internetu

Reklamy
Published in: on 30 Maj 2012 at 10:51  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/05/30/dialogi-z-lipska-krwistosc-pomaranczy/trackback/

%d blogerów lubi to: