Faryzeuszka. Une sombre rêverie

John William Waterhouse: Circe Invidiosa

John William Waterhouse: Circe Invidiosa

Paul Claudel: „ Nienawidzić kogoś jako istniejącego, to chcieć, żeby nie istniał, jeśli to możliwe”.

I.

Mimo rozleniwiającego ciepła pełznącego z zastygłych w kurzu kaloryferów, w ciszę tego przedwiosennego popołudnia, wtargnęła ona, wtłoczona w wysoko posadowiony sweter, i tkwiła tam z zasznurowanymi ustami i posągowym płaszczyku, osłaniającym jej rubensowskie kształty.

Nad jej rozległą twarzą o szerokich matowych policzkach, opadały obficie włosy. Oczy nieokreślonej barwy, nieruchome i taksujące egzystencję z apodyktycznym pragnieniem położenia jej tamy, towarzyszyły uśmiechniętym, i przez to tworzącym niejaki dystans ustom, odsłaniającym zgrabnie perlące się zęby.

Wydatnie rozlewający się podbródek, nadawał jej obliczu wyraz pewnego majestatu i starszeństwa, który dodatkowo podkreślały dumne osadzenie głowy, chód staccato, i nieznoszący sprzeciwu głos, przeznaczony do niewątpliwego przewodzenia.

Zrazu mężnie walczyłem przeciw pokusie łatwowiernego powierzenia jej mych tajemnic, lecz nie żywiłem żadnych złudzeń, iż któregoś dnia ulegnę bez reszty; poddam się temu krzyżowemu szykowi pytań, rozwijanemu metodycznie na kształt przemyślnej tyraliery.

II.

John William Waterhouse: Ulisses i syreny

John William Waterhouse: Ulisses i syreny

Egzaminowała mnie skrupulatnie, pragnąc znać wszystkie odpowiedzi, i z jakiegoś niepojętego obowiązku, który nigdy nie został zaniedbany, we wszystkich okolicznościach i w licznych sytuacjach życia, nie zawahała się przez chwilę, jakich słów winna użyć lub jaką przyjąć postawę.

Wyobrażam sobie, iż odczuwała rozkosz absolutną, owo poczucie wszechwiedzy, będące przymiotem Boga; wgląd w przeznaczenie drugiej istoty, która ma prawo sądzić, iż dopiero odsłania przed nią swój los. I czuła w sobie moc, aby to przeznaczenie nagiąć w obranym przez siebie kierunku. Gdyż ani na chwilę nie przejawiała wątpliwości w swoją totalną władzę nad mym sumieniem, a potwierdzenie swej pewności otrzymywała niejako natychmiast.

John William Waterhouse: Syrena

John William Waterhouse: Syrena

Umiejętnie przeprowadziwszy przez wszystkie meandry uczuć, od zaufania po zatrwożenie, mogła bez najmniejszego trudu zapewniać, iż jej także udzieliło się coś z mojego zalęknienia, i tak zepchnąwszy mnie w otchłań bólu, zadowalała się wydobyciem mnie z niej, okazując swoją łaskawość. Kiedy oczami duszy rozeznała, iż stoczyłem się na dno udręki, z zapewnieniem o swojej empatii, godziła się wyciągnąć dłoń i tchnąć w mój zezwłok nieco nadziei.

O, lepiej mi było wyrzec się tej pobłażliwości, niż czuć to ściśnięcie gardła, ten ból, na który nie przewidziano lekarstwa! Gdybym był w stanie przeniknąć to serce, wedrzeć się siłą w jego myśli, do tych zamierzeń, związanych wrogimi mi spiskami!

Powraca do mnie falami, nie dająca się wyrazić męka tego jesiennego poranka, kiedy nad brzegiem strumienia, oparty o zanurzone w wilgoci drzewo, nie pojmowałem jeszcze, że istnieją cierpienia, z jakimi nie wolno się zdradzać. Wtedy przez racjonalizację ukryłem pobieżnie mój strach, mój rozszalały zawód, który malował się na mej twarzy, i której łapiąc łapczywie powietrze, pragnąłem nadać wyraz obojętny. A ona śmiała się.

John William Waterhouse: Najada

John William Waterhouse: Najada

Przypuszczam, iż dla niej nie istniałem; wątpię by ktoś kiedykolwiek istniał, byłem jakąś częścią sztafażu, jakiejś nicości, bez znaczenia. Jej duże, mroczne oblicze powinno mnie było przejąć trwogą. Nie pojmuję, dlaczego tak się nie stało.

III.

George Bernard Shaw: „Życie domowe, tak jak je rozumiemy, nie jest ani trochę bardziej właściwe naszej naturze niż klatka naturze kakadu”.

Nigdy nie przypuszczałem, że mógłbym wieść życie bez tej kobiety. Byłem jej pewnym więźniem, podobny osadzonemu w martwej twierdzy, który zadręcza się myślą, iż otaczają go przepaście. Przylgnąłem do niej jak chory ulegający napadom, który kurczowo trzyma się pielęgniarza.

John William Waterhouse: Narcyz i Echo

John William Waterhouse: Narcyz i Echo

Godziny trawione na pogawędkach, dnie rozmienione na tysiąc bezużytecznych zajęć, praca, w trakcie której należało załatwić błahostki – kroiły dla mnie pas ratunkowy, podtrzymujący na grząskiej powierzchni życia.

Podczas tych lat, znajoma twarz z początku uspokajała nocą. Była towarzystwem, którego ociężały oddech dawał gwarancję zapadnięcia w sen.

IV.

John William Waterhouse: Tristan i Izolda

John William Waterhouse: Tristan i Izolda

George Bernard Shaw: „Największą rozkoszą kobiety jest móc obrazić miłość własną mężczyzny, a największą rozkoszą mężczyzny jest zadowolenie miłości kobiety”.

Mimo, iż przez jakiś czas uważała mnie za dobrego człowieka: nieco przeintelektualizowanego, lecz naiwnego i pozbawionego wiedzy życia, chętnie zarzucała mi niewłaściwy sąd o rzeczach. Miała mnie przeto na oku, mniemając, iż jej najświętszym obowiązkiem jest poddawanie mnie kontroli.

Nigdy nie pozwalała przyjść do słowa. Przekonywała, iż została zraniona, jednak jest skłonna darować wyrządzoną jej obrazę. Był to niezmienny i niepodważalny argument: pewnik, jakim operowała w chwilach wygodnych i niewygodnych, kiedy usiłowałem perorować, iż nie ma słuszności.

Zawsze odległa od uznania swej winy i uderzenia się mocno w piersi, posuwała się do osobliwej apoteozy, twierdząc, iż krzywda i oszczerstwo, jakich doświadcza z mojej strony, są depozytem jej dobroci. Krzyżowała nieskazitelnie ręce, z pozoru bezstronna i nietykalna, „na zapas usprawiedliwiona przez Bogiem i Jego aniołami” (F. Mauriac).

John William Waterhouse: Pieśń wiosenna

John William Waterhouse: Pieśń wiosenna

Dodawała w ten sposób kolejne oczko do utkanego przez siebie całunu, złożonego z samych doskonałości i zasług, w który demonstracyjnie się spowijała, i nad którego ukończeniem nie ustawała w twórczym znoju. Ta niewzruszona poza wyprowadzała z równowagi i przywodziła do kierowania pod jej adresem ostrych słów, do pozwolenia sobie na to, aby mnie zwyciężyła wściekłość, aby mnie zwiodły słabe zmysły.

Ona także i to potrafiła obrócić na swoją korzyść, okazując wzgardliwy pokój sumienia i wpędzając w poczucie małości. Zaiste, cóż by się ze mną bez niej stało? Jakże żałośnie wyglądałaby wówczas moja sprawa! – tłumaczyła. Wystarczyło słowo, abym bez końca pławił się w pokorze. Im bardziej usiłowała przekonać o swojej wszechmocy, im natrętniej zalecała pozostać na podległych jej stanowiskach, tym usilniej usuwałem się w cień, z tym większym strachem starałem się zniknąć zupełnie. Po prostu przestać istnieć.

John William Waterhouse: Zaklinaczka

John William Waterhouse: Zaklinaczka

Uświadomiłem sobie, iż nienawidziła ludzi szczęśliwych. Okazywała naburmuszenie, kiedy nie wyglądałem na zgnębionego.

V.

Ta zadziwiająca istota okazała się fenomenem manipulacji i zakłamania. Każda możliwość dokonania zła, sama potencja złego czynu, jaką nosimy zawsze w sobie, uchodziły w jej bystrych oczach za zło już dokonane, i jako takie wymagające osądu i kary. Zawziętość, z jaką ta wszechwiedząca kobieta osądzała i potępiała czyny bliźnich, była niewiarygodna. Lecz jeśli kiedykolwiek miałyby one „obrócić się przeciw niej samej – o, jakże cierpiałaby wtedy” (F. Mauriac).

Nasze spotkania, kończące się reprymendą, stanowiły długie, złowrogie monologi, przerywane jadowitszymi wybuchami. Przybierałem w nich ton natrętny i błagalny, żebrząc o litość, podczas gdy w jej głosie brzmiały akcenty upartej odmowy i przeczenia. Z czasem nauczyła się przemawiać tylko ona, „tonem władcy dyktującego prawo komuś stojącemu niżej, ujarzmionemu i zmuszonemu do milczenia” (F. Mauriac).

John William Waterhouse: Przebudzenie

John William Waterhouse: Przebudzenie

Podrażniona moimi łzami, dawała z łatwością się ponieść jednemu z nieprzeliczonych ataków złości, jakich nie starała się opanować, i które w jej oczach, uchodziły za przejaw prawości i rozsądku. W chwilach tych podnosiła głos aż do granicy jego rejestru, a przez zaciśnięte gniewem usta, wydobywały się słowa pełne niepowstrzymanej wściekłości.

Takimi to konceptami usprawiedliwiała radość, której smakiem rozkoszowała się już naprzód. Rozumowała nader logicznie, trzymając się wiernie raz obranej drogi; nie postąpiła na niej kroku, bez umotywowania go ważną racją. Niekiedy zdawało się, iż ogarnia ją niepokój, tłumiony bez większego trudu, że mimochodem zbacza z wytyczonej ścieżki, błądząc i gubiąc się w gąszczu pobudek, do których nie potrafiła się przed sobą przyznać.

John William Waterhouse: Lady z Shalott

John William Waterhouse: Lady z Shalott

Być może będzie kiedyś świadkiem dnia, w którym dopuszczone przez nią czyny, odbiorą jej raz na zawsze kruchy spokój i ukażą swe nieoczekiwane a straszliwe oblicze. Zanim to nastąpi, cierpiałem bezgranicznie, i nie oczekuję, że „przyjdzie na tę kobietę objawienie miłości bliźniego, której zdawała się służyć, a której nie znała wcale” (F. Mauriac).

VI.

Franz Kafka: „Chciano mnie zrzucić bez specjalnego powodu, może dlatego, że uważano mnie za zbytecznego, a przecież nie znano jeszcze nawet moich listów i odpowiedzi”.

Z bezwzględną świadomością walczyła o to, i z całą stanowczością broniła raz zdobytego terenu przed wątpliwościami, skądkolwiek by pochodziły. Nie przyjmowała do wiadomości faktu, że człowiek w miarę torowania sobie drogi ku świętości, odkrywa stopniowo własną nędzę i nicość, przypisując te nieliczne prawe odruchy, do których został natchniony, wyłącznie Bogu.

John William Waterhouse: Dante i Beatrycze

John William Waterhouse: Dante i Beatrycze

Postępowała w kierunku odwrotnym, z każdym dniem umacniając się w prawie do słuszności, i odnajdując się godną wielbienia. Ta wyniosła dusza poczytywała sobie za chlubę własną pychę, nie zdając sobie sprawy, iż nigdy nie odczuwała nic, co byłoby podobne do miłości; nigdy nie wyrażała sądu w innym celu jak po to, by potwierdzić jego nieomylność.

Nie usiłowała zrozumieć mojego stanowiska, uchwycić myśl, ale zagarniała z niej to, co uznała za stosowne, aby mi później zaszkodzić, albo i zgubić w razie potrzeby.

Arthur Hacker: Kuszenie Parsifala

Arthur Hacker: Kuszenie Parsifala

Czas ujawnił, iż należałem do tego niepośledniego rodzaju mężczyzn, których „obezwładnia sam nadmiar ich miłości” (F. Mauriac). Stan ów jest bezprzykładną męczarnią, kiedy namiętność jest jednostronną, i gdy tej szamotaninie, druga ze stron przypatruje się jawnie wzgardliwie albo drwiąco.

Czy kiedykolwiek mnie kochała? Niegdyś żywiłem przekonanie, iż w młodzieńcu, jakim byłem, pielęgnowała starannie pewien obraz sporządzony na użytek innych. Może jednak darzyła mnie całym przywiązaniem, do którego była zdolna, i w jakimś sensie poruszyłem w niej ten najbardziej ukryty odruch uczuć, jaki istnieje nawet w ludziach najbardziej ubogich w miłość.

VII.

Simone Weil : „Każdy, kto był nieszczęśliwy dostatecznie długo, staje się współwinowajcą swojego nieszczęścia. Ta zależność przeszkadza każdemu wysiłkowi, jaki człowiek nieszczęśliwy mógłby podjąć, by poprawić swój los. Przeszkadza mu nawet w szukaniu środków do własnego wyzwolenia, a w końcu przeszkadza mu nawet, by w ogóle swego wyzwolenia pragnął”.

John William Waterhouse: Ofelia

John William Waterhouse: Ofelia

Ów styl współżycia między ludźmi, który polega na bezgranicznym oddaniu, na sprawiedliwym rozrachunku i całkowitym zaufaniu do siebie; ten styl egzystowania zgodny z Łaską, był zgoła obcy światu, w jakim się znalazłem, i gdzie nie poznawałem dłużej siebie.

Zostałem porzucony i opuszczony przez człowieka, który dzierżył moje tajemnice, który wiedział o wszystkim, co wycierpiałem, i co doznałem z powodu bliskich. Wypędzono mnie z portu, „rzucając na łaskę prądu, przeciwko któremu już nigdy nie popłynę” (F. Mauriac).

John William Waterhouse: Diogenes

John William Waterhouse: Diogenes

Każdej nocy moje serce krwawiło. Bez ustanku mówiłem o krzyżu, sądząc, że bezgranicznie wypełniam nim rozmyślania, aż oto w najczarniejszej głębi samotności odkryłem, iż tego krzyża w istocie nie znam, i że go jeszcze nie podjąłem. Bo to nie krzyżem była owa wzgardzona i odrzucona miłość, nie była nim skłonność do cierpiętniczych przeżyć, upokorzenia i porażki, ale „rzeczywisty kloc drzewa, miażdżący zranione plecy (…) i sine blizny od dawnych razów bicza” (F. Mauriac).

Pragnąłem czegoś, co ułagodzi wyrzeczenie, co zniweluje wewnętrzne sprzeczności, co zapełni przepaście bólu, położy kres bezbrzeżnemu smutkowi bytu. Jednego czułego słowa, wybaczającego spojrzenia, jednej niewinnej pieszczoty.

Nie opuszczające mnie pragnienie śmierci przerażało mnie zrazu; zastanawiała umiejętność jej przywoływania w zatłoczonym pociągu, pośród świętującego tłumu, wśród oddających się używkom. Wszyscy oni celebrowali życie, spieszyli do jego wdzięcznych taktów, do interesów i miłości. Nurzali się w tej fizyczności, której ja nigdzie nie spostrzegałem, nie dotykałem, nie brałem w swoje ramiona.

John William Waterhouse: Nimfy i głowa Orfeusza

John William Waterhouse: Nimfy i głowa Orfeusza

Byłem pulsującym młodością mężczyzną, i od ludzi, do których dane mi było się zbliżyć, nie odróżniałem się istotnie. Tożsame nienasycenie głodnego serca, pragnącego przywiązać się, cierpieć i kochać bez ustanku. I tu oszukała mnie samotność, tym straszliwym brakiem odzewu. Ja nie istniałem, istniała tylko ona – ku której coś mnie porywało, dla której fatalnie traciłem życie.

Jakże często odczuwałem przemożne pragnienie zerwania ze wszystkim i oddalenia jej z mego życia, odprawienia na zawsze tej istoty, tak jak wyrzuca się zbędny balast za burtę statku! Jakże drżałem na myśl o tym istnieniu, tak nużącym koniecznością bezustannego potykania się i toczenia bojów o nic!

Nie odczuwałem już do niej przywiązania. Przypominała mi gęsty las, który pociągał i łudził różnorodnością rozkosznego skraju, lecz którego błotniste głębie i upiorne ostępy bagien, nakazywały zawrócenie z drogi.

VIII.

Franz Kafka: „Będzie to przedsmak owej kary piekielnej, polegającej na tym, że musi się raz jeszcze życie swoje przebiec wzrokiem poznania, przy czym najgorszą rzeczą nie jest przegląd naszych oczywistych zbrodni, tylko tych czynów, które kiedyś uważaliśmy za dobre”.

John William Waterhouse: Zaduma

John William Waterhouse: Zaduma

Pisząc, nie doznaję pożądanego oczyszczenia. Jest tak, ponieważ poruszam historię nie wymyśloną, bo „powieściopisarz instynktownie ucieka od tego rodzaju tematów, które budzą wstręt” (F. Mauriac). Ale świadomie zarzucam fikcję, aby się rzucić w wir istnienia, aby prześledzić ruchy tego bytu, prawdziwą nędzę ludzkich zmysłów.

Ujawniam w tych słowach jawną niemoc i zadziwiający brak miłosierdzia, które się stały moim działem. Renan spostrzegł, że „prawda jest może smutna”, lecz miał na myśli prawdę w płaszczyźnie filozoficznej. Tutaj, na ludzkich łez padole, prawda „nie tylko bywa smutna, ale zarazem komiczna i sromotna tak dalece, że wstydliwość powstrzymuje nas od jej wyrażenia” (F. Mauriac). Stąd też spowija ją szal milczenia; czyha lękliwie gdzieś w ukryciu, aż proces prawny albo plotka, wydobędą ją w całej jej ohydzie na światło dzienne. Wówczas zostanie poddana pod sąd.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 31 maja 2012 at 10:39  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/05/31/faryzeuszka-une-sombre-reverie/trackback/

%d blogerów lubi to: