Faulkner. Cichość zaścianka

William Faulkner

William Faulkner

Tomasz Mann: „Wiele chciałbym wyrazić w mojej sztuce, ale nie znam dostatecznie realiów, parę książek nie wystarcza, by zdobyć to, co potrzebne”.

Znajdowałem się myślą w rodzinnym mieście, chociaż na dobre jeszcze nie wyruszyłem w drogę. Nie widziałem tego zaścianka od roku i niecierpliwie wyglądałem wizyty, nie tylko ze względu na przyjemność przypomnienia sobie twarzy, które były czymś znacznie większym niźli poczucie ulgi; ale po prostu kontent, że już nie klęczę jęcząc z bólu, i że mogę poruszać się swobodnie, choć niezupełnie energicznie, w słońcu i na świeżym powietrzu, które „inni ludzie pili, w którym się poruszali i handlowali jeden z drugim” (W. Faulkner).

Moją przyjemność potęgował fakt, iż niezupełnie wyruszyłem w drogę, i w gruncie rzeczy nie istniało nic, co by mnie mogło zmusić do rozpoczęcia tej podróży, o ile sam tego nie zapragnąłem.

Thomas Cole: Widok na szczyt

Thomas Cole: Widok na szczyt

Nie znajdowałem się dojmująco slaby; kosztowałem tylko do woli ową świadomość bezustannego znużenia, w którym czas, niecierpliwość i pilne zamierzenia, jawiły się czystą abstrakcją, a narastające sekundy i minuty, jakich zdrowe ciało jest nieprzytomnym niewolnikiem, tak w dzień jak i w trakcie godzin nocnych, teraz zmieniły swoją funkcję. To czas był służącym ciała, żebrakiem jego przyjemności, wysuwającym zmurszałe dłonie i kierującym je ku ogniu.

Toteż siedziałem tak, osłabiony i nie podobny już do siebie, a mimo to wyglądający nie najgorzej, z zapadającą się w cień twarzą, chwilowo bladą i przejrzystą, jakby jaśniejszą i smuklejszą od tej codziennej; emanujący roztkliwieniem i niekłamaną powściągliwością, niczym jedna z tych cieplarnianych roślin pośród pierwszych porywów zimowego wiatru.

Thomas Cole: Il Penseroso

Thomas Cole: Il Penseroso

Tkwiłem tam, sącząc herbatę bez zapachu, odporny na poruszenia innych istot, i przemawiałem sam do siebie tym rozciągliwym, smętnym półgłosem, któremu trzeba czegoś znacznie więcej niż standardowa neuroza, aby go zmienić choć na jotę, i którego dźwięku zdawałem się sobie zgoła nie przypominać; tak obcy i spowolniony wydawał się mym myślom. A przecież jeszcze nawet nie wyruszyłem w podróż.

***

Nie należę do tego zewnętrznego i odległego świata, lecz raczej egzystuję w wypełnionej życiem pulsującej próżni, w której cierpliwe dnie i noce przebiegają bez znaczniejszego wytchnienia, jakby za dźwiękoszczelną szybą, spoza której zdaję się słuchać w męce i goryczy osaczające mnie odgłosy.

Thomas Cole: Łuk Nerona

Thomas Cole: Łuk Nerona

Objąłem w darze skłonność do melancholii i pretensji, chociaż to, co jest we mnie stałym, radosnym i zaaferowanym próżnowaniem, w rodzie było bezwzględne, nieporuszone i stateczne. Gdyby mi dano prawo wyboru, nie ruszałbym się z pewnością nigdy i nigdzie według własnej woli, chyba, że do i od stołu, oraz do i od łoża, nie wyglądając zbyt natrętnie spoza jego cielistych piernatów.

Mógłbym jeszcze przesiąść się na krzesło, nie żebym zaraz żądał, aby mnie niesiono, boć przemierzam ten ląd o własnych silach. Jest raczej tak, jak gdybym od najwcześniejszych lat dzieciństwa pojął, że nie ma takiego miejsca, do którego pragnąłbym się udać, żadnej ciekawszej drogi oferującej jakąś nowość; że każdy plac pod słońcem jest w istocie tym samym, jednakim i nieodmiennym. Nie różni się od drugiego szczególnie niczym.

***

Do późnych godzin nocy, zabłąkani przechodnie widzą słodkawy poblask lampy w moim nieodświeżonym oknie, w zakątku, w którym ślęczę nad książkami, jakie obdarzam nie tyle żywszą czułością, ile uważam, iż powinny zostać przejrzane i wchłonięte; wyciśnięte z tą gorliwością, z jaką poruszam się na nogach, „według uciekających sekund nieodwołalnego czasu” (W. Faulkner), nieubłaganie i zwycięsko.

Thomas Cole: Pejzaż

Thomas Cole: Pejzaż

Przyjmuję tę czynność z właściwą mi powagą i skupieniem, w tym samym duchu, w jakim się ona sama ofiaruje, a nawet uprzedzam jej godziny z jakąś poddaną samowystarczalnością, która nie jest właściwie ani dumą ani wyzwaniem.

***

Jest we mnie ta cecha, bez której żaden człowiek nie może być ani całkowicie odważny ani w zupełności przegrany: zdolność widzenia obu stron kryzysu, i wyobrażenie siebie już to zwyciężonego, już jako zwycięzcy. Zdolność sama w sobie nieodłączna od moich własnych porażek i triumfów.

***

Thomas Cole: Święty Jan na puszczy

Thomas Cole: Święty Jan na puszczy

Wiodę żywot średniowiecznego mnicha, w martwym pokoju pod wiaduktem, w małym wyjałowionym miejscu, które się stało mą Górą Oliwną, moim ogrodem Getsemani, i – wszystko na to wskazuje – moją Golgotą.

Jestem anachoretą i rekluzem przebrzmiałych czasów, atoli w pełni sił męskich. Skąpo ogrzana, wynajęta izba jest moja celą pustelniczą, twarde łoże – kamiennym posłaniem, na którym zlegam zlany potem w rozgwieżdżone lodowe noce; nędzny, skostniały i z zaciśniętymi zębami. A potem, kiedy świta dzień, i mogę zwlec się z mego barłogu i zjeść coś, czego smaku nawet nie czuję, wychodzę w przestrzeń i siadam na krześle, i czekam aż życie zbliży się do mych stóp.

***

Człowiek nie różni się zbyt wiele od muła. W gruncie rzeczy, ma odeń mniej rozsądku.

***

Thomas Cole: L'Allegro

Thomas Cole: L’Allegro

Odległość nie istnieje ani w przestrzeni ani w czasie; nie ma na mapie tak długiej drogi, która by nie toczyła się wewnątrz nas, w naszym zmęczeniu i znużeniu, mającym zdolność sygnalizować jej przebycie.

Zmierzamy nie do jakiegoś celu w przestrzeni, lecz intymnego miejsca w czasie, w kierunku naszej ostatniej przystani, ku wieczorowi, w którym południe i ranek stają się jednym i tym samym. Wszechobecna ręka Boga kształtuje nas nie w tym, co przyjdzie niemal natychmiast, co się wyłania zza zakrętu, wkrótce, ale w tym, co dzieje się tylko teraz, nieubłaganie i stanowczo.

***

Thomas Cole: Featherstonhaugh

Thomas Cole: Featherstonhaugh

Nie można uciec ani od przeszłości ani od przyszłości wyłącznie za pomocą przemieszczenia się na mapie. Geografia – jak widzi to Faulkner – jest „ubóstwem inwencji”, fatalistyczną i naiwną wiarą w zbawczą odległość człowieka, który nie może stworzyć sobie innego środka ucieczki.

Geografia jest darem ludzi wolnych, którego oni istotnie potrzebują, by móc oddychać bez udręki.

***

W trakcie mszy ujrzałem klęczących, ale z głową sztubacko podniesioną w górę, i z niezamkniętymi oczami pustelnika, pełnymi zimnej wściekłości.

***

Thomas Cole: Chrystus z aniołami na pustyni

Thomas Cole: Chrystus z aniołami na pustyni

Nie można pomóc ludziom. Rzadko są tego warci i zazwyczaj nie chcą w ogóle pomocy, tak jak nie pragną rady ani pracy. Ludzie chcą chleba oraz igrzysk – jednego i drugiego naturalnie za darmo.

***

Ogół sądzi, że błędem jest cierpliwe oczekiwanie zbawienia, które zrosi spragnioną ziemię deszczem, że trzeba stale być na nogach i szukać zbawienia, gdzie popadnie, dookoła, dopóki się go nie uchwyci, a potem jeszcze trzymać mocno, a nawet stoczyć o nie bitwę.

A jeśli nie mogą odnaleźć zbawienia, z pieśnią na ustach tworzą je sami i prą ku Bogu, aby uzyskać prawo trzymania zbawienia w swoich dłoniach, i nieoddania go nikomu.

***

Cały aspekt ludzkiej doli wypływa z tej bezustannej gadaniny, jaką się człowiek szczelnie otoczył i odgrodził od życia, uciekając od skutków własnej głupoty, które – w przeciwnym razie – mogłyby zmusić go do rozwiązania problemów tej doli, a nawet do uczynienia jej znośną.

***

Thomas Cole: Gelyna

Thomas Cole: Gelyna

Nie ma pełniejszego i doskonalszego poświęcenia się miłości aniżeli pokora: gruntowne wyrzeczenie się siebie, zwłaszcza za cenę tego, co ten szalony i materialistyczny świat, w swojej bezdennej ignorancji nazywa tchórzostwem i hańbą.

Faulkner: „Zawsze w skrytości ducha myślałem, że dawny męczennik chrześcijański lubił, może nawet kochał, swego tura czy swego lwa”.

***

Gdybyż nie istniał żaden dźwięk! Gdyby tylko wszystko toczyło się pośród ciszy! Najsroższe bestiarium wykreowane przez człowieka nie mogłoby go wówczas zranić: eksplozja, wrzaski, urąganie, głos.

***

Thomas Cole: Indiańska ofiara

Thomas Cole: Indiańska ofiara

Nigdy nie żądałem od ludzi sprawiedliwości; domagałem się od nich wyłącznie przyzwoitości. To było wszystko – nic dla mnie, ale też nic przeciwko mnie. Niczego więcej nie żądam, a jednak tego nigdy nie mam.

***

Być może Bóg nie zdąży na mnie położyć ręki we właściwym czasie. Więc trzeba się nauczyć ufać Bogu, nie licząc na Jego pomoc. A właściwie to powinienem wszystko tak urządzić, aby On mógł na mnie liczyć przez jakiś czas. Wówczas nie będzie musiał się rozdrabniać, aby być zawsze wszędzie naraz.

***

Thomas Cole: Portage Falls on the Genesee

Thomas Cole: Portage Falls on the Genesee

Tym, czego rzeczywiście potrzebuje świat, jest przebaczenie, i jeśli jest się obdarzonym wrażliwą i czynną gotowością przebaczania, to nie ma istotnego znaczenia, czy się kiedyś czegoś nauczyło i przyjęło do wiadomości, czy też nie.

***

Nie jest w istocie ważne, gdzie człowiek się znajduje i z chwilą, kiedy naprawdę uwierzył, iż nigdy więcej w życiu nie będzie mu potrzebny pieniądz, nie jest właściwie pośród żywych.

***

Tomasz Mann: „Te bardzo nieliterackie, bardzo proste i żywe przeżycia przekonały mnie o jednym: że istnieje we mnie jeszcze coś uczciwego, ciepłego i dobrego, nie sama ironia, że jeszcze nie wszystko we mnie spustoszyła, pozbawiła naturalności i zżarła przeklęta literatura!

Jest tam, przy małym wiejskim cmentarzu, lekko pofałdowane pasmo wzgórz, kiedy się minie płaską wioskę i wkrótce natrafia się na nie, pełznąc miękką, rozwlekłą polną drogą, która niedostrzegalnie wspina się w górę i łączy z szosą prowadzącą w świat.

Thomas Cole: Kaaterskill Falls

Thomas Cole: Kaaterskill Falls

Jeżeli z tego miejsca spojrzę za siebie, widzę u moich stóp piaszczystą ziemię moich przodków w dogasającym blasku dnia. Właśnie zaczyna wschodzić księżyc; gwiazdy rozbłyskujące na moich oczach sytuują się pomiędzy innymi, już płonącymi zimno i łagodnie. Ich liczba jest niezliczona, przechodząc wszelką możność rachunku; są nieskończone, lecz konkretne, tworząc sztafaż umowny, i statystując mu wytrwale.

Bezdźwięczny poszum zieloności, rozpostarty ku lesistemu zachodowi aż po horyzont nieboskłonu, nie opuszcza parującej gleby wraz ze zniżonym krwawym światłem, ale wsysany w głąb i w górę przez chłodną przestrzeń wieczoru, gromadzi się i rozpościera, i zatrzymuje na jakąś chwilę w tych rozoranych zagłębieniach, tak, że kurczące się w mroku pola, zdają się same promieniować i jeszcze tylko czarne kępy drzew samotnie sterczą w ultramarynie nocy, nieporuszone, nieugięte.

Thomas Cole: Valley of the Vaucluse

Thomas Cole: Valley of the Vaucluse

Potem, jeśli jest lato, jakby na dany sygnał, łagodnie zjawia się rój świetlików: migocące kruche światełka, rozdygotane i chaotyczne, które niczego nie żądają i nigdzie nie zmierzają, kłębiąc się w rozedrganiu łąki,; słodkie, niespójne i rozpaplane. A ja wśród tego tkwię samotny, rozpłomieniony i wyniosły, ujęty zgrzebnym chrzęstem świerszczy i spowijany opium sosen, zawilgoconych, nieuchwytnych. Stoję, usiłując podsumowywać moje życie; egzystencję dogasającą w roju tych zwinnych iskier.

Mam przed sobą na pierwszym planie rodzime sioło własnej matki, rozsiewające wątłe światło w zamierającej ciszy mroku. Gdzieś dalej rozpościera się filigranowe miasto, w którym przyszedłem na świat, spięte promienistymi drogami jak obręcz koła przymocowana szprychami do piasty; a ja od tego zawsze oderwany i wywyższony ponad miarę, ponad to biedne miejsce, w którym ujrzałem światło dzienne, nad owych mężczyzn i kobiety, którzy zrobili mnie tym, kim jestem. I patrzę na tę ojcowiznę, rozłożoną tutaj jak gdyby wyłącznie dla mnie, zanikającą w koncentrycznych kręgach nocy, jak w chimerycznych falach życia.

Thomas Cole: Lake with Dead Trees

Thomas Cole: Lake with Dead Trees

Tutaj spoczywa moja przeszłość, marząca śmiało bez koszmarów, śniąca namiętnie i nietykalnie, wolna od trwogi, klęsk i ambicji, nieznająca obawy, cierpienia, grzechu i wyrzeczeń, splątanych ze sobą bezładnie w jedną stalową, martwą sieć, nierozerwalną i wieczystą.

Tutaj, pod moimi stopami, są wszyscy, do których się przyznaję; leżą spiętrzeni w cienkich warstwach, jedni wzdłuż drugich, wymieszani. Ich trwałe kości rozproszyły się wśród sypkich miałów tej nieurodzajnej gleby; spłynęły ongiś z biegiem rzeki, wątłej, piaszczystej i ubogiej, w odległe kraje bez imienia.

Thomas Cole: Summer Twilight

Thomas Cole: Summer Twilight

Ta sama sucha, szara ziemia, przeobrażona w płytki parów, przymocowała ich dumne miana, zgasłe imiona i nazwiska tych nieszczęśliwych czy szczęśliwych ludzi, którzy zrobili karierę albo jej nie zrobili, którzy upojnie pracowali i bez wytchnienia się trudzili, a potem przemijali i odchodzili ze sceny życia, zacierały się i blakły ich twarze.

Tkwię tam bez ruchu, niemal starzec, z głową przedwcześnie siwiejącą, tak jak przedwczesny jest sam byt (stąd tak dolega i tak dręczy), tuż po czterdziestce, a więc jeszcze nie starzec, a z dołu dźwiga się lekko ku stopom, podpływa szmerem letnia noc, bezwiedna ciemność, która chociaż utkana jest z przędzy mroku, odpycha mroczność i jest snem, wyblakłą śmiercią, beznamiętną.

Oto na zachodzie znikło bezgłośne pasmo lasu, a liliowy firmament stał się jednym odsłoniętym i rozgwieżdżonym sklepieniem nieba, z wolna rozpraszającym resztki dnia, wypełniającym nagie stogi, marudzące w żółtości zarośla, pełznące w rozpadlinach pola. Słońce już zgasło bezpowrotnie, a jednak jakieś znikome, mgliste światło przetrwało w brzozowych witkach i leszczynach, bo w którą stronę zwrócę oczy, dostrzegam nikłe smukłe kształty, ożywiające tą bezlitosną panoramę, lekkie jak mowa kwiatu, rozpływające się w zarysie i zwracające cień promienia, jak mógłby płomień zwracać świecę.

Thomas Cole: Pilgrim Cross End

Thomas Cole: Pilgrim Cross End

A ja, starzec przedwczesny wiekiem, stoję tam, i ta bezduszna letnia noc z wolna podnosi się ku nozdrzom, ściśle osacza, nawet dławi, mrugając tysiącami oczu, zaludniona lecz niepojęta w swojej samotności, odosobniona lecz szczęśliwa, upojna szczęściem tych wszystkich wątłych istot, które schwyciły puchar życia.

Tkwię tam, i szukam przeznaczenia, i nie pojmuję biegu życia, gdyż jest przedwczesny i nierozstrzygający na tyle, by wykreować życie dobre, i który siebie wciąż wyprzedza i usiłuje się prześcignąć, by być właściwym bodaj raz.

***

Nie można sprzeciwiać się całemu społeczeństwu. Można samotnie oprzeć się jakiejś chwilowej jego jednomyślności, osądom ludzi nawykłych do takiego, a nie innego zachowania – w tym sensie można się przeciwstawić tłumowi. Ale nie można się opierać zimnej i nieugiętej abstrakcji zasad moralnych danej społeczności, która wystarczająco długo zachowywała milczenie.

***

Thomas Cole: Expulsion moon and firelight

Thomas Cole: Expulsion moon and firelight

Grzech śmiertelny jest raną niezabliźnioną i ropiejącą, która nie powinna w ogóle istnieć, która powinna być jednorazowo unicestwiona już przez samo uświadomienie sobie treści jego pojęcia, a co ludzie stale i obojętnie popełniają, i jak się zdaje zupełnie bezkarnie.

Grzech taki drwi nie tylko z przyzwoitości i moralności, ale zachowując dyskrecję, zmusza ludzi moralnych i przyzwoitych do jego skrytego tolerowania, do odstąpienia od jego demaskacji, tak jak gdyby fakt ujawnienia zła był sam w sobie grzeszny.

Paul Claudel: „Życie duchowe: trzeba pozamykać swoje drzwi i pootwierać okna”.

© Andrzej Osiński

Published in: on 31 Maj 2012 at 9:50  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/05/31/faulkner-cichosc-zascianka/trackback/

%d bloggers like this: