Zbigniewa Herberta lekcja pokory

Zbigniew Herbert

Zbigniew Herbert

Zbyszek siedzi przy biurku i pisze wiersze i bajki. Każdy myśli jaki on przykładny i gorliwy, podczas gdy Zbyszek boryka się z obsesją zmarnowanego życia, co – jak wiadomo – stanowi najlepszy nawóz sztuczny poezji” – przywołuje mroki stalinowskiej nocy Leopold Tyrmand, zadając kłam obiegowym opiniom, jakie kolejnym pokoleniom krytyków nakazują powierzchowne klasyfikowanie Herberta do roli „poety klasycznej równowagi, sceptycznej stoickiej filozofii, ironicznego dystansu”.

Tymczasem ta wrażliwa fraza, zawieszona między biegunami Wschodu i Zachodu, ojczyzny i kraju „zewnętrznego”, cywilizacji śródziemnomorskiej i północnej barbarii, przynależąc do obu tych obszarów, wiedzie w przeszłość, która rzadko jest obrazem arkadyjskim, i boleśnie porusza hic et nunc, dotknięte „demuzykalizacją świata”, zanikiem jednostkowości, zmierzchem udręczonej kultury:

Jerzy Tchórzewski: Hommage

Jerzy Tchórzewski: Hommage

W obliczu postmodernistycznego kryzysu harmonia mundana, autor Fragmentu podkreśla wagę imponderabiliów, których wyrzec się nie wolno, gdyż skutkuje to bezpowrotnym „wydziedziczeniem” ludzkiej tożsamości i „uduszeniem bezkształtem” (buntowałem się / ale sądzę, że ten okrwawiony węzeł / powinien być ostatnim jaki / wyzwalający się potarga), odrzuca zgiełkliwą histerię współczesności i zachowuje powściągliwość, daleką od emocjonalnego rozchełstania:

nie ruszy mnie ani dzwonek listonosza
ani wrzask aniołów

będę siedział nieruchomy
zapatrzony
w serce rzeczy
martwą gwiazdę
czarną kroplę nieskończoności

Herbert, doświadczony losem „Kolumbów”, przetwarza mroczną drogę swych losów, znajdując porte-parole w poniewieranych heroldach prawdy i cnoty: Sokratesie, Boecjuszu, Hamlecie, Spinozie; przywołuje ponawiane i kończące się klęską próby służenia filozofii i wolności, opiewa budzących litość, ułomnych homo sapiens, skrzywdzonych, lecz nie poniżonych, którzy za odwagę kartezjańskiego cogito płacą upokorzeniem i samotnością, odchodząc w pozycji stojącej:

Jan Lebenstein, ---

Jan Lebenstein, —

kiedy leży
przebity włócznią
a usta jego rany
domykają się
nie widzi
ani morza
ani miasta
ani przyjaciela
widzi
tuż przy twarzy
tamaryszek

Nie jest to ars obojętności, nie jest to klasyka stoickiej równowagi, umoralniająca utopia, zatracenie się w pięknoduchowskim ideale, nie marmur jest tu ostatecznym obiektem odniesienia, ale krew niewolników; to wizja zraniona, zrelacjonowana językiem człowieka anachronicznie przyzwoitego, wiernego zasadom, które kiedyś uznało się za słuszne, nawet jeśli nie dają już one wewnętrznego wsparcia. Podejmuje się walkę nie tylko dla wygranej, bo to by było zbyt łatwe, – mówił –  ale w obronie wartości, dla których warto żyć i za które można umrzeć (…) w imię wartości, które będą dalej żyły.

Rajmund Ziemski, Sowa

Rajmund Ziemski, Sowa

Są w Studium przedmiotu (1961) wiersze, które chwytają za gardło, które żyją na niemożliwej granicy / między materią ożywioną / a wymyśloną, których szlachetny duch równy samemu sobie / pilnujący swych granic / wypełniony dokładnie / kamiennym sensem powraca i powraca, budząc do życia głos wewnętrzny słabo słyszalny / i prawie nieartykułowany. Chciałbym udać, iż nie jest on mi na nic potrzebny / mógłbym o nim zapomnieć / nie mam nadziei / trochę żalu / gdy leży tak / przykryty litością / oddycha ciężko / otwiera usta / i stara się podnieść / bezwładną głowę, mógłbym przecież na nowo ułożyć się z twarzą / z dolną wargą by umiała powściągnąć pogardę / z oczami aby były idealnie puste / i z nieszczęsnym podbródkiem zającem mej twarzy / który drży, i rozpaczliwie się boję, czy z mego płaczu nie powstanie z czasem / nowa gałąź sztuki – powiedzmy – konkretnej.

Jan Lebenstein, ---

Jan Lebenstein, —

Bo cóż powiedzą postronni, niewzruszeni członkowie mojej społeczności, którzy nigdy nie potrafili myśleć o moich dłoniach bez uśmiechu, a teraz (…) są tak samo bezbronne jak przedtem? Czyż nie będą szydzić: nie byłeś do życia / wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką / żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie? O, ci współcześni i pozbawieni złudzeń, tak pięknie zakorzenieni w relatywizmie naszych czasów, wstępujący ochoczo w nowy życia strumień, w którym można stać pod ścianą i usiłować naśladować tapetę, doskonale obojętni na zagładę dziedzictwa:

współczesny Jonasz
idzie jak kamień w wodę
jeśli trafi na wieloryb
nie ma czasu westchnąć

uratowany
postępuje chytrzej
niż biblijny kolega
drugi raz nie podejmuje się
niebezpiecznej misji
zapuszcza brodę
i (…) pod fałszywym nazwiskiem
handluje bydłem i antykami 

(…) sam dobrze nie wiedząc
kim właściwie był

Jerzy Tchórzewski, ---

Jerzy Tchórzewski, —

Czy przeciwstawię się posłusznym instynktowi przetrwania, dla których obecna „pustka”, znaczona rozpłynięciem się wartości, spospolitowaniem zła, skarłowaciałą duchowością i zanikiem sytuacji granicznych, w jakich rozumna istota mogłaby się etycznie samookreślić, jest wartością samą dla siebie? Łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś – powiedzą ze wzgardą – nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś. A jednak.

przez siedem gór granicznych
kolczaste druty rzek
i rozstrzelane lasy
i powieszone mosty
szedłem (…) do ciebie 

(…) no i jestem
widzisz jestem
nie miałem nadziei
ale jestem

Jerzy Tchórzewski, ---

Jerzy Tchórzewski, —

Płynę pod prąd, a świat dawnych wartości wciąż we mnie trwa. Mógłbym pozostać tutaj w odległej prowincji / pod pełnymi słodyczy liśćmi sykomoru / i łagodnymi rządami chorowitych nepotów, poddać się zniewoleniu, mistyfikacji i zbiorowemu ukontentowaniu, wszak aniołowie oferują / różową watę obłoków / drzewa wtykają wszędzie / niechlujne zielone włosy / królowie zachwalają purpurę / i każą trębaczom wyzłacać / nawet wieloryb prosi o portret. Mógłbym z łatwością zdać się na innych i nie prostować wśród tych co na kolanach / wśród odwróconych plecami i obalonych w proch, tkwić w przekonaniu, że oni i tak wygrają, przyjmą mój kres i z ulgą rzucą grudę … Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach / a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą, lecz ja powstaję i wzniecam bunt:

gdzie kończy się wmówienie
a zaczyna związek realny
czy wskutek przeżyć historycznych
nie staliśmy się psychicznie skrzywieni
i na wypadki nie reagujemy z prawidłowością histeryków
czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem
wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych

Z męstwem człowieka świadomego, wiedząc, że nie istnieje autorytet, który uprości moje decyzje, mając poczucie, iż nie ma powrotu do Arkadii a Utopia bez kresu łudzi pozorną osiągalnością (dwa może trzy / razy / byłem pewny / że dotknę istoty rzeczy / i będę wiedział / (…) ziemia stanęła / niebo stanęło / moja nieruchomość / była prawie doskonała), jestem skazany na wiecznie dążenie, cierpliwą Drogę (kto udowodni konieczność / kto przyjmie istnienie), odyseję samotną i bezradną wobec transcendentnych struktur:

Rajmund Ziemski, --

Rajmund Ziemski, —

taka jest wolność trzeba znowu
wymyślać i obalać bogów 

Modlitwa nie dociera do Boga, sztuka nie zbawia świata, oferując mu ze śmiertelną powagą różę, pielgrzymka powraca do źródła; człowiek jest drzewem, drzewo wspiera się na samym sobie (Shunryu Suzuki):

na pustyni stołu
papierowe kwiaty
surdut ścian się zapina
na guzik małej przestrzeni
koniec koniec
nie udało się wniebowstąpienie

Niezgrabnie potrącamy gwiazdy / nic nie widzimy nic nie słyszymy / bijemy pięścią w ciemny eter. Pozostaje cielesny pewnik: drewniana kostka, którą można opisać tylko z zewnątrz. Jesteśmy skazani na wieczną niewiedzę o jej istocie, gdyż nawet jeśli ją szybko przepołowić, natychmiast jej wnętrze staje się ścianą i następuje błyskawiczna przemiana tajemnicy w skórę. Dźwięczy rzeczowy kamyk, stworzenie doskonałe / (…) o zapachu który niczego nie przypomina / niczego nie płoszy nie budzi pożądania, a jego zapał i chłód / są słuszne i pełne godności.

Jerzy Tchórzewski, ---

Jerzy Tchórzewski, —

Wabi kamienna kula, sztaba żelazna, uchwytny sześcian, których psychologii stworzyć niepodobna, wiernie służą szlachetne krzesła, które zbyt łatwo jednak dały się oswoić i (…) straciły upór i odwagę. Są tylko cierpliwe. Nikogo nie stratowały, nikogo nie poniosły. Na pewno mają świadomość zmarnowanego życia, łagodnie szumi szuflada siedmiostrunna z deski / tu były zasuszone łezki / zastygła w buncie pięść i papier / na którym w zimną noc pisałem (…) lira utracona, roztacza wdzięki cudowny przedmiot, którego nie ma / (…) nie posiada otworu / całe jest otwarte / widziane z wszystkich stron / to znaczy ledwie przeczute

Jerzy Tchórzewski: Człowiek

Jerzy Tchórzewski: Człowiek

Materia, martwa i ożywiona, dobry pies / a potem świnia albo osioł / wśród czarnych traw wydepczą ścieżkę; niezłomne rzeczy, dotykalne, bez roszczeń i bez idei, zdystansowane, wierne. Bez przeczuć i świadomości intencji filozofa: „Gdybym to wiedział o najnędzniejszym kamieniu – wzdycha Platon – zbudowałbym wiedzę o sprawach ludzkich i boskich”.

Dlatego jeśli po śmierci zechcą nas przemienić w zeschły płomyczek, który chodzi po ścieżkach wiatrów – należy zbuntować się (…) Trzeba wstąpić w kamień, w drzewo, w wodę, w szpary furty, gdyż lepiej być skrzypieniem podłogi niż przeraźliwie przezroczystą doskonałością, a póki trwam, jeśli możesz przywrócić splamionym twarzom dobroć, o Panie, włóż prostotę do rąk tak jak włożyłeś żelazo i zsyłaj zsyłaj obłoki pokory.

© Andrzej Osiński

Reprodukcje z Internetu

Advertisements
Published in: on 31 maja 2012 at 7:36  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/05/31/zbigniewa-herberta-lekcja-pokory/trackback/

%d blogerów lubi to: