Paradoksy Bernanosa (I)

George Bernanos

George Bernanos

Czasami, kiedy w porze zmierzchu, w liliowo-złotym blasku lampy, wiotkie znudzenie skłania mnie do marzeń, wspieram brodę na dłoniach i osłonięty powagą wydycham lekko powietrze. Myślę o sile, jaka się ze mną rozminęła, i której niepomyślny rozwój nie pozwolił na wykazanie własnego geniuszu: straszliwej znajomości ludzkiej nędzy, jej ułomności i słabości; wiedzy, której nie mógłbym scedować z korzyścią na drugiego, zaledwie kontrolowanej myślą, ledwie pozwalającej się odróżnić od instynktownych przeczuć duszy.

Siedzę ospale i oddaję się bez reszty temu nikłemu rozmarzeniu, i dochodzę do wniosku, iż nigdy nie rozumiałem biegu życia, wiem tylko tyle, że kierowało mnie ono w jakiś niepojęty sposób ku celowi, jakiego zgoła nie pragnąłem, nie pożądałem, nie łaknąłem. I tak, wśród bezsilności i sarkazmu obcych, dogasam śmiercią równie wolną, jak spowolnione było to życie, ta jednostkowa egzystencja.

A oto i sama śmierć; napadła mnie podstępnie, zanim zdążyłem przymknąć oczy. Zwinnie zadała lekki „cios w kark jak morderca” (G. Bernanos).

***

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

Poeta jest wielkim i niepoprawnym brzdącem, który wyrywa człowieka z ziemi jak rzodkiewkę, by po minucie pierzchnąć dalej, i już nie wiedzieć, co z nią począć. I wówczas tęskni do ciemnego kąta, w którym odłoży to zbędne ciało.

***

Jak to się stało, że poszedłem za nią bez słowa sprzeciwu, za tą obcą istotą, z której szydzono i dowcipkowano obelżywie?

Jakiś czas starałem się jej unikać, a ona obserwowała mnie ze wzrastającą ciekawością, nie racząc nawet odpowiedzieć na moje pytania i męcząc tym zbijającym z tropu sposobem bycia.

Ani nie podążyłem za nią z nudy, nie przypuszczając jak wypełnić czas, jak to już nieraz bywało, ani nie popełniłem głupstwa, którego nigdy nie wykryto.

Perfidia, ból i obojętność wykopały pomiędzy mną a światem straszliwą przepaść samotności. Zlała się ona w jedną pustkę: rozkapryszoną nicość zimowego popołudnia.

***

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

Widok pewnego rodzaju poniżenia i skomlenia o litość przez dłuższy czas, jest absolutnie nie do zniesienia.

***

Na stopniu największego upodlenia, zatraca się bez trudu prawdę o sobie. Można wówczas na nią nadepnąć i nawet jej nie rozpoznać.

***

Nie wiedząc o tym, dumnie skrywamy się w cieniu Miłości.

***

Otworzył się przede mną świat, w który nie śmiałem niegdyś wierzyć: świat rozmarzenia i lenistwa, który pochłonął tyle istnień, „pełen bajecznych horyzontów, jezior zapomnienia, potężnych głosów” (G. Bernanos); i czuję w sobie dość siły, by egzystować pośród tych widm, pod ich spojrzeniem rozlicznych oczu, aż do znużenia, aż do błędu.

***

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

Prawdziwa młodość jest taką samą rzadkością, co geniusz; jest najczystszym geniuszem wyzywającym jawnie stary wszechświat, jego bluźnierstwa, jego prawa.

Degenerująca się natura usiłuje owionąć ją zgniłym powiewem nienawiści, „miłośnie uchyla bramy trupiarni”, lecz młodość szydzi ze wstrętnych pobudek, przechodzi ponad i umyka.

I podczas, gdy wszystko dookoła zmienia się, przeobraża i dogorywa w nędzy błota, z którego ongiś się zrodziło, młodość oddaje życie chętnie i z godnością. Ona jedyna rzeczywiście zaznaje śmierci.

***

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

Pragnąłem się bezceremonialnie roześmiać wobec mojej klęski. Na próżno! Już inne absurdalne uczucie pozwało mnie, wyłaniając się z głębi na wpół umarłej i odrętwiałej części duszy, gdzie czuwa litość pierwotna i bezpostaciowa, równie krwiożercza, co nienawiść.

Czyż zresztą rozdzierająca trzewia radość: wstrząs ukrytego zwycięstwa odniesionego nad obrzydzeniem, to dobrowolne podporządkowanie się wielkości upokorzonej, zapoznanej, niemal odpychającej, mogłaby przynieść jakiś triumf?

***

Wiem znacznie więcej niż oni wszyscy, gdyż wycierpiałem nazbyt wiele, a przy tym nauczyłem się cierpieć od nowa. Nie pojmowałem, że można nauczyć się przyjąć cierpienie w siebie. Z początku słyszy się tylko jakby cichy szmer w głębi duszy, nieustający dniem i nocą, we śnie i na jawie. Są chwile, kiedy wydaje się, iż nie jest on wcale słyszalny, ale wystarczy nadstawić ucho, i nagle spostrzegam, że tam wewnątrz mnie tkwi coś, co przemawia osobnym językiem, mową intymną i absurdalną.

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

Mijają chwile, dni i lata, i oto zaczynam ją rozumieć; z początku słowa, frazy, zdania, które nie są wiernie powtórzone, a mimo to kontakt został nawiązany, trwa już rozmowa, nie jestem sam. Już nigdy nie będę sam, nawet kiedy nadpełza próżnia i mnie przepełnia martwa pustka, wezbrana nicość, zgasły żar.

Cierpienie niezauważalnie acz stopniowo, przejmuje ode mnie stawianie pytań i formułowanie odpowiedzi, przenika na wskroś moje myśli, podejmuje nieśmiałe działania. Mogę mu tylko na to pozwolić.

***

Nocą, koło godziny drugiej albo trzeciej, kiedy spada rozgorączkowanie minionym dniem, we mnie, nade mną i wokół mnie, rozsnuwa się kotara martwej ciszy. I wówczas szepty i szmery tego świata przechodzą tam, na drugą stronę, i wędrują jesienną nocą przez płaskowzgórze i pagórki, gdzie się rozplata tuman nocy.

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

Przyciskam kornie ucho do ściany, wstrzymuję oddech i chwytam głuchy przypływ świata, niepodobny do żadnego z dźwięków słyszalnych za dnia; odbija się w mojej piersi i ściska echem za serce. Zrazu nieuchwytny, nie głośniejszy od szumu przesuwającego się w dole pojazdu, potężnieje stukotem przewalających się ponad głową fal, przelewa świszczące galony morskiej toni, pod niebem innym niźli nasze.

***

Umarli pozostają tak blisko, o wiele za blisko, jeszcze trzymając się tego świata, jeszcze czepiając się ze wzgardą.

Widzę ich na granicy, którą za wcześnie przekroczyli, wbrew swojej woli i na darmo, i którą pragną przejść z powrotem. Marzą o tym, by ukształtować nasz świat na swoje podobieństwo: obraz ich ostatniego krzyku, ich spojrzenia, ich opadania w nagą glebę.

***

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

– Panie, pozwól mi pójść za Tobą na koniec świata!

– Świat nie ma końca, mój synu. Ale każdy może dojść do końca samego siebie.

***

Droga porusza się delikatnie jak polne zwierzę i przesuwa między mymi stopami, rdzawa, bezbronna i tajemnicza. Umyka chyżo zgrzebnym pyłem, a kiedy usiłuję podnieść czoło, odemknąć powieki i przygarnąć przestrzeń, droga wzdyma się i szamocze od jednego krańca horyzontu do drugiego, tańcząc w przestworzach i sięgając nieba.

Teraz wyczuwam ją czule dłońmi, jak się unosi pośród pól i równomiernie wije wstęgą, jak cicho czepce i oddycha, jak mnie pożąda i ze mną igra. Świeża, rozmokła i tłusta polna droga, porysowana smugami cienia i rozedrgana w opalu rosy, w której pragnąłbym się zanurzyć, ręce i głowę, ciało i krew, otulić się jej szarą przędzą.

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

Droga pozwala się pieścić, dotykać lekko i z powagą, łudzi obietnicami wypływającymi piędź po piędzi, z jej kamiennego, gładkiego serca; przyprawia o zawrót głowy jedyną szansą pozostającą właśnie tu, w zasięgu ludzkich oczu, pod moją słabą stopą, która natrafia na cudny wyłom, przestrzeń bez końca i samotną, uciekającą wprost do nieba.

Droga nie pragnie wcale jutra, nie dba o dzień wczorajszy, szafuje życiem wiecznie nowym, czystym jak biała karta, jak świeża karta nieskalanym, niezapisanym i złożonym w drżące dłonie, by z niej skorzystać podług woli.

Człowiek wykonał ją sam dla siebie, trwożliwie wznosił ją rekami, otoczył pięknem i zaraz zbrukał, zdeptał szlachetny trakt bursztynu, odrzucił na bok, zmyślnie zgnębił. Wydarł ją dzięki własnym zdolnościom z ziemi okrutnej i urodzajnej, wzdętej jak pancerz, płodnej i niezwyciężonej, bardziej zajadłej niźli śmierć.

"Tam gdzie rosną poziomki" (1957)

„Tam gdzie rosną poziomki” (1957)

I oto w bladym drżeniu świtu, droga bajecznie biegnie w górę, pomiędzy szeregami schnących drzew, tak świeża, żywa i świetlista, tak rozmarzona i odmienna, tak samorzutna i radosna. I jest już tylko żywą nadzieją.

© Andrzej Osiński

Published in: on 1 Czerwiec 2012 at 10:46  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/06/01/paradoksy-bernanosa-i/trackback/

%d bloggers like this: