Paradoksy Bernanosa III

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

To miasto pokonało mnie potwornie, i nie wątpię, iż pokona jeszcze niejednego w przyszłości. A kiedy ogarnie je pożoga, i wiele jemu podobnych miejsc, wówczas ujrzymy jak z nor i zakątków wychodzą na jaw wstrętne bestie, których miana człowiek już zapomniał, jeśli w ogóle posiadały jakieś imię.

***

Wykonałem pusty i rozpaczliwy gest ciężkimi rękoma: znak, jaki czyni nieszczęśnik, który zauważył, że jego wywód ujawnił tylko własną niedolę, ale nie wzbudził żadnej nadziei, że przyjdzie ktoś, kto pojmie ukryty sens wypowiedzianych trwożnie słów.

***

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

Człowiek ubogi nie znajduje już nazw na określenie tego, czego mu brakuje, a jeśli nie starcza godnych słów, to dlatego, że zostaliśmy ich pozbawieni podstępem, odarci do cna, obrabowani.

***

Kościół nie jest żandarmem, a jego misją jest usprawiedliwienie nędzy tak długo, jak to możliwe. Kościół nie lęka się nędzy i można rzec, iż posiada lekarstwo na każdy jej rodzaj, za wyjątkiem tej spotwarzonej nędzy bez Boga, to znaczy wymyślonej przez ludzi po to, aby wskrzesić porządek, z którego Bóg jest na stałe wyłączony.

Odwieczny pakt: przymierze zawarte na Synaju i potwierdzone na Golgocie, nie może być zerwany w ciągu jednego dnia. Kościół jest związany ze społecznością ludzką nazbyt silnymi więzami, nawet ze społecznością tak upadłą, jak to ma miejsce obecnie.

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

A jednak nadejdzie czas, i już nadszedł, kiedy w świecie zorganizowanym tak, iż z każdej czeluści wyłania się rozpacz, głoszenie słów nadziei będzie „równało się rzucaniu rozżarzonych węgli na baryłkę z prochem” (G. Bernanos).

***

Od wielu lat, to znaczy od pierwszych symptomów choroby, która nurtuje mnie bezmiernie, żywię obawę wobec poranków.

Południe przytłacza mnie definitywnie i nieodmiennie, zmuszając do wytrwałego wytchnienia, przy opuszczonych storach i zasłoniętych szczelnie żaluzjach, nawet u schyłku grudnia, gdyż moje niedomaganie jest zależne raczej od rytmu godzin aniżeli pór roku.

Ale ranna udręka przedłużająca bezsenną noc, jest jej bolesnym i kuriozalnym wykwitem. Przenikliwość powietrza, szmer wzrastającej w niebo trawy, ostre i czyste trele szpaka odradzające się w przyrodzie, izolują mnie bez porównania boleśniej aniżeli uparta cisza i mrok, w których mętnych załomach nerwy doznają ukojenia, łaski pokoju śmiertelnego.

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

A poranki, z pogardliwością pędzącego świata, wyłączają mnie z zakresu ludzi żywych, spychają w niebyt i nakazują obcować wśród zmarłych. Dlatego ich nienawidzę.

***

Georges Bernanos: „Położyliście pieczęć na imieniu Boga, serce biednego nie ma już doń dostępu”.

Nienawiść do sługi Pańskiego jest jednym z najpoważniejszych, a zarazem uderzająco nieznanych uczuć człowieka. Nikt nie zaprzecza, że istnieje ona tak długo, jak egzystuje rodzaj ludzki, ale w epoce naszej osiągnęła niezaprzeczalny stopień wyrafinowania i precyzji.

Upadek i deprecjacja innych potęg uczyniły z kapłana, na pozór tak jednoznacznie związanego z życiem społeczności, istotę zupełnie wyjątkową, nieprzynależącą do żadnej klasy i niedającą się sprecyzować, w każdym razie trudniej uchwytną od owych starców, zamykających się przed światem starożytnym w templum, pełniących tam rolę żertwy i obcujących do woli z bóstwem.

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

Wyjątkowość współczesnego kapłana wzbudza wobec niego poczucie wrogiej obojętności, zaś jego rosnące wrażenie osamotnienia sprawia, iż staje się on bezbronny, rzucony w jądro społecznych konfliktów, które swą skalą przerastają święte teksty. I oto duma, tak długo wspierana konwencją, trwalszą niżeli wszelkie wierzenia, stała się bezprzedmiotowa, a ziemia dudni pod krokami żebrzących, biednych i współczujących.

***

Hedonistyczna dialektyka wypleniła wśród ludzi nie tylko czystość języka, ale i samą czystość, a nawet zdolność odróżniania tego, co czyste od tego, co nieczyste. Pozostał wyłącznie instynkt: lubieżny zew natury, silniejszy od martwych praw, głośniejszy od obyczajów.

A jeżeli zaginie instynkt, przetrwa nie zagłuszone wrzawą cierpienie: boleść, której nikt już nie będzie w stanie nazwać, i na którą nie będzie przygotowany, na tę truciznę człowieczego serca.

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

I gdy zaświta płomień technokracji, tak pożądanej przez inżynierów i naukowców, a ludzkość będzie strawiona w ogniu, dojdzie do rozburzenia hierarchii potrzeb.

Nadejdą czasy, już nadeszły, kiedy rozpustę potraktują jako głód ciała, wymagający natychmiastowego odżywienia, taki jak każdy inny głód, którego zaspokojeniem rządzi zwykła higiena. Lecz wówczas ludzie zwrócą swą nienawiść ku swoim ciałom, powłokom ślepym i zagubionym w mrokach instynktu, w głębi nieprzeniknionej niepamięci.

I kiedy rządcy będą się chlubić zniesieniem sprzeczności ciała i duszy, i będą zapewniać, iż spokój ciała został zagwarantowany, wtedy powstanie „szał samobójstw”, na które nie ma antidotum.

***

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

Świat żyje w tempie pozwalającym się przekonać, czy człowiek może pogodzić się sam ze sobą aż do tego stopnia, że bezpowrotnie zapomni o sensie istnienia, o utraconym i odnalezionym Raju, o Królestwie nie z tego świata.

A skoro wiara w to Królestwo jest tylko złudą, to dlaczego wkracza już w trzecie tysiąclecie?

© Andrzej Osiński

Published in: on 9 Lipiec 2012 at 9:23  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/09/43-paradoksy-bernanosa-iii/trackback/

%d bloggers like this: