Piękny czas Jakuba Thibault (I)

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Jestem zmiażdżony moją oczywistą bezsilnością. Życie uniosło mnie jak źdźbło i wyniosło na niemożliwe manowce, gdzie pozbawiony prawa głosu, tkwię jako więzień nieprzebłaganych mechanizmów społecznych.

Roger Martin du Gard: „Nietrudno jest być kimś – trudno jest kimś pozostać”.

***

Nie odczuwam znużenia, a raczej nieustające podniecenie domagające się swych praw i kreujące sztuczne fobie. Ale rozhisteryzowana bezczynność i nieprzeparta groźba losu, unoszące się nad moim życiem, nad całym procesem istnienia, dręczą mnie bezgranicznie i nieznośnie. I dochodzę do wniosku, że najżyczliwszą ulgą, jakiej mógłbym się nieraz spodziewać, jest dokonanie tej ofiary: dumnej, bezbronnej i niedorzecznej, która wyzwoli nadmiar szczęścia, uniesie w niebo i zapędzi w rozkosz: przewrotną słodycz, odżywiającą się nie poznaną miłością, i nienawiścią, i honorem.

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Stanisław Grochowiak: „A ja nie pytam. Ja stoję tak biały. Z kręgiem jak Chrzciciel nad drucianą szyją”.

***

Czując się u kresu sił i jęcząc jak zwierz uwikłany w niezmordowane sidła, rzucam się na łoże i gryzę sparszywiałą pościel, aby powstrzymać nagi okrzyk. Bezsilna wściekłość wstrząsa moim zranionym ciałem i postponuje biedną duszę, i tylko jakiś fragment świadomości przychodzi w sukurs, aby ukryć tę rozpacz przed ludźmi.

***

Z początku czas igrał ze mną bezwstydnie i nienawistnie stroił fochy. Później zniszczyłem zegar i odnalazłem się w daleko lepszym stanie, i odtąd przyzwyczajenie zmieniło ten utarty orszak godzin, który zatapiał się w sobie, zapadał tak jednoznacznie i głęboko, i wszystko nagle jest już snem.

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Bycie szczęśliwym jawi się wobec mnie czymś spotwornianym i zepsutym. I potęguję w sobie wiedzę, że to butwiejące życie trwa już za długo i bezpłodnie.

***

Stanisław Grochowiak: „Trzeba być żaglem, aby świecić smutkom”.

Przeżywałem jedną z tych rzadkich chwil, kiedy człowiek zstępuje cicho w swoje głębie, i z dłońmi zaciśniętymi na poręczy krzesła, żwawiej niż kiedykolwiek pochylałem się nad tą biedną egzystencją, która kroiła piekące retrospekcje. Męczące, krwawe obrazy prześladowały mnie z całą brutalną wyrazistością, i doświadczyłem obrzydzenia, i nieznośnego smaku grzechu.

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Roger Martin du Gard: „Są ludzie, na których nie ma żadnego sposobu. Społeczeństwo może się przed nimi uchronić wyłącznie wtedy, gdy im uniemożliwi jakikolwiek kontakt ”.

Kiedy zjawiła się nieomylnie, posłałem jej złe i udręczone spojrzenie dziecka, i histeria tego chorobliwego oczekiwania sięgnęła zenitu. Z marnym udaniem pogrążyłem się w codziennej pracy; pochylony nad papierami, ze śmiercią w rozkapryszonej i rozwrzeszczanej duszy, powinienem pozwolić jej odejść, ale gdy pozostałem sam, uniosłem głowę z grymasem bólu tak skrzywionym, że nie zostawiał bezstronności. Po raz nie wiedzieć już który, przeżywałem tę niewybredną scenę, i czując niesmak w ustach, palcami zasłaniałem wyblakłe oczy, po których pełzły biedne łzy.

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Samotność zmienia bezpowrotnie i człowiek na wszystko obojętnieje. Jest przy tym także niski strach, który zadławia i zadręcza, i który nigdy nie opuszcza, i tak pociąga wątłe sznurki, na których jest się uwieszonym, i machinalnie rzeźbi rysy. A potem już się nie wie, kim jest, i czy istnieje się naprawdę. I to już wkracza w sferę śmierci, lub jest wariactwem nieśmiertelnym.

***

Dawniej, przed atakiem choroby, byłem inny, rozpychając się chciwie łokciami, i krocząc naprzód bez przyglądania się twarzom współwinnych. Ale teraz, gdziekolwiek byłem, w biurze czy na ulicy, spojrzenie moje taksowało przechodniów, nie rozkładając zresztą na czynniki pierwsze tego, co objawiało się mym oczom.

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Było tak, jak gdyby umysł snuł bez mej wiedzy jakieś formuły i doświadczenia, gdyż wystarczało mi tylko dostrzec pewną odrębność w czyichś rysach lub spojrzeniu, albo w sposobie bycia, by omijani lekko nieznajomi, stawali się w moich myślach określonymi figurami, które wyposażałem w partykularne znamię.

Stanisław Grochowiak: „Lecz jak rozplątać żyły na kamieniu, palcami zajrzeć do kamiennych wnętrz ?

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

W dwudziestych latach mego życia zarzuciłem próżne praktyki religijne, uświadamiając sobie, iż trzymam się szablonu, nie będąc już w istocie pobożnym. Bóg był w moich oczach kimś w rodzaju dyrektora pensji o zaostrzonym rygorze, którego należało niezmiennie zadowalać za pomocą utartych gestów i niewzruszonej dyscypliny; byłem zatem posłuszny, lecz i śmiertelnie roztargniony.

Przyswajałem okruchy wiedzy zwięźle, co się tyczyło też religii, a jednak postradałem wiarę, i nie pamiętam już dlaczego. Gdy to postrzegłem, po jakimś ściśle odmierzonym czasie, szczyciłem się już pewną kulturą naukową, jaka nie pozostawiała miejsca ni sposobności dla niepojętych wierzeń ducha, i ubóstwiała tylko fakty.

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Nie twierdzę, że wyjaśniała ona wszystko, ale konstruowała pewne tezy, które podówczas mi starczały. Pytanie „jak” stało się dla mnie wystarczająco intrygujące, bym mógł zrezygnować z daremnych poszukiwań odpowiedzi na kwestię „dlaczego”.

***

Nie odzywałem się i spoglądałem w ziemię, a moje serce przepełniała rozpacz. Czułem się chorym aż do głębi, a równocześnie podnieconym, zdanym na pastwę własnych odruchów i złych kaprysów niepojętego przeznaczenia.

Stanisław Grochowiak: „Gdy diabeł głodny, trzeba sycić diabła”.

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Bezustannie miotam się w granicach alternatywy: przebaczyć, albo wręcz przeciwnie – zaciąć się do głębi w mojej tłumionej odrazie. Zgłosić akces i bez zająknienia przyłączyć się do innych, stać się posłusznym kółkiem w maszynie, pośród tysiąca bezimiennych innych, albo na przekór – podsycać w sobie bez ustanku te niszczycielskie, wściekłe siły, które mnie trawią i spalają, i rozsadzają gniewnym prochem.

O, jak pragnąłbym runąć w przepaść, unieść się słabym złudzeniom, zburzyć hierarchię, społeczeństwo, potargać więzy niskich kłamstw!

Dawna zajadłość odżywiająca się niespełnionymi snami dzieciństwa, nienazwane uczucie, że byłem chłopcem niedocenionym, mającym prawo do pewnych względów; istotą, wobec której przekleństwo poniosła cała ludzkość, trawi gorączką moją duszę. I już nie waham się, by uciec i by odnaleźć równowagę, za której żałosny brak czynię odpowiedzialnymi tylko innych.

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Stanisław Grochowiak: „Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia; / Jest teraz w locie dojrzałym, dokolnym, / Jakim kołują doświadczone orły”.

***

Coraz słabiej toleruję zjadliwy wyziew prowincjonalnego ducha, pełznący zgnilizną wścibstwa i głupoty. Wszystko, do czego jestem bez końca zmuszany, postrzegam jako zabójcze i nienawistne mej istocie, która tak pragnie się wyzwolić. Moi sąsiedzi, moi bliźni, wszystkie te ich przesądy, wiedza i nadęte filozofie – och, jak to rani tępym ostrzem!

I z zaciekłości się zacinam, i zapominam niedwuznacznie, a tak roiłem o wzgardzie wobec utartych dróg, o spoglądaniu tylko w siebie, i porzuceniu zahamowań!

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Zimna milcząca pycha, wolna od wszelkiej próżności i nienagannie jadowita, wyczekuje w ukryciu dnia, w którym przez nanizanie w jedną nić praw przeznaczenia, wszystko, co we mnie dotąd tkwi, i co stanowi jakąś wartość, znajdzie swój wyraz, znajdzie triumf.

***

Moim najdotkliwszym dogmatem jest praca bez jakiegokolwiek przymusu, praca pojęta jako radość.

George Bernard Shaw: „Charakterystyczną cechą artystów jest to, że nie lubią pracować”.

***

Nie wiadomo właściwie, na co umarłem – zewsząd słyszę ten nudny głos. A czy wiadomo z czego w ogóle żyłem?

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Nie jestem filozofem ani tym bardziej mędrcem, a raczej czeladnikiem, nędznym terminatorem – jak wy, jak my wszyscy, jak każdy człowiek na tym świecie, poszukujący drogi po omacku.

***

Czyż oczekiwanie szczęścia nie jest bynajmniej samym szczęściem?

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Zdaje mi się, że jestem całym światem, i to przestrzenią zaludnioną tak rozlicznymi sprzecznościami, wypełnioną chaosem, ale chaosem sztuki i nadmiaru, niewyczerpanego wprost bogactwa. I tak uśmiecham się do tej bezmierności, zapatrzony w krajobraz szarej odwilży, i tak bezradnie ją ujmuję.

Stanisław Grochowiak: „Nie cały minę, boć zostanie owo / Kochanie ziemi w bajorku i w oście ”.

***

Wsparty o niszczejący na wietrze jesion, i tulący do serca swoje bezradne dłonie, doznaję uczucia przenikliwego smutku i beznadziei, i odrazy. I nie potrafię sięgnąć źródeł, gdyż już ich nie znam, tylko podnoszę nieme oczy ku rozgwieżdżonemu niebu zimy, i pragnę umrzeć choć na chwilę, zanim naprawdę zacznę żyć.

Bo najwznioślejszą sprawą jest właśnie to przejście, to nieuchwytne zsunięcie się w nicość, spotęgowane jawnym strachem i świętą trwogą szorstkich dni.

***

Nie potrafię oderwać uwagi od tego, co odczuwam, stąd częstokroć popadam w rodzaj sennego odrętwienia.

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Przejrzałem i przetrawiłem ponownie moje ostatnie teksty, i teraz już nie mam złudzeń, że każdy z nich jest spowiedzią szaleńca, który doznaje przebłysku świadomości w rozchybotanych, gorączkowych wizjach. Następują one jedna po drugiej, w odstępie paru dni, nieraz co kilka godzin, a każda z nich jest eksplozją, wieńczącą i rozpoczynającą zarazem życie wewnętrzne, jego chorobę i przesilenie.

***

Dusza źle traktowana i udręczona, ograbiona z homeostazy i celu życia, zbyt wybujała przez wzniosłe rozważania i przez samotność i lekturę, i nadwrażliwą boleść życia – ta dusza, której obecności doświadczam, jest tak nieufna i drażliwa, i tak zupełnie obca życiu!

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Stanisław Grochowiak: „ Wolę brzydotę / Jest bliżej krwiobiegu  / Słów gdy prześwietlać  / Je i udręczać”.

Z jakim wstrętem i wstydem staczam ze sobą krwawy bój, codziennie dając opór gnuśności, i rozkładowi i niechlujstwu! Nie wiedząc o tym, stałem się symptomem definitywnej dekadencji, która już mnie objęła i nie wypuści ze swych sideł.

Dostrzegam oczywiście te zimne pęta, które mnie krępują, ale nie myślę o ich zrywaniu, i dla wszystkiego, co taką atencją darzą inni, a co mnie jest w istocie nienawistne i obce, rozwijam niepowstrzymaną wściekłość, z jaką spętane w budzie zwierzę odnosi się do stworzeń włóczących się samopas i zagrażających bezpieczeństwu domu.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 10 lipca 2012 at 9:19  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/10/piekny-czas-jakuba-thibault-i/trackback/

%d blogerów lubi to: