Poeta jako pandemonium

Ernst Ludwig Kirchner: Artystka

Ernst Ludwig Kirchner: Artystka

Moja żarliwa, zwichrowana sztuka daremnie ubiega się ten kraj, o każdą bruzdę jego biednej ziemi, niczym pokutnik we włosiennicy, który tratuje niemy proch.

***

Czy bylibyście skłonni sądzić, że moja niedelikatność i brak taktu są tylko rewersem osobliwego lęku przed zranieniem, przed subtelnością i przed taktem?

Cierpię bowiem na brak zrozumienia, nadmiar skrupułów i potencjalność przyjęcia na swoje barki nowego bólu. Za tym namiętnym pandemonium, za tą nieznośną grozą duszy, czai się sztuka i chichocze życie.

***

Henri Cartier Bresson, ---

Henri Cartier Bresson, —

Sława mojej postaci jest równie wątpliwa, co miłość, której parodię dane mi było dowieść. Jakimże uczuciem mogłaby mnie ona jeszcze napełnić?

Miłość jest jakąś pomyłką, bezradną co do mej osoby, rozpowszechnianą spazmatycznie acz bezskutecznie i na darmo. Odnosi się ona do kogoś, kto przypuszczalnie nie jest mną, a tym samym nie może pojąć prawdy na mój temat.

***

Ernst Ludwig Kirchner: Kąpiące się

Ernst Ludwig Kirchner: Kąpiące się

Niechaj sobie imaginują, co chcą i rozprawiają w czas i niewczas, lecz nikt nie pojmie doświadczenia, tych moich lęków, pandemonium, co jest wędzidłem ustawicznym, które mnie niszczy i przeżera.

Niechaj nikomu się nie zdaje, iż każda strona, każdy wers są okupione bez wysiłku, pienią się lekko i bezkrwawo bogactwem wrażeń bezbolesnych, brakiem rozterki, wesołością.

Nie, nikomu z was nawet nie przyjdzie na myśl, iż za mdłą frazą czai się zmora, za niemym wersem melancholia, epos stworzony nie płodnością, lecz wolą mocy, utęsknieniem, falą pragnienia i ambicji, które „dźwigają tak się wzwyż, jak Niobe swoje ramiona” (H. Mann), i które dzierżą w dłoni pióro.

***

Kieruję wzrok w nieboskłon i zbieram gwiazdy tam w górze, jedna po drugiej, bezlitośnie, by w końcu ulec i odstąpić, i nie mieć w rękach nawet świec, najbiedniejszego pyłu gwiazd.

***

Henri Cartier Bresson, ---

Henri Cartier Bresson, —

Kto z was się zbliży i przekroczy krąg, weźmie za dłoń i poprowadzi do siebie, do swej krainy nienazwanej, do uczuć mocnych i niewinnych?

***

Zwycięstwo, którego nie dobyłem z piersi na czas, przekształciło się nocą, wśród mrocznych wspomnień, w nielichą klęskę, blady zgon – gorszy od grozy i wściekłości, i od „hałaśliwego gwizdania” (H. Mann).

***

Moja żałosna egzystencja przypomina dzieła minionej sztuki w tym, że tak jak tamte mają swe szczyty, ona okrutnie tonie w głębiach.

***

Ernst Ludwig Kirchner: Dwie kobiety z miednicą

Ernst Ludwig Kirchner: Dwie kobiety z miednicą

Moje sumienie, moje myśli, rozum – wszystkie stają tu jako przymus, który przynagla do wielkości, który wydrąża kruchy miąższ. Są tu, by mnie zniechęcać do rozkoszy i propagować gorzką nagość, wyniszczającą acz oszczędną w środkach, w każdym razie zadowalającą tych, którzy ujrzeli światło późno.

Moja sztuka zapładnia się frazą filigranową i przeestetyzowaną, ujętą w bladolice rocaille nikłych zwierzeń; kokosi się w wiktoriańskich salonikach, buduarowej belle epoque, rozpiera się na otomanach przesączonych lawendą: wątła, nieznaczna i wymuskana.

Mój nieważny i nic niewnoszący los urasta do rangi egzystencji niespełnionej, neurastenicznie nadwrażliwej, a jednak mieszczańskiej i urzędniczej, obejmującej lata rozmemłania przyprawione wąską warstewką cierpienia i pozbawione przyjemności. A ja w tym wszystkim szukający, penetrujący martwe cienie, dobywający odpadki z głębi i próbujący je określić – niezmiennie własny, niepodległy.

Henri Cartier Bresson, ---

Henri Cartier Bresson, —

Ja z adoracją tulę smutki, pieszczę je z dumą i godnością, wzgardliwie patrząc na to wszystko, co jeszcze żyje, co oddycha. I kiedy wokół pełnia barw, wykuwam swoje frazy z miazgi, a moja męka jest „wekslem, który gna dusze przez purpurową ciemność” (H. Mann)

Niekiedy pragnąłbym wniknąć w ten ich świat, w to inne życie zastrzeżone, chronione płotem i alarmem: ostre, bogatsze, pospolite, gdzie trwa już przemoc i dalekość, gdzie nikt nie myśli o istności. Przeniknąć ten pokraczny mur, gdzie celebruje się upadki i niezbadane wspaniałości, i eklektyczne doświadczenia; gdzie egzystuje się do woli, umiera nagle i naprawdę.

I tak spoglądam niczym pies, oczami o czystej tęsknocie zza krat, za które nie prowadzi droga, i które nic nie odgradzają.

***

Ernst Ludwig Kirchner: Ulica berlińska

Ernst Ludwig Kirchner: Ulica berlińska

Żyję za bramą samotności, za pustą sceną, której kurtynę nikczemnie odsłonięto, i która oddziela mnie od każdego nieprzewidzianego uczucia, od afektu.

***

Sądziłem, iż wiarę można uzyskać i wypracować tak jak się kształci obcy język. Należało cierpliwie naśladować jej pryncypia, śledzić objawy, leczyć torsje, żyć w jej obrzędach, i generalnie trwać przy prawach – i o dziwo, nadeszła.

***

Wszystko, czego poeta doświadcza w towarzystwie istot odmiennych: niespokojne sumienie pod wpływem czyjegoś zagadkowego spojrzenia, rozgoryczenie i znużenie na skutek braku wrażliwości innych, szereg bolesnych upokorzeń płynących ze strony dowcipkujących miernot; cały ten pean i niegasnąca oda życia – wszystko poeta odczuwa i odczłowiecza według pragnień, wysysa z życia, ubogaca, żywi nim chętnie własną sztukę, która żeruje, która trawi.

***

Henri Cartier Bresson, —

Henri Cartier Bresson, —

Bohater mojej sztuki żyje naprawdę i umiera, doświadcza życia w jego pełni. I jest mocniejszy od tych wszystkich, których mijamy i pragniemy na schodach. Nie uśmiecha się tak i tak wiele jak oni, i nie jest wcale jednoznaczny, ale można mu wierzyć. Jest wiarygodny.

***

Czytuję książki wyłącznie dla ich treści; nieodmiennie otwieram je w celu, by zapożyczyć coś z ich zdarzeń, by ukształtować coś własnego.

***

Ernst Ludwig Kirchner: Podwójny autoportret

Ernst Ludwig Kirchner: Podwójny autoportret

Czyż moja proza nie jest cieniem duszy, co pojął jak wzlatać i jak przybierać żałobny koturn?

***

Moje ciało zżera się samo i wątleje, stwarzając widok w najwyższym stopniu smutny, odstręczający i dotkliwy, kiedy tak kona rzucone niedbale na sofę z nieznajomości, niepojęcia.

Moje wypożyczone locum stało się dla mnie biedną trumną, w której spoczywam rojąc o adherentach, co nie nadeszli i nie wiedzą. Panuje w niej grobowy bezruch, a szelest tych, którzy mieli odwagę się zaśmiać, zelżyć i zwątpić, trwa tu bez echa, brzmiąc w moich uszach i poruszając niedosłyszalną pieśń.

***

Moja sztuka wydaje się ludziom zbyt święta – tak święta, jak śmierć.

***

Henri Cartier Bresson, —

Henri Cartier Bresson, —

Muszę sam w sobie się zwęglić i powoli ostygnąć.

***

Cóż jak nie urzędowanie czyni mnie beznadziejnie chorym, narzuciwszy uprzednio same niegodziwości, najnikczemniejsze myśli i zwątpienia, piętno bezpłodnej przyziemności, która odstrasza i neguje, i wyczerpuje ponad miarę.

***

Jakże ja osobliwie oderwałem się od świata, od tych wartości i stosunków, które w nim mają jakąś rangę!

Ernst Ludwig Kirchner: Kobieta w zielonej bluzce

Ernst Ludwig Kirchner: Kobieta w zielonej bluzce

Moja istota zjawia się tak niewyraźna i zgaszona, że jej kontury nikną w oczach, i podejrzewam pewien absurd, że się rozwieje bezpowrotnie, ona, której już teraz świat nie widzi i usunęła się tu na bok, w ten sztuczny czyściec kręgu życia, wyobcowany, niepojęty.

I potęguję skryte lęki, że się oddali wprost przed siebie, gdzie jej nie znajdę, gdzie jest niczym, nicością obcą, bezgraniczną, niewyznającą życia innych i nieznaczącą dla nich więcej niż wielka pustka, wieczna mierność.

***

Zdarzało się, że przemijały dnie, zanim widziano mnie na ulicy, gdzie w samotności i bezruchu pędziłem doby i godziny, błądząc przy domu i okolicy, trawiony lękiem, pełen czegoś, co rozsadzało mnie na strzępy, co tkwiło we mnie tam, na spodzie, gdzie nie odzywa się świadomość, a ono drgało i czekało, i popędzało ku spełnieniu, ku wyjaśnieniu swego losu.

***

Henri Cartier Bresson, —

Henri Cartier Bresson, —

W nocy, a może tuż nad ranem, obudziłem się szczelnie spowity w kołdrę, nasłuchujący i spotniały, w koi milczenia i głuchości, przez której ściany raz za razem poczęło szaleć dzikie serce. I łomotało, i się tłukło, i przez grafitu ciało wątłe coś zadźwięczało, coś się perliło srebrzystością.

W narastającym brzasku godzin budziłem oczy nieprzeparte i zanurzałem się w ich białość, czerwoną jasność nikłych kształtów, nierozpoznane wonie lata. Stężała grząskość krwi wnosząca się w przestrzeń, ciemniała rodząc obrazy, płodzące myśli o nadczłowieczej woli lotu, o nienazwanej gwiazd tęsknocie, tak gorączkowej, tak odległej.

Ernst Ludwig Kirchner: Kawiarnia w Davos

Ernst Ludwig Kirchner: Kawiarnia w Davos

Minął czas oczekiwania i znajdowałem się poza nadzieją i poza lękiem. Spoczywałem w złocie czerwieni spadających liści, a żółte astry o nieprawdopodobnie gęstych płatkach, o mięsistych łodygach i woni gotyckich miniatur, prześwitywały spoza błękitnej szaty dali, poza którą przesuwała się wieczność i nierealna teraźniejszość, i nieruchomość zbędnych dni.

© Andrzej Osiński

Reklamy
Published in: on 10 lipca 2012 at 12:09  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/10/poeta-jako-pandemonium/trackback/

%d blogerów lubi to: