Złowrogi czas Jakuba Thibault (II)

Yves Tanguy: Gwałtowność snu

Yves Tanguy: Gwałtowność snu

Z zadumy poderwał mnie turkot kół zbliżającego się pojazdu i otuliłem się szczelniej blaskiem dogasających latarń. Wśród krzyków i śmiechu zbliżała się jakaś grupa młodych ludzi, z którą spotkania tak pragnąłem uniknąć. Myśl o ewentualnej konfrontacji stała mi się nad wyraz wstrętna i przeskoczyłem płytki parów, biegnący żyłą wokół drogi, wspiąłem się w wyschły młodnik sosen, zamarzły skibą chrzęstu stóp.

Posuwając się z trudem wzdłuż zmartwiałych w pozach zarośli, raniłem palce o wiciokrzew i rozgrzewałem nagie lica, topniejące zmarzliną pod dotykiem dłoni, którą wsunąłem w żywy gąszcz. Pogruchotane szkliwem liście dymiły szronem w moich oczach, smagając stopy biednym taktem.

Upojony i rozradowany tą zamierzoną samoudręką, niewiedzący i niestarający się pojąć w jaki sposób dotarłem na skraj lasu, nagi, bezbronny i rozpaczliwy, zdecydowany nie wracać na drogę, a tylko uciec przed tym wszystkim, zwłaszcza przed nimi, żyjącymi.

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Porzucić miłość i jej zarodki, samego siebie, społeczeństwo; uciec od tyranii atawizmu, jego nawyknień, zawziętości, i od istnienia w jego głębi, instynktownego nieodzownie, niedorzecznego i zaprzysięgłego zarazem, które przesącza do wieczności najgwałtowniejsze ludzkie nędze, najniewinniejsze zalęknienia. Uciec, opuścić, nie zatracić, wstrzymać na zawsze potok myśli, uwolnić ciszę, rozlać spokój – o, jakże tego pragnę!

***

Poczułem budzącą się we mnie nienawiść, zjadliwą furię, tłumioną w sobie od dzieciństwa, noszoną długo i z zamiarem, jak ziemia nosi wrzące jądro, i ta głucha, upojona wściekłość, ten kasandryczny, nagi żal, tryskały od czasu do czasu z mego wnętrza strumieniem lawy i płomienia: pilnym, nierównym, niewstrzymanym.

***

Yves Tanguy: Ani legendy ani postacie

Yves Tanguy: Ani legendy ani postacie

Niektórzy znajdują w swojej wierze oparcie tak skuteczne, że dzięki niemu nie zaznają żadnych oporów wewnętrznych, żadnych skrupułów, nadmiernego poczucia roztropności, niedowierzania sobie, pokory.

***

Nadzieja istnienia poza grobem, wiekuistego bytu w ciele Boga, jest równie niezbędna konającemu w godzinie śmierci, jak żywemu świadomość, że będzie mu dana chwila następna, że otrzyma jeszcze.

***

Moje ubogie siły i władze zdają się być doszczętnie rozbite i rozproszone bezpowrotnie, jak gdyby wdeptane w ziemię i rozrzucone, ale cóż to w ogóle znaczy, cóż to może obchodzić nieistniejącego i nienależącego do ziemskiej sfery, z którą ów czuł się zawsze rozłączony i oderwany, i wyzuty.

Jestem nikłym płomieniem, pochłaniającym wyczerpanie ciała i rozluźniającym ostatnie więzy tego świata: kruchym, wątpliwym i drgającym.

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

To życie poddane raczej zgaśnięciu, płynie nieznacznie, bezowocnie, jak los topielca wycieńczonego falą, który wydostał się na brzeg i uratował przed wchłonięciem, lecz nie jest życiem ani śmiercią, jeno sennością i zwątpieniem, pnącym się w górę i wznoszącym w nieziemską słodycz, w potępienie.

***

Jak ja już wszystkich przejrzałem na wskroś! Świat stał się dla mnie obcym naczyniem, szczelnie zamkniętym, hermetycznym, w którym dla pragnącego pojąć, już nie ma miejsca ni własności.

Jestem tak nieuzasadniony, że nawet obecność Boga nie chce naruszyć tej samotni.

***

Yves Tanguy: Przez ptaki i ogień, ale nie przez szybę

Yves Tanguy: Przez ptaki i ogień, ale nie przez szybę

Nie przymuszając się do uśmiechu i nie potrafiąc ująć głosu we właściwej ripoście, odwróciłem się od nich plecami i poruszyłem ramionami w geście wściekłości, po czym zbliżywszy się ku oknu, zastygłem w pozie udręczenia, z którego – jak się zdaje – nic i nikt nie jest mnie w stanie już wyciągnąć.

***

Pozory zewnętrznej energii, jakie zachowuję, są tylko skutkiem rosnącego zdenerwowania, bezradności zwątpienia, zobojętnienia.

W rzeczywistości to, czego domaga się ode mnie ta przymusowa sytuacja, a mianowicie cierpliwość, niema aktywność i pokora, które zostały spacyfikowane uczuciem niemocy i zbędności, są tak nieznośne dla mego temperamentu, tak obrzydliwe mojej duszy!

A jednak pozostawiono mnie tu, abym wytrwał za wszelką cenę, bezceremonialnie i bezgranicznie, i bym utracił wątle siły w walkach wznawianych bezustannie.

***

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Doprowadzam się do takiego stanu wrzenia, że nie mogę powstrzymać zgrzytania zębami, i drżący z zimna zmierzam ku przeznaczeniu, podnosząc oczy i obserwując w skrytym półcieniu lustra swą udręczoną starą twarz, splątane włosy, dziki bunt.

I opadam na fotel miękko, i zakrywszy policzki dłońmi, wyzwalam głuchy, nagi płacz, biedne konwulsje, chorą rozpacz.

***

Śmierć jest naszą najstarszą znajomą, ale kiedy podchodzi do nas całkiem blisko, na wyciągniecie wątłej ręki, wówczas silimy się na apatię, nie przyznajemy się już do niej, jak gdybyśmy ujrzeli ją po raz pierwszy.

***

Yves Tanguy: Nieskończona podzielność

Yves Tanguy: Nieskończona podzielność

Wszyscy śmieją się do siebie ot tak, bez powodu. I nie pragną dopuścić, aby życie mogło przerodzić się w coś smutnego. Dlatego myślą jak najmniej, a jak najczęściej chcą się bawić. W końcu wszystko się staje dla nich zabawą, nie wyłączając samego faktu życia.

***

Milczałem z głową pochyloną, przygarbionymi plecami z rękami niepotrafiącymi znaleźć swojego miejsca. Widmo nieodległej przeszłości wzbudzało we mnie głuchy gniew, i pojmowałem, iż nic z tej mizernej egzystencji, jaką już miałem poza sobą, nie znajdowało łaski w moich oczach.

W żadnym okresie mego życia, nigdzie i nigdy nie znajdowałem się naprawdę swobodny, rozpogodzony i na miejscu, na moim własnym gruncie, w opłotkach.

Jacques Henri Lartigue, ---

Jacques Henri Lartigue, —

Wszędzie pozostawałem tylko obcy, nie tyle obcy, co ścigany przez własne furie, retrospekcje, przez społeczeństwo i najbliższych, przez nędzę życia, przez warunki. Prześladowany przez coś, czego nie umiem ująć w słowa, co tkwiło tutaj, we mnie samym, i co zniszczyło moje życie.

***

Od chwili, gdy przestudiowałem swoje rozpaczliwe credo, uchylił się moim oczom rąbek bolesnej tajemnicy, i rozpoznałem pewne sprawy. Z dławiącym krtań smutkiem spostrzegłem, że pod słabymi pozorami, tkwi tutaj i umiera człowiek, kto wie, czy nie godny pożałowania. Ten człowiek jest na dodatek mną i jest mi w zupełności nieznany.

Yves Tanguy: Pałac na okiennych skałach

Yves Tanguy: Pałac na okiennych skałach

Cóż ja w ogóle wiem o sobie? Czyż nie jest tak, że pierwszy lepszy zapoznany od dekad szkolny kolega, wie o mnie daleko więcej aniżeli ja sam? Czyja to wina i czy jest winą?

Nie mam ze sobą wspólnego języka, tak jak nie mam go z pokoleniem i z wszystkimi młodszymi, którzy dopiero nadchodzą. Nie jest mi znana ich mowa, jaką mógłbym się z nimi porozumiewać, jesteśmy sobie z gruntu obcy.

Mimo to wszystko, tego niepojętego niezrozumienia, mimo żałośnie ponawianych prób przepływu myśli, nie ma na świecie innego człowieka, którego mógłbym równie dobrze pojąć, i kto by przeniknął do mej głębi, jak ja sam. Jestem w tym sobą, bezpowrotnie.

© Andrzej Osiński

Zdjęcia i reprodukcje z Internetu

Advertisements
Published in: on 10 lipca 2012 at 12:22  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/10/zlowrogi-czas-jakuba-thibault-ii/trackback/

%d blogerów lubi to: