Pod słońcem Bernanosa

Brassai, ---

Brassai, —

W godzinie zmierzchu, bezbrzeżności, w której horyzont barwy kości słoniowej dotknięty samotnością i lodem milczenia, przekształca, przeistacza się w krew mroczniejącą w martwym sercu, w godzinie tej poeta destyluje w swoich myślach życie, waży jego esencję na szali, aby wydzielić złowrogą treść, rozkapryszoną i zatrutą.

Zapadający rdzawy zmierzch wypełnia tumult wątłych rąk, pęcznieją usta, błyszczy wzrok, on zaś „łokciami wsparty o marmurowy blat stolika, patrzy, jak otwiera się noc niczym lilia” (G. Bernanos).

***

Przypadki są bez znaczenia; tragedię nosi się już w swoim sercu.

***

W cudzym cierpieniu rozkwita nienawiść do własnego upodlenia.

***

Brassai, ---

Brassai, —

Jestem już w wieku, kiedy sam na sam z kobietą, staje się nazbyt szybko nieznośne.

***

Chełpiłem się z pozy uważnego obserwatora, usiłującego podążać krok w krok za namiętnością, za polorem, kapryśnym znakiem namiętności, mocniejszym w treści, nieuchwytnym, jak błyskawica, jak mdły ton.

Poznałem tyle, co na zewnątrz; to, na co pozwoliło moje osobne zwierciadło, własna żałobna mina, poza udręczonego mędrca! Nie potrafiłem upaść w głąb, dźwięk narodzenia i rozkładu, rozwijający serię w smak, nieprzenikniony, nieprzeparty. Łączą się w nim lub odpychają z woli tajemnej zażyłości powierzchnie żądań obłych chmur, my zaś u spodu, spod powierzchni, widzimy jeno nagi błysk, histerię burzy rozwodnionej, co niedostępne budzi sny.

***

Brassai, ---

Brassai, —

Wyrwałem się drżący z radości, że jestem wolny, i przybiegałem jak do grzechu, hołdując złudzie i emocjom, byle uczynić zgubny krok, zapaść się w jasność, uciec w mrok.

Jakaś rozpatrywana po wielekroć książka, czyjaś niedobra myśl, ulotny obraz, może film, ujrzane kątem przez powieki, co nie rozwarte gęstym snem, kiedy tak tkwiłem w świetle łez, płynęły ku mnie wspomnieniami i napawały się ironią.

Ale wbrew oczywistej wadze słów, jakiś wewnętrzny kiepski chichot, po stokroć tęższy i dobitny, wywodził z całą stanowczością, że to już koniec, ten brak tchu, i że przeszłości nie odwrócę, nie roznamiętnię horyzontu i nie poszerzę jego w rozkosz.

I przez zamęty niespełnienia poczułem jak w mym biednym sercu, wzbiera nie stara rezygnacja, ale subtelna dzikość łez, jakby przeczucie nienazwane, że tu, czy gdzie indziej znajdę przystań, wątły przytułek dla mych stóp, co go przekroczę, pójdę tam.

***

Brassai, ---

Brassai, —

Człowiek uwierzył w umiejętność rozbrojenia nieznanych i niebezpiecznych sił poprzez nazwanie ich po imieniu.

***

To, co nie do uwierzenia, obywa się bez zbędnych dowodów.

***

Georges Bernanos: „Grzech zapuszcza w serce korzeń powolnie i głęboko, ale piękny trujący kwiat olśniewa przez jeden tylko dzień”.

Brassai, ---

Brassai, —

Radość pierwszego buntu podobna jest powtórnemu przyjściu na świat. Nic ani nikt nie zdoła jej przytępić.

***

Pragnąłem zapomnienia, ale jutro nie nadchodziło, a rozerwane ongiś więzy, jęły się cisnąć wokół ciała, i ich schronieniem była klatka, gorzka ironia nagich krat, zza których prętów dobywało się nienaturalne i złe rzężenie.

Postać, w którą usiłowałem się wcielić, z poczuciem wiary niszczyła tę dawną, a uskrzydlające ją marzenia rozpadały się w moich oczach, jedno po drugim, na wskroś życia, zżarte przez nudę, odepchnięte.

Ponurość Losu ponownie pochwyciła mnie w swoje ramiona, i pochłaniała, osaczała.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 12 lipca 2012 at 10:26  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/12/pod-sloncem-bernanosa/trackback/

%d blogerów lubi to: