Poeta u wrót przeznaczenia

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

Czy żyłem kiedy inaczej aniżeli w obliczu niepowstrzymanej śmierci? Gdy bladolica czasza gór, niebieski zaśpiew, morze wód, tłoczyły pełnię w wątłą pierś, igrając tonem boskiej fletni, naczyniem kruchym, perłą sfer.

Czyż nie przyjęły mnie niebawem, zanosząc w wieczność spokój dni, co na krawędzi bytowania, na jego skraju, tuż wśród pól trwa mą miłością, wypełnieniem?

A ja nad brzegiem skroś szuwarów, nikłą rozkoszą bytowania wiedziony czule, uchodzący i niespokojny przerażeniem, co przed nicością niepokoju łono rozwiera i zaprasza.

Tak znikający przed swym dziełem, tak rozproszony w zwoju śmierci, co ją miłuję i oddalam, i niespokojnie prześladuję, węsząc i pragnąc ukojenia, z sercem rozdartym, zapędzonym, przebiegam życie w poprzek dekad, i z szałem w skroni wzywam Los.

***

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

Z dalekiego brzegu rzucono ku mnie uprząż, pośród tupotu obcych stóp spieszących na wskroś i przed siebie, wbrew mej chorobie, rozkładowi.

Nie pojmuję tego gestu zachęty, co odstrasza, co wzbudza trwogę, gdyż wyczuwam w nim zajadłość, zawarcie groźby niespełnionej, zrodzonej z tchnienia tego ruchu, jego wyczucia, mięsistości.

Zło rozmnożone samo w sobie, zrodzone z siebie, permanentne, odpychające człowieczeństwem, pożerające jego słodycz; czai się ono w pozorności, w czułości gestu i rozsądku, w roznamiętnieniu, roztropności, tak sprawiedliwej i tak trudnej, że jej brzemiona przytłaczają.

***

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

Bywały rzadkie chwile, kiedy byłbym się chętnie włączył w ów rozgwar mas, w taką zjadliwą wrzawę tłumu, co rozlewała się na placach, w wąskich zaułkach i ulicach, ale wówczas ostatkiem sił czepiam się świadomości, żywiąc ukryte przeświadczenie, iż oto mijam metę pragnień, i narasta obawa godzin, że coś minęło, coś ustało.

***

Ulice i klomby rozszalałego lata podpływały do mego łoża, a ich ulotność, jednoczesność, snuły się bielą rozsączenia, przenikającą fibry duszy.

Jaskrawość wrażeń przepływała na wskroś, nie dostrzegając pulsu tętnic, rozdygotana, szybująca, w czasie zaprzeszłym i w przyszłości, skoncentrowana na czekaniu i otulona miękkim mrokiem.

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

W jego płomieniu wysysałem siebie i własne myśli rozsyłałem, i doświadczałem dostojeństwa, trwałości czasu, niezmienności. Było, jak gdybym bez wysiłku mógł ująć w słowa bicie godzin, dziecięctwo serca, przelot ptaków, mogłem powrócić w te zarośla, klujące czernią wzdłuż strumienia i skierowane ku wieczności.

Teraz umiałem je opisać, a jednak było niepojęte to zniewolenie obcej chwili, ta peryfraza bezbronności, kiedy wyrósłszy i minąwszy ów jeżynowy wąski parów, musiałem tkwić tu w złym kokonie, dojrzały człowiek, schorowany, a wszystko, co przeminęło od młodości, tak uchodziło, tak marniało.

***

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

To, co stworzyłem, o ile w jakimś sensie przetrwa, umknie w przyszłość jako nieme wydarzenie, na które spoglądam, lecz które ogarniam w mierze bardzo niedostatecznej. Dlaczego się tak dzieje i dla kogo w ogóle pracuję? Dla czytelników czy wieczności, czy dla chorego końca rzeczy, dla zapomnienia nagich zjawisk?

I czy pojęta właśnie twórczość jest zachłyśnięciem czy dowodem, rozwartym czasem tej otchłani, która nadchodzi i połyka?

***

Pożoga nie oszczędzi tych stron; banalność czasu nie wystarczy, aby uratować ludzkość, aby jej prolongować życie.

Czyż nie zawróci ona w młodość, świeżość prostactwa i pogodę, jowialną krzepę upodlenia, z której się ongiś wyłoniła, z której wyrosła, o której beznadziejnie roi.

***

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

Poranny wiatr musnął moje okno w czas, kiedy falująca jasna szata zbóż kładła się pełznąc wokół lasu i nagle przejął mnie cichy pokój: rześkość tak cudna i przewyższająca wszystko, co ofiarował kiedy świat.

I złotolicy anioł życia, rozchybotany, szybujący, siadł u wezgłowia mego Losu, i rozkazywał mym natchnieniom. A one milkły rozedrgane, rozwierające krwawe pręgi nocy i uchodziły bez obrazów, acz same obraz ów tworzyły: znamienny, złudny, bezimienny.

***

Czy można przeciwstawić Sztukę całej tej nędzy, bezmyślności? I jeszcze niepohamowanej żądzy krwi, tej hekatombie zbędnych imion, nieprzeliczonych, nieprzebranych.

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

Czymże jest Piękno i czy jest spore, znaczne na tyle, by przemienić, aby wydobyć ludzką psyche z jarzma głupoty, nieistnienia?

Czy człowiek celebrujący torturowany i posegmentowany świat jest zdolny wyznać czułość wiersza? Czy się nim cieszy, czy rozróżnia, bada, wyławia z gniewnej rzęsy słów dygocących, jazgotliwych?

Poeta utracił wszystko, co można było utracić, przegrał siebie z kretesem. Nie uprzytamnia, nie nakłania, i nie prostuje błędnych ścieżek. Nie może marzyć o posłuchu. Jest zapomnieniem i zatratą, nagą ofiarą dłużnych godzin, którą należy spełniać szybko, bez kontemplacji i bez wzruszeń.

Winien sam wkroczyć na arenę, stać się Chrystusem rozszarpanym przez dzikie bestie, namiętności, przynależącym drzewcu krzyża.

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

Poeta kona w Getsemani, poświęca siebie i nie-siebie, żongluje życiem i nie-życiem, ucieka w czasy i przestrzenie, aż się zatraci, aż uwierzy, aż się zamieni w czysty dźwięk.

***

Wsłuchany w wyśpiew poranka, którego już nie obejmuję wzrokiem, i który minął szczelnym nurtem, wyłapywałem prądy życia, umykające, niewspółmierne. Opadały ze mnie subtelnie zdejmowane zasłony, przybliżające nagość bytu, jedna po drugiej, aż ustały, aż się rozwarły w niemym gniewie, i nie zostało ze mnie nic, już nie istnieję, nie trwam w czasie, prócz kilku zwierzeń, kilku westchnień, wsuniętych w ramę, niebadanych.

To, co utkwiło, przypłynęło, umknęło ciszą nieprzerwaną, aż tchnęła czystość i rozbrzmiała, przerwała serce chłodnych strun. Krople akordu pękły w przestrzeń, a ludzka wola, ta wspólnota, co nie jest masą, ale tchnieniem, i wionie kędy pragnie duch, i co zespala nagą jasność, powstała z ziemi i zagrzmiała wspólną niemotą wszystkich sfer.

***

"Niebiańskie dni" (1978)

„Niebiańskie dni” (1978)

O zmroku rozwarłem ramiona i oto ujrzałem, usłyszałem anioła pragnącego, bym wzrastał w wierze, i było tak, jak gdybym chciał, jakbym się musiał wtopić w pejzaż, i wkroczyć w niego i pozostać. I zapukała naga czerń.

***

Minął niepostrzeżenie dzień i znowu czuje się tą irytującą bezczynność godzin, fatalność marzeń, reglamentowanych przez nudę i niespełnienie.

I staję w świetle ograbiony z najcenniejszeg0 biegu lat, i rozdrapuję swe oblicze, więc je opuszczam, odczłowieczam, tak że pozostał tylko kształt.

© Andrzej Osiński

Zdjęcia z Internetu

Reklamy
Published in: on 12 lipca 2012 at 9:04  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/12/poeta-u-wrot-przeznaczenia/trackback/

%d blogerów lubi to: