Powrót poety marnotrawnego

Thomas Cole: Pielgrzym

Thomas Cole: Pielgrzym

Po jawnej nieobecności, zżarty przez własne wizje i fantazmaty chorej duszy, pokonany uporczywością nędzy i upodlony przez niedobór, powracam w ramiona żywych, myśląc o Domu Ojca, z którego ongiś zbiegłem w świat, o jego licu nienazwanym, nieposkromionym, niepojętym.

W tym lichym locum pełnym płaczu, gdzie nagie ściany kryją żal, krzyczą jestestwem biednej matki pochylającej się nad łożem, wiecznie skrzypiącym, niedomkniętym, gdzie oczy brata niekochanego, lecz dzierżonego nadal w sercu, zraszają łzami szczupłą twarz; w tym pokoju, którego mury pragnąłem opuścić, roztrwonić miałkość, upaść w szczęście – tu doświadczałem upojenia.

***

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

Stałem się synem marnotrawnym, w jego personie widzę siebie, słyszę w nim ciche obce słowa, które uwięzły i przywarły do lica krtani, nienazwane.

Czuję ich echo, martwy stukot, strząśnięty z nędzy, rozproszony.

***

Bo dom mnie więził, tak tamował, stłumieniem cichym, zalęknięciem, porostem murów oczadzonych: bez żyłki słońca, kruszejących. Schron ten wzniesiono niegdyś dla mnie wraz z całym światem, wraz z istnieniem, lecz był mi ciasny, nienawistny, a tak pragnąłem ujrzeć Pana, spostrzec go w trawie i w igliwiu, porzucić złudny komfort dnia.

Zbieg to był ze mnie bezszelestny, ukradkiem najbogatszy z wielu.

Ruszyłem w drogę przytroczywszy do pleców bagaż z intymnych moich bogactw, z wszystkiego, co mogłem, co posiadało jakąś wartość, lecz roztrwoniłem i zgorzałem, płacąc płomieniem prostych miar, poznając lubość, która spala, lecz nie odświeża, nie uskrzydla; tląc się ubóstwem pożądania, zżerając skwarem wiecznych żądz.

Thomas Cole: Wygnanie z Edenu

Thomas Cole: Wygnanie z Edenu

Aż na pustyni uniżony, zostałem nagi, sam na sam. Tam pokochałem własną wolę, tam zrozumiałem cenę dnia. Jątrzące rany, niewygody, klęska tchórzostwa i rozkładu, pchnęły mnie w przepaść bez powrotu, w zmarzlinę serca, zapomnienia.

Gdybym Go przyzwał, był tak blisko! Mogłem uchwycić nie szukając, mogłem bezwolnie posiąść wszechświat, być w nim na miejscu, immanentny. Zakorzeniony bez podniety, bez konwenansu i powodu.

***

Pragnę nie myśleć już jak człowiek, być tylko sobą bez myślenia. Jeszcze nie myśleć w samotności, pragnę nie błądzić, znać wytchnienie.

Szukałem siebie, jakim byłem – tak mógłbym to określić w słowach, a jednak kreślenie własnej odrębności, w dodatku nieefektywne, bezowocne, jest tak nużące, bezzasadne.

Dlaczego nie byłem w stanie wprost przewidzieć mej własnej nędzy?

***

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1961)

„Goście Wieczerzy Pańskiej” (1961)

Mój słaby umysł ulega zrazu pragnieniu, a następnie cierpieniu, by dać się posiąść przez zwątpienie. Tak więc poddałem, odstąpiłem, by stać się tym, kim być pragnąłem, lecz nie umiałem i wątpiłem.

Droga, po której kroczyłem, rozczarowała, jest mirażem, może zachętą ku rozpaczy; droga niepozwalająca na powrót, na złudność chwili, na wytchnienie.

© Andrzej Osiński

Zdjęcia z Internetu

Advertisements
Published in: on 12 lipca 2012 at 9:29  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/12/powrot-poety-marnotrawnego/trackback/

%d blogerów lubi to: