Mauriac. Cierpkość salonu

Brassai, ---

Brassai, —

Ta stara niedowidząca kobieta przeistaczała się w moich myślach w istotę promieniejącą doskonałą pokorą, podobnie jak ciemny wilgotny salon, którego jedyną ozdobą był rozrośnięty do absurdu fikus, i który pełnił wiele funkcji, uległy transformacji w mojej ubogiej poezji w najczystsze ognisko domu, oazę słodkiej Wenery, strzeżonej przez grupę westalek.

***

Tylko w odosobnieniu i samotności można posiadać to, co się obdarza miłością.

***

Nie ma nic prostszego i zarazem bardziej banalnego aniżeli rozwiązłość.

***

Brassai: Picasso i Jean Marais

Brassai: Picasso i Jean Marais

W życiu wszystko zdobywa się siłą woli, także miłość.

***

Noc pulsująca ciszą Boga. Wchodziłem powoli po schodach, noga za nogą, krok po kroku, z tym złym brzemieniem na mych plecach, miażdżącym barki, mnącym skroń. Zapaliwszy ubogą lampę siadałem, wiedząc, iż utraciłem zdolność przetwarzania faktów mocą swych wizji i fantazji, a własny spokój był złudzeniem ciernistych godzin, męki dni. I rozejrzałem się po locum, wchłaniając jego rzeczywistość, te brudne ściany z lichym parchem, upstrzone zgniecionymi muchami i pajęczyną poruszającą się na tle wilgotnych plam sufitu.

Brassai, ---

Brassai, —

Od zrujnowanego sosnowego stołu, z którego rzadko korzystałem, ziała upiorna pustka oferująca woń przekraczającą moje siły. Kruche zasłony spowijające okna, które opiewam w jednym z esejów, zostały naruszone zębem czasu i rozpraszały stada moli, stearynowe i herbaciane plamy nędzy spowiły dywan żebrzący o zmiłowanie; o jego omszałą krawędź wspierał się sparszywiały fotel z mocno wyszczerbionymi prętami, który rozpamiętywał własną młodość, własną dojrzałość, cichy kres.

***

Cenię ubogie, lecz pełne słodyczy domowe ognisko, tchnące usystematyzowaniem i nieziemskością zwykłych aktów. Żywię hołd dla tradycji skąpanej w woni aromatycznej zupy, pieczeni mięsa na talerzu, długich posiłkach cichych godzin. Czy to jest marność?

***

Brassai, ---

Brassai, —

Przyglądałem się w lustrze odbiciu mojej bladej twarzy, która straciła jedność ze światem. Kim ja w istocie tutaj jestem, tkwiąc w urojeniach i złych wizjach, zasklepiwszy się głęboko we własnej wyjątkowości, którą podsycam, rozprzestrzeniam?

Wydrążyłem sobie „głęboką jamę, ale na próżno się w niej zaszyłem: słyszę już zbliżające się uderzenia łopaty” (F. Mauriac).

***

Wstałem i wyszedłem w prześwietloną słońcem zieloność dnia. Kroczyłem tą starą drogą z narastającym uczuciem uwikłania w nierozerwalną chorą sieć. Byłem schwytany bezpowrotnie, bez możliwości przejścia matni. Woń gliwiejących w chłodzie drzew, więdnących ostów, obłych traw; pohukujące na wietrze gołębie, których matowe cienie dały rozpoznać się mym oczom – wszystkie te ekskrementy późnej jesieni, jakimi zwykłem się rozkoszować – przedzierały się do wrót moich pragnień i zatruwały chłodem umysł. Tak bezlitośnie, tak dosadnie.

Brassai, ---

Brassai, —

I uwierzyłem w możność niebycia, w złudność ucieczki, osaczenie. Ujarzmiony upadałem raz po raz pod tym ciężarem, którym dobrowolnie obciążyłem me wątłe barki, gdy przeklinałem swego Boga.

Krzyż, który przygniatał do ziemi, nie był człowieczym, nie był moim; wziąłem go raźno w czas szaleństwa, czas gotowości do poświęceń, gołosłowności własnych mniemań. Jakże beztrosko postąpiłem, jak nieroztropnie wlokłem kulę u biednej nogi galernika, który zamarzył o męczeństwie!

Wszystko, co mnie spotkało to bożyszcze, dla którego na próżno ponosiłem ofiary.

***

Brassai, ---

Brassai, —

Ścieżka prowadząca do wioski stała się przedłużeniem Drogi Mlecznej, na której rozbrzmiewał odgłos moich samotnych kroków. Tkwiłem na niej w milczeniu, pochłaniany przez tęskne pragnienia, których nie zaspokoją skarby świata; pochłaniany przez Miłość nieznajdującą odbicia w ludzkiej twarzy i roztkliwiającą się duchem, co obejmuje nagie gwiazdy.

W miejscu, gdzie tłuste świerszcze rozpromieniały się w swój koncert, ujrzałem obrus czarnego nieba i przystanąłem z zachwyceniem, zawieszony na rogach tej niepojętej świątyni. Pochłonięty swą nikłą drogą, oderwany od siebie samego i niezwiązany z człowieczeństwem, usiadłem na martwocie drzewa i otworzyłem nagie dłonie, by przyjąć Tego, który trwa.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 14 lipca 2012 at 8:51  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/07/14/mauriac-cierpkosc-salonu/trackback/

%d blogerów lubi to: