Lekkie rozczarowania Hermanna Brocha

Hermann Broch

Hermann Broch

Tadeusz Różewicz: „Czytał książkę / było popołudnie niedzielne w mało znanym mieście w Europie Środkowej (…) / poczuł, że musi się zdecydować, że powinien coś uczynić / zaraz / przecież czekał dwadzieścia lat / wiedział, że musi wybrać / że to ostatnia chwila / chciał się ruszyć, ale nie mógł sobie przypomnieć o co chodzi / zapominał coraz głębiej / inni ludzie poruszali się obok żywo / rodzili się i umierali w pośpiechu”.

Letnia niedziela, zbierając się z wolna ku odejściu, przykrzyła się i rozwlekała w zastygniętą niedbałą pozę, która była karykaturą pozostałych dni tygodnia. Złożony w swoim pokoju twórczą niemocą i prostracją, przysiadywałem na kanapie i pozwalałem przesiąknąć się do cna spleenem, jaki wykluczał wszelką pracę. W tej bezczynności nasłuchiwałem głosów kościelnej sygnaturki i rozmyślałem o kancelarii, która pragnęła wyciągnąć po mnie szpony. Niekiedy rozwijałem w niej działalność doprawdy wyjątkową. Częściej pędziłem dnie w jaskrawej bezpłodności, przy czym moje pragnienia nie przestawały żywo krążyć wokół możności wyrwania się stamtąd na światło dzienne i pozostania niezależnym.

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Murnau, pociąg

Dręcząca mnie irytacja wzrastała z każdą minutą a opieszałość zawiadująca całym jestestwem potęgowała ospałość i chorobliwy brak decyzji. Nie chciałem naciskać Losu, pragnąłem dać mu wolną rękę i podporządkować się wyrokom, oczywiście z właściwą sobie czujnością, ba, nawet przebiegłością, o tyle potrzebniejszą, że „ta instancja decydująca wypracowała sobie osobliwy system kierowania moją osobą” (H. Broch) – ściągała mi na kark nieprzyjemności, które musiałem jakoś znosić.

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Murnau, Johannisstrasse

Los zepchnął mnie zresztą w to ustronne miejsce, w którym unikam głębszych pytań i nie znajduję odpowiedzi, jakim inaczej musiałbym stawić czoło. Nie pamiętam już kiedy ostatnio interweniowała moja właściwa wola, zawodząca tylko, abym w ogóle nie podejmował działalności i porażona każdym ruchem. Owo niezdecydowanie jest formą mego zaufania do świata: „powolne przetrawianie życia, powolne przetrawianie losu” (H. Broch), i naprowadza na codzienność.

***

Człowiek jest tani, ale nawet na żądzę, bodaj najtańszą, trzeba mieć pewien zasób krzepy, a nie – zaprzeczać swej słabości, niewydolności i taniźnie. Żądza to nie spoglądanie z góry i nie kłamliwa słabość, usiłująca zagłuszyć naturalne instynkty. Pożądania nie można powstrzymać hałasem, czyniąc w duszy harmider i przekonując je, iż nie jest duszy godne.

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Domy

Gdyby nie zapomnienie, pamięć rzeczy i zdarzeń nie mogłaby wcale urosnąć. „Bo zapomnienie niesie w pustych rękach niezapomniane, a to niezapomniane niesie znowu nas” (H. Broch). Tym utraconym karmimy bez końca czas i przyzywamy naszą śmierć, a to, co nie przeminęło, jest nikłym ustępstwem śmierci na rzecz nas, i w tym momencie, kiedy je przyjmujemy, tylko fizycznie tkwimy tutaj, będąc zarazem wszędzie tam, gdzie świat dotyka wieczną jasność.

Gdyż to, co niezapomniane jest podarunkiem czasów przyszłych i przeznaczone nam na zawsze, to bezczasowość, która niesie nas w jasność i światłość, w państwo Boga.

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky, —

Wstydliwość jest suknią, która osuwa się ciężkimi fałdami.

***

Hermann Broch: „Jeszcze nigdy się nic samo nie ułożyło… a już najmniej Sąd Ostateczny”.

Wraz ze wzrostem naszej niegodziwości, wzrasta też nasza odpowiedzialność. Jest ona zawsze większa od nas, co oznacza, że im głębiej zanurza się człowiek w podłości, aby odnaleźć własną postać, tym większa ciąży na nim odpowiedzialność za zbrodnie – także i te, których nie popełnił.

***

Prawdziwa miłość jest przeszkodą w każdym wygodnym życiu.

Robert Graves: „Miłość to wszechpotężna migrena / Jaskrawy kleks, który kapnął / Na wzrok i zalał rozum”.

Katullus: „Boś ty zabrała / Mnie nędzarzowi wszystkie, ach, zmysły! / Odkąd cię tylko, Lesbio, zobaczyłem. / Sł0wa me nieme, myśli me prysły. / Język drętwieje, w żyłach się toczy / Płomień i pożar, w uszach mi dzwoni / Niesamowity dźwięk, a na oczy / Pada noc mroczna! ”.

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Kompozycja druga

Już niepodobna zrozumieć, co dzieje się w jakiejś innej dziedzinie wiedzy, oprócz mojej własnej.

***

Znużony długą podróżą, sunąłem po połyskującym ziarniście asfalcie i przekraczałem skraje skwerów. Nie pozostawiwszy sobie miejsca do namysłu, pokonywałem zakosy trawy i profanowałem obrzeżający się chodnik. Zrazu widziałem tylko parującą wilgoć ziemi i oddawałem się we władanie krzewów, a raczej wdychałem je i rozluźniałem z lubością nagłego olśnienia, co płynęło wilgotnym powiewem i przekraczało ogrodzenie. I chwytałem mięsiste listowie, prześlizgujące się po dłoniach.

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Kościół w Murnau

Tadeusz Różewicz: „Zmęczony szukałem cienia pod drzewem wiadomości dobrego i złego / ale drzewo uschło rozwiało się”.

***

Obudziłem się nie otwierając szeroko oczu, gdyż zawsze istnieje możliwość dognania snu, co ucieka. Ale oto odsunął swe skrzydła z wolna i pozostawiał uczucie suchości w ustach, w które się był zanurzył, i których nie chciał się już wyrzec. Spod przymkniętych powiek spoglądałem przelotnie ku oknu; przez szpary w zasłonach sączyło się blade światło, zwiastujące wrześniowy deszcz. Było ono jakby kontynuacją snu, kategorycznie teatralną i pozbawioną cienia dźwięku. Uznałem, iż jest jeszcze wcześnie, a dla istoty, która do tego, co sam świat nazywa życiem, jest przywiązana nićmi słabymi i prawie nieistniejącymi, ranne wstawanie jest zadaniem przekraczającym ludzkie siły. A może nawet gwałtem.

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Improwizacja

Niegdyś zwykłem odtrącać i przesuwać ludzi, dzisiaj, kiedy poczuwam się zagrożony, stałem się dostępny komplementom typów najcudaczniejszych pod słońcem; jest to coś na kształt ruchu wahadłowego, oscylującego od jednej skrajności ku drugiej: chwiejność od chorobliwej atrofii i wrażliwego zamknięcia się w sobie do bezwładnego rozluźnienia, jakiś brak umiaru w postawie, który jest oznaką ludzi kurczowo trzymających się ochłapów życia, a zarazem w jakimś sensie rozpasanych i byle jakich, którym brak w zupełności instynktu wartościowania.

Tadeusz Różewicz: „I zrozumiałem u kresu wędrówki / że zrozumiała poezja / staje się w końcu niezrozumiała”.

***

Wassily Kandinsky: Munich-Schwabing z kościołem św. Urszuli

Wassily Kandinsky: Munich-Schwabing z kościołem św. Urszuli

Żaden z porządków nie jest równie przypadkowy i dowolny, co istniejący obecnie.

***

Znalazłem się na drodze całkowitego osamotnienia, a to, co uchodziło w moich oczach za równowagę i harmonię, było jedynie odbiciem, które sobie stwarzałem, żałosnym wizerunkiem, jakiego cząstkę stanowiłem. I czując się coraz to samotniejszy, uświadomiłem sobie, jak bardzo oddalają i rozpadają się w moich myślach przedmioty, jak nieznaczące i obojętne stają się łączące je więzi, aż w końcu zdają się w ogóle nie istnieć, są bez znaczenia, nierealne.

***

W naszych czasach dominanta stereotypu stała się tak powszechna i widoma, a więzi społeczne rozsnute pomiędzy jednostkami na tyle rozluźnione na korzyść pojęć kolektywnych, tak ujednostajnione i odindywidualizowane, że pamięć jednostki broni się przeciw tym faktom z najwyższą trudnością. W istocie nie jest już w stanie oprzeć się regule.

***

Wassily Kandinsky: Fuga

Wassily Kandinsky: Fuga

Każdej nocy spoglądam w nagi prześwit nieba, połykając zamarły rewir jesieni i przykuwam się do otwartego okna, pozwalając się wsysać przez pustkę tego biednego pejzażu. I wówczas przypełza trwoga, wyzuta z realnej trwogi, i niesie serce lekko niczym kwiat w martwotę samotności, w daremność oddychania.

***

Wassily Kandinsky: Skontrastowane dźwięki

Wassily Kandinsky: Skontrastowane dźwięki

Przeciąłem nagi plac, który nagle zalała feeria istnień ludzkich i poczułem się jakoś odmieniony. Bo jakkolwiek wyizolowana byłaby moja dusza, i jak mało obchodzi ją fakt, że jeszcze przebywa w ciele wyposażonym w niezbędne organy, i aczkolwiek gardzi tym, że obok niej przewijają się i ocierają jakieś osobne stworzenia – od razu, gdy ujrzy pobratymca, traci swoją jedyność i czuje nieprzezwyciężoną styczność z drugim. Wówczas jest „jakby rozdęta, zdeformowana, rozszczepiona między żałobą a szczęściem w uświadomieniu sobie doczesności i śmierci” (H. Broch).

***

Jestem tylko zewnętrzną fasadą, za którą kryje się nicość: ciemne komnaty bez substancji, które mnie niosą na swych barkach, przepływające przeze mnie mętnym nurtem. Pociąga mnie błękit nieba i uszczęśliwiająca zmienność barw jesieni, które się rozciągają nad miastem. Pragnąłbym, by popłynęła we mnie taka przejrzystość, pozwalająca oddalić mroki i przeczuć niezmierność wszechświata, chciałbym ustalić skalę, co łączy ciemności i jasności, wieczność i ograniczoność z bezkresnym okiem nieba, i wkroczyć w to oko, i nie powrócić.

***

Wassily Kandinsky: Żółcień-czerwień-błękit

Wassily Kandinsky: Żółcień, czerwień, błękit

Przemierzając ulice mojego miasta pozwalam się nieść przez różne utajone prądy, mając swój cel na oku, tak jak posiada go większość przechodzących tu ludzi i mijających mnie swym prądem. Przeto wkraczam w ową sieć prądów: kruchy, bezwładny i pozbawiony sensu, usiłujący skryć się pod odzieżą.

Heinrich Böll: „Nie chcę tu wrócić. Nie chcę. Wszyscy, których kochałem, nie żyją, i wszyscy, których nie kochałem, żyją”.

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Cmentarz i plebania w Kochel

Zazwyczaj zapominam o tym, co się wydarza pomiędzy stacjami życia, ale kiedy sunąłem wzdłuż bulwaru, przecinając nieliczne kępy ludzi, wpadło mi na myśl, że chwili tej nie zapomnę, i że zaliczę ją w poczet tych, jakie przywołam w czasie śmierci, a nawet zabiorę w wieczność.

Dlaczego właśnie ten moment sennego przyczajenia, rozfalowany i w gruncie rzeczy niemożliwy do uchwycenia, dlaczego właśnie on zamiast jakiegoś podniosłego, utrwalonego w ciężkim spiżu? Nie jestem w stanie tego wyłuszczyć, gdyż lekkość, z jaką przeciąłem bulwar, owa pozorna swoboda ruchów, zostały zanotowane przez umysł, lecz powstrzymane przez świadomość, i w końcu sam już nie wiedziałem czy o czymś myślę, dywaguję, czy staram się przypomnieć jakiś cel, dla którego tu właśnie przybyłem.

Hermann Broch: „W bezczasowości naszego >ja< nic nie bywa zapomniane, nic wybaczone”.

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Jadalnia

Żaden człowiek nie jest naprawdę stary, także ten, na którego ciele i twarzy dobrze znać przeżyte lata, lecz jego „ja” jest poza czasem, a jego pamięć przechowująca to, co minione, nie poddaje się starości.

Szybko zapadający wieczór życia spowija mgłą meble i ściany pokojów; w promieniach dogasającego słońca kwitną i więdną pelargonie, pragnące przetrwać w ciszy zimę; człowieka spowija sen, przemierza on pokoje swojego domostwa, podchodzi do swego łoża, by na nim spocząć i nie powstać, lecz jego trwałe „ja” żyje rozpięte między snami, płynie przez prądy ponad miastem, i tak wymyka się istnieniu.

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: W błękicie

Śmierć jest nieodmiennością, przeznaczeniem, jest to „martwota mieszająca się do spraw życia”. Jej pozaczasowość jest nie na czasie wkracza w bezczasowe „ja”, i oto dusza „zastygła w architektonice śmierci”, znieruchomiała ze zdumienia.

***

Moje życie zderzyło się z Losem, a niepojęta wyrwa, jaka powstała w wyniku naturalnego biegu zdarzeń, nie znalazła jeszcze wytłumaczenia. Co i dlaczego przeszkadza mi szukać sobie innego schronienia? Dlaczego trwam niby przykuty do tego wstrętnego miejsca, przymocowany do zdarzenia, które niepowstrzymanie i bezwzględnie rozwijało się aż do tego punktu?

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky, —

Wszystko, cokolwiek się dzieje, zbiega się w owym słabym „ja”, jak grząskie drogi na rozstajach; w tym biednym „ja” znajdującym się teraz samotnie w kręgu światła stojącej lampy. Czyż nie jest tak, że wszystkie sprzeczności i różnice nie muszą się w punkcie tym wyjaśnić i rozstrzygnąć?

***

Wassily Kandinsky, ---

Wassily Kandinsky: Improwizacja 6

Chwyciłem się poręczy schodów i rozpalony swym ubraniem, usiłowałem przyjąć na siebie wzmagający się z chwili na chwilę deszcz. W koronach drzew naprzeciwko, cicho zaszeleściło listowie, a spowita oparem ziemia oddychała w pobliżu domu, który rozniecał tchnienie życia. Wznosiło się ono ponad dachem i łączyło z bezpiecznym schronieniem wnętrza, z drogą do niego i drogą odwrotną, pokonywaną w niemej trwodze, znieruchomiałą w jakimś niebycie i osłanianą przez siły świata.

***

Turkot odjeżdżającego pociągu wtopił się lekko w poszum drzew, tak, że minione i nadchodzące skoncentrowały się w jakimś unisono, niedosłyszalny pogłos, zapadający w bezczasowość i równocześnie teraźniejszość, „co jest zarazem uśmiechem życia i uśmiechem śmierci” (H. Broch)

© Andrzej Osiński

Reprodukcje: http://pintura.aut.org/

Advertisements
Published in: on 7 września 2012 at 11:32  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/09/07/lekkie-rozczarowania-hermanna-brocha/trackback/

%d blogerów lubi to: