Niepokoje poety dojrzewającego

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Smutne październikowe barwy, udręczone bladym, bezsilnym, zmąconym przez mgłę popołudniowym blaskiem słońca przenikały przedmioty i ludzi, sącząc w nich coś obojętnego i martwego, coś mechanicznego, „jakby ściągnięto ich ze sceny teatru marionetek” (R. Musil). Spoglądam przez tą zasłonę i nawet za dnia z trudem przychodzi mi zduszenie łkania; wieczorami z kolei zasypiam wśród łez.

***

Robert Doisneau: Savignac aux échecs, 1950

Robert Doisneau: Savignac aux échecs, 1950

Pisuję nieomal codziennie i żyję jedynie w tych pismach, a wszystko inne, co czynię zdaje się jeno nieuchwytnym cieniem, nie ma znaczenia, dzieje się. Mija z obojętnością niby kolejne stacje czy nagie cyfry godzin na tarczy nieubłaganego zegara. Ale gdy piszę, odczuwam w sobie coś wyróżniającego, ekskluzywnego ponad miarę, niby cudowna wyspa wyłaniająca się z szarej kipieli, rozpromieniona cudem słońca umarzającego zimno barw. I kiedy podczas zajęć dnia, w trakcie nauki czy lektury, myślę o tych wieczornych chwilach, kiedy napiszę jakiś tekst, mam wrażenie jakby obdarowano mnie złotym kluczem, którym – gdy nikt tego nie spostrzeże – otworzę nadmiar cudzych rajów, piękność ogrodów, tętno dnia.

***

Robert Doisneau: Le remorqueur du champ de Mars, 1943

Robert Doisneau: Le remorqueur du champ de Mars, 1943

Myśl o niepowodzeniach staje się w coraz większej mierze bolesnym bodźcem potęgującym egoistyczne cierpienie, jakie zamyka mnie w kręgu rozkosznej dumy, niczym w zaciszu barokowej kaplicy, gdzie „przed setkami płonących świec i setkami patrzących z obrazów oczu świętych rozprasza się kadzidło wśród udręk samobiczowników” (R. Musil).

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Zniknięcie i rozpłynięcie się mojej melancholii, jej osłabienie, zatracenie, nie dało mi pożądanego zadowolenia, lecz zostawiło pustkę w duszy. I po tej pustce, tej nicości, niewypełnionej żadnym trudem, poznaję, iż to, co mię było opuściło nie jest tęsknotą, ciężkim żarem, ale rozważną siłą ducha, która wykwitła na popiołach i pozoruje złe cierpienie. Ale i ono minęło, a „owo źródło pierwszej wznioślejszej błogości ujawniło się dopiero na skutek wyschnięcia” (R. Musil).

***

Robert Doisneau: Jacques Prevert au gueridon,1955

Robert Doisneau: Jacques Prevert au gueridon,1955

Pragnąłbym rozkoszować się owym znawstwem duszy, które uczy poznawać drugiego po sposobie, w jakim on bierze coś do ręki, po tonacji jego głosu albo nawet odcieniu milczenia, z pewnością postawie fizycznej, z jaką ów wchodzi, skłania czoło… słowem po tym nieomal nieuchwytnym a przy tym jednoznacznym stylu bycia, który cechuje człowieczeństwo. Pragnąłbym przeniknąć na dobre otoczkę, jaka spowija niepojęte, niewyrażalne słowem jądro, uchwycić szkielet, jego rdzeń, poznać do stopnia, który pozwoli przejąć duchowe wnętrze tamtego.

***

Moja istota zachowała w sobie coś nieokreślonego, jakąś wewnętrzną bezradność, która nie pozwala odnaleźć drogi do samego siebie. Moje reakcje są czysto mózgowe, to zaś, co odczuwa się jako charakter człowieka, jego tonację albo duszę, w każdym razie to, wobec czego żyje zwinna myśl, walczy decyzja oraz czyn, wydaje się tak nieznaczące, przypadkowe, tak beznamiętne i wymienne, że niemal zupełnie zanikło. I są bo doprawdy chwile, kiedy zewnętrzne życie obojętnieje dla mnie całkiem, spoiwo mych codziennych trosk rozluźnia się niepomiernie i rozpada na niepowiązane ze sobą godziny dnia.

***

Robert Doisneau: Pocałunek

Robert Doisneau: Pocałunek

Chorobliwa ambicja zmusza mnie do próbowania od czasu do czasu przewyższyć wiedzą innych, ale za każdym razem marnieję w pół drogi, narażając się na klęskę, antycypując zimną drwinę. I nieraz siaduję długo w posępnej pozie, tak sprzysiężony, pochylony nad samym sobą.

***

Robert Doisneau: Dziewczęta, 1966

Robert Doisneau: Dziewczęta, 1966

Po raz nie wiadomo który ogarnął mnie łagodny smutek, którego przyczyną bywa upływ życia, a może tylko melancholia, głucha, ciążąca na przyrodzie, zacierająca kształty dnia. Straszliwa obojętność przytłaczająca na odległość kilku kroków chorymi, jesiennymi barwami, już od rana kładła się cieniem dokoła, pełzła teraz nad ziemią, czepiając się ciężką mgłą, zbyt ołowianą, jednostajną. Wyczuwam ją bez spojrzenia, krocząc po śladach rozwierających się w październikowych bruzdach, lękliwie je postponując i odczuwając przymus losu, jakby tak być musiało, jakby ktoś mnie pochwycił i ograniczył w pustym ruchu. Metr za metrem po tej jednej linii, tej wąskiej smudze w kurzu drogi.

***

Niczego od dawna nie przeżywam i moje życie tli się tylko w obojętności, jakimś szyderstwie powodującym drżenie bezsilnej wściekłości na własną nicość i na innych, na wyrok losu, pustkę lat. Tak pogrzebany, nie doświadczający, jestem wewnętrznie martwy i oczekuję nie wiem na co.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Niekiedy moje myśli gubią się w fałdach zwiewnej melancholii. Dzieje się tak wówczas, kiedy rozmyślam o religii, tajemnym kulcie, zbiorze ksiąg. Przywołuję na pamięć cuda, które z nich biorą swój początek i porywają za sobą miliony. Myślę o tych tysiącach oddzielonych w czasie i w przestrzeni, którzy na skutek wielkiej odległości są mymi braćmi, podczas gdy ci w bliskości – tak pogardzani, nieprzychylni. Napiętnowani szczegółami.

I oto zakrada się zniechęcenie i przygnębienie, że zostałem skazany na życie, które upływa na zapleczu, z dala od świętych źródeł mocy, w jawnej niełasce, udręczeniu. Smutny nad swymi księgami, czuję się bardziej niż kiedykolwiek samotny, wysubtelniony, zatracony. Ale w tej nędzy czai się zarazem jakaś duchowa lekkość, duma, że się coś robi odrębnego, że się oddaje swemu Bogu. Wówczas w tych oczach, giętkich dłoniach i w całej fizys naznaczonej bólem, przelotnie zjawia się ten błysk, reminiscencja ekstazy wybranych.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Istnieje pewien punkt, w którym istota ludzka przestaje wiedzieć czy jeszcze kłamie, czy też to, co wymyśliła stało się prawdą, realnością.

***

Jaki jest właściwie cel tego wszystkiego, co podejmujemy codziennie z trudem, co z tego mamy? Wieczorem przytłacza nas świadomość, że znów przeżyliśmy dzień, nauczyliśmy się tego i owego, wypełniliśmy rozkład godzin, a mimo to pozostaliśmy wewnętrznie puści, rozdrapywani przez nasz głód.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Wiecznie oczekujemy czegoś, o czym w istocie nie wiemy więcej nad to, że na to czekamy.

***

Z wielkim napięciem nasłuchiwałem ważkiej tajemnicy i spoglądałem w związki życia; wszystko to byłem w stanie udźwignąć tylko przez chwilę, po czym nastała znów samotność i nienazwane opuszczenie. Wyczuwałem, iż kryje się tu dla mnie jakaś trudność i obawiałem się fantazji. Uświadamiam sobie bowiem jej tajemniczą amoralność i jestem zaniepokojony myślą, iż tego typu wyobrażenia owładną mną bezlitośnie i pozyskają wielką władzę. A nachodziły mnie właśnie wówczas, kiedy myślałem o skupieniu, o swej czystości krystalicznej.

***

Robert Doisneau: Niedzielny ranek

Robert Doisneau: Niedzielny ranek

Ludzie z wielką przyszłością posiadają zazwyczaj przeszłość pełną upokorzenia.

***

Wydaję się sobie bezsilny jak więzień, jak ktoś poniechany, odgrodzony od siebie i od innych, i pragnę tylko głośno krzyczeć w pustce i czerni, i w rozpaczy. Ale nie czynię tego i odwracam się od wewnętrznego człowieka, umęczonego i znużonego, kruchego i przenikniętego oczekiwaniem, aby w przestrachu i nikłej rozkoszy wciąż nasłuchiwać szepczących głosów samotności.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Uczucie niezrozumienia przez innych i bezradności wobec świata nie towarzyszy namiętnościom, lecz jest ich jedyną, niepodważalną przyczyną. Jest to ucieczka od siebie samego i od samotności, jaką dzielimy we dwoje.

***

Mój umysł zażywa niezbadanej ruchliwości. Raz skierowany na zły trop, okazuje nieopisaną płodność w fabrykowaniu kombinacji. Nikt też nie potrafi tak dokładnie jak on przepowiadać pewnego spectrum możliwości, jakich należy oczekiwać po człowieku w danej sytuacji. Jedynie tam, gdzie w grę wchodzi podjęcie decyzji, to, aby z zaistniałych już możliwości wybrać najlepszą na własne ryzyko, i jeszcze wedle niej postąpić, tam ja zawodzę bez ratunku, tracę zainteresowanie i potrzebną energię. Ale ta rola sprawia mi uciechę, gdyż jest jedynym ożywieniem, jakie się wkrada w wieczną nudę.

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Niekiedy dobrze uświadamiam sobie, co mogę stracić przez to wewnętrzne rozłamanie, żywiąc świadomość, że wszystko, co czynię jest tragifarsą, brakiem woli, jakimś nieodgadnionym przepoczwarzeniem się bez związku z moją prawdziwą istotą, która powinna wreszcie się ujawnić w nieokreślonej odległości czasu. I nieraz w ułamku sekundy staję się sobie czymś obcym i nierzeczywistym.

***

Wkrótce obudził mnie zew wiatru, szeleszczącego w żółtych liściach i już nie czułem swego ciała. Stopy ogarniał miły chłód, utrzymujący biedne członki w stanie płynnej i słodkiej ociężałości. Wewnętrzny lęk ustąpił przed tężejącym w mroku zmęczeniem i spoglądałem w ogrom nieba, sycąc się jego milczącym i niezbrukanym błękitem. Przypominałem sobie częstość tych wrażeń peregrynujących pomiędzy jawą a snem, i przekraczałem wstęgi wspomnień, jakie się uwikłały w mojej pamięci. I podążałem w bieg dzieciństwa, kiedy poważne, nagie drzewa stały w pokoju, bezbronności, niczym milczący, ciemny lud. Już wówczas z pewnością odczuwałem to, co nawiedzało mnie po latach. Nawet pozornie niepowiązane myśli nosiły odium dziecięcości, czegoś nierealnego i tajemnego, wyrażającego więcej od słów.

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Nagle poczułem, że te minione doznania zamykają mnie z wszystkich stron, i niczym dalekie, groźne siły gęstnieją zmierzchem wokół rąk. Instynktownie cofnąłem się przed nimi, rzucając ku nim nieśmiały wzrok. Jak one wyostrzały uwagę, jak kierowały w tamtą stronę! Niby na dany znak wdzierały się ze wszystkich stron, niosąc niepokój i zgorzknienie. A ja leżałem całkowicie, owładnięty tymi późnymi wspomnieniami, z których na kształt jesiennych kwiatów wciąż wyrastały nikłe myśli: mgnienia przedmiotów i sytuacji, których się nigdy nie zapomni, i w których zawiodły wszelkie prawa pozwalające odbijać się życiu bez przerażenia i bez zwłoki.

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Wspomnienie nieruchomego i straszliwego milczenia, nasiąkniętego barwą złota, przychodziło teraz bezpośrednio po rozedrganej bieli popołudnia i nawiedzało lepkim żarem niczym ważki mknące nad stawem. W tym wibrującym niepokoju wkraczały i odchodziły strzępy  pragnień, tak niweczące moją duszę.

Potem milczące łąki i lasy rzuciły swoje reminiscencje w ciągu obrazów o natrętnej jasności, i w zmierzchającym krótkim dniu sączyły się do uszu echa słów straconych i zapadłych, fragmenty wiersza o misternej tynkturze, docinki obcych, admonicje. Tkwiły one między przeżyciem a zrozumieniem, tak niewspółmierne i doświadczone w okamgnieniu, niepodważalne i bez pytań, zrazu zawiłe i niepojęte, kiedy usiłowałem je przykuć w łańcuch, nieprzyswajalne, niepodległe. Miały one wygląd czegoś wielkiego, zapoznanego, niedościgłego ludzkim zmysłem; majaczyły one z oddali, gdzie wydawały się całkiem proste i pozbawione niepokoju, nie wkraczające w czynne życie. Skupiały się one w odwiecznej tajemnicy, przynależące tylko do siebie, a jednak bliskie i dosiężne.

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Kierowałem ku nim swój wzrok, jak gdyby mógł on rozerwać misterium na strzępy, wkroczyć w nie przez przypadek, odgadnąć źródło niepokoju. Ale byłem zmęczony i utrudzony samotnością, a one niechybnie milczały. I oto poczułem się sam pod tą kopułą odległego nieba, nieme żyjątko znieruchomiałe w przezroczystości powietrza, lecz tak spokojne, nie zdumione, zatrzymane w pół drogi donikąd, wynajdujące wciąż przeszkody, potrząsające głową z niedowierzaniem, nie wychodzące ponad to.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Przyzwyczaiłem się liczyć na niezwykłe i ponadludzkie odkrycia, a zabłąkałem się w zbyt kruchym czasie, w krętych zaułkach zmysłowości. Nie z powodu perwersji, lecz nader nikłej duchowości, bezcelowości biegu życia. I właśnie ta niewierność wobec Boga, którego pragnąłem sięgnąć, napawa mnie niejasną przytomnością winy; nie opuszcza mnie nigdy nieokreślony, skryty wstręt, prześladuje jakaś trwoga, „podobna do tej, jaką czuje człowiek nie wiedzący, czy ma jeszcze drogę pod stopami, czy też ją już gdzieś zagubił” (R. Musil).

***

To milczące życie przytłacza mnie, osacza wciąż na nowo, muszę mu stale się przyglądać. I widzę tylko w nim cząstkowość.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 27 października 2012 at 11:28  Dodaj komentarz  
Tags: ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/10/27/niepokoje-poety-dojrzewajacego/trackback/

%d blogerów lubi to: