Rilke. Nadczułość istnienia (I)

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Nigdy w życiu nie byłem w stanie sobie uświadomić, ile dokoła istnieje twarzy. Przybywa coraz więcej ludzi a wraz z nimi pojawiają się na świecie kolejne twarze, więcej twarzy, gdyż każda z istot ludzkich szczyci się posiadaniem ich kilku. Są bowiem ludzie, który jedną twarz noszą latami; zużywa się ona niepomiernie, łamie w pęknięciach zmarszczek, toksycznie brudzi i „rozłazi się jak rękawiczki noszone w podróży” (R. M. Rilke). To są ludzie oszczędni, najprostsi; nie zmieniają swej twarzy nawet wtedy, gdy ta wymaga czyszczenia. Twierdzą, że jest wystarczająco dobra, a któż im dowiedzie, że może być inaczej? Lecz skoro mają kilka twarzy, co czynią z tymi pozostałymi? Zapewne je przechowują i zatrzymują dla swoich dzieci…

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Z kolei inni ludzie niesamowicie szybko przebierają twarze, nakładają je jedna po drugiej, aż do zupełnego wyczerpania zapasu. Wydaje się zrazu, że zapas ten wystarczy im na długie lata, a oto ledwie wkraczają w wiek dojrzały, i już przed nimi twarz ostatnia. Jest w tym z pewnością pewien tragizm, albowiem ludzie ci nie przywykli do oszczędzania twarzy, i teraz nosząc tę ostatnią, stwierdzają nagle, iż po tygodniu jest już ona zużyta i „w wielu miejscach cienka jak papier”. Wszystko, co pozostaje to zmarnowany podkład i nędzne resztki starej twarzy, z którą bezczelnie się obnoszą, nie wiedząc co w ogóle począć.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Zapanowała nadpodaż śmierci i umiera się obecnie fabrycznie. Przy tak znaczącej nadprodukcji, poszczególny zgon nie jest realizowany zbyt dobrze, ale przecież nie oto tu chodzi; chodzi wyłącznie o masę, o plan. „Któż dzisiaj da coś jeszcze za dobrze wykonaną śmierć?” – indaguje Rilke. Bez wątpienia nikt, nawet bogacze, którzy by mogli sobie pozwolić na patetyczne umieranie, nawet oni stali się niedbali i zobojętnieli na życie wieczne. Życzenie godnej śmierci staje się coraz rzadsze i będzie wkrótce czymś równie rzadkim, co samo życie.

Rainer Maria Rilke: „Śmierć człowiek nosi w sobie jak owoc pestkę”.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Dzisiaj był piękny, zimowy ranek. Szedłem niedbale przez park, a wszystko, co było na wschód pod słońce, raziło moje nienawykłe oczy. Blask tonął w jasnoszarej mgle; szare i spłowiałe urządzenia placu zabaw dla dzieci wygrzewały się we wstępującym w niebo słońcu. Sczerniałe, pojedyncze drzewa wstawały i rozprostowywały swoje ramiona w wilgotnej spopielałej szadzi, wyciągały w moją stronę konary, mówiąc: Chodź! Zmarznięte kwiaty powstawały w podłużnych i nieosłoniętych klombach wołając z nagłym przestrachem. Jak one wdzięcznie się pięły.

Paul Claudel: „Godzina, kiedy gwiazdy jedna po drugiej zaczynają odmawiać >Ave Maria<”.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Poezja jest niczym, kiedy się pisze ją za młodu. Powinno się z nią zaczekać i cierpliwie gromadzić przez życie, i to według możliwości najdłuższe. Poezja przychodzi wówczas w jego uwieńczeniu dając owoce nieliczne, lecz świetne.

***

Nie wystarcza wyłącznie to, że się ma jakieś wspomnienia; trzeba je umieć zapomnieć, zwłaszcza jeśli jest ich zbyt wiele, i trzeba cierpliwie czekać, póki do nas nie wrócą. Bo same wspomnienia to jeszcze nic, dopiero kiedy się staną w nas ciałem i krwią, spojrzeniem i gestem, czymś bez twarzy i niedającym się odróżnić od nas samych, dopiero wówczas może się zdarzyć, iż na ich niezobowiązującej tkance, w jakiejś odosobnionej godzinie, wyrośnie pierwszy kwiat poezji.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

W istocie nie widziałem jeszcze nic rzeczywistego ani ważnego, nic nie poznałem, nie wyrzekłem. Przez te dziesiątki lat, przez które patrzyłem, myślałem i spisywałem moje wrażenia, przebiegłem jak przez pauzę szkolną, w której „zjada się kromkę chleba i jabłko” (R. M. Rilke). I oto siedzę tu nieobecny duchem, bez żadnej woli i opamiętania, bez chęci życia i sprzeciwu. Jestem jak puste miejsce w wysokiej przestrzeni, która tym nagim, ciemniejącym stropem i nigdy nie przejrzanymi kątami, wysysa z człowieka wszystkie obrazy, nie dając w zamian nic pewnego.

***

Czy można posiadać Boga, nie zużywając Go?

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Poeta, którego czytam, posiada cichy domek w górach a jego głos brzmi jak dźwięczny dzwon w szerokich i czystych przestworzach. Szczęśliwy twórca, który prawi dzieje o swoim piecu i opowiada o szybach do szafy na książki, w jakich odbija się cudna, samotna dal. To jest właśnie poeta, jakim pragnąłbym być.

***

O jakimże szczęściem jest bytowanie w cichej izbie starego, odziedziczonego domu, pośród spokojnych, zasiedziałych rzeczy i słyszeć na dworze w lekkim, gabardynowym ogrodzie te pierwsze szpaki, które próbują swych sił wobec zegara na wiejskim kościele! Siedzieć i spoglądać na ciepłą smugę przedpołudniowego słońca, i wiele wiedzieć o istotach, które przemijają, i być poetą.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Na rogach ulic stoją zaklinowani ludzie, jeden wsunięty w drugiego, nieposuwający się o krok ani w przód ani w tył, wykonujący tylko lekkie, miarowe, miękkie ruchy, jak gdyby falowali stojąc. Lecz chociaż oni zachowują stałość, a ja poruszam się biegnąc krawędzią jezdni, i mijam powstałe w tłumie wyłomy, to rzeczywiście odnosi się wrażenie, że to oni płyną uparcie przed siebie, a ja stężałem w nieruchomość. Bo też i nie zmieniło się nic, a kiedy podnosiłem oczy, widziałem wciąż te same domy po jednej i po drugiej stronie drogi. I może wszystko stało w miejscu, a tylko umysł odnotował zawrót, co zdawał się potrząsać wszystkim. Nie mam już czasu o tym myśleć, jestem lepki od potu, a ogłuszający ból tętni w mych skroniach, wdzierając się ostrzem i rozsadzając żyły. A przy tym nieodparcie czuję, iż skończyło się rześkie powietrze i teraz wdycham już wyziewy, których me płuca nie przyjmują.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Siedzę tu w grubym i zielonym płaszczu zimowym, a szara natężona twarz wtula się cicho w czarny szal. Moje usta są zawarte na siedem spustów, jakby z impetem zatrzaśnięte, a moje oczy już nie patrzą; zaparowane, zadymione szkła okularów leżą przed nimi i drżą z lekka. I tylko nozdrza cierpliwie badają przestrzeń, jeżąc się tuż pod zwartym czołem o rozrzedzonych i sklejonych czapką włosach. I więdnę tak, jak w jakimś upale, rzucając poza siebie cień. Tak siedzę oto, a wszelka wiedza oddala się ode mnie, i czekam aż los się dokona, i już się nie bronię.

***

Mój strach jest ogromny i nie daje mi ukojenia żadna myśl, że można życie postrzegać inaczej, a mimo to wieść je godziwie, bezpiecznie. Tak bardzo boję się przemiany! Ja przecież jeszcze wcale nie oswoiłem się z tym światem, więc cóż mam zatem począć w innym? Pragnąłbym pozostać na zawsze wśród tych wyobrażeń, jakie już sobie stworzyłem, i które tak bardzo hołubiłem.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Nadeszła godzina, w której ręka odmawia mi posłuszeństwa i pozostaje daleko ode mnie, a kiedy każę jej pisać, nanosi słowa, których ja nie mam w ogóle na myśli. Są one inaczej tłumaczone i zdanie na zdaniu nie pozostaje, a wszelka treść rozpływa się jak chmura i opada niczym deszcz. Jest tak dlatego, iż to ja jestem pisany, „jam jest wrażeniem, które się przemieni” (R. M. Rilke).

***

Moja choroba działa na mnie kuriozalnie i jestem pewien, że od czasu do czasu ją bagatelizuję, zupełnie tak samo, jak się przecenia znaczenie innych chorób. Moje schorzenie nie ma albowiem ścisłych symptomów, ale przybiera właściwości osoby, którą udatnie zawładnie. Z histeryczną pewnością wyciąga ze mnie moje najgłębsze przemyślenia, strachy, które wydawały się minione, i znowu je przede mną stawia w świetle, tak beznadziejnie, tuż przed wzrokiem.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Leżę na łóżku na wysokości pierwszego pietra, a mój niczym nie przerywany dzień jest jak „tarcza zegarowa bez wskazówek”. I odczuwam głęboki strach, że mógłbym wrzasnąć na całe gardło, a pod moimi drzwiami zebrałaby się zaraz garstka ciekawych sąsiadów. I może by nawet wyłamali te drzwi, a ja zdradziłbym każdą myśl, i powiedziałbym otwarcie to wszystko, czego się boję, a może nie mówiłbym nic, bo wszystko jest niewypowiedziane, ten ciągły strach.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Dzisiaj nie byłem na to przygotowany i wyszedłem na zewnątrz tak odważnie, z taką zwyczajną spontanicznością, a jednak wiatr owinął mnie wokół siebie i porwał mnie w przestrzeń jak papier, zmiął i odrzucił, i wyzwał los.

Paul Claudel: „Tyle płonących kościołów, niby zapłakane matki, które zanoszą modły błagalne nie poruszając wargami”.

***

Moim zadaniem w tych okropnościach i w tych pozornych przeciwnościach, jest szukać tego, co ma ważność i co przekracza wszystko inne. O wyborze i odrzucaniu nie ma nawet mowy.

***

Wszystkie zgrozy i męki, jakie się we mnie wydarzyły, wszystko to ma jakąś twardą nieśmiertelność, bez końca dyszy i zazdrości wszelkiemu bytowi, czepiając się jego przejawów.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Teraz, kiedy zebrałem się w sobie, widzę jak kończę się we własnych myślach i od czasu do czasu niedbałym ruchem pociągam za sobą własną twarz. A ona się podnosi i wyrasta ponad moje ciało, sięgając poza nikły oddech, w którego falach się chronię jak do ostatniej przystani.

***

Moje serce wypędza mnie w świat i gna wytrwale w ślad za sobą, a ja już stoję prawie poza mną i nie potrafię do siebie powrócić.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Maryja przyszła daleko przed wszystkim, co może przyjść i miała ze sobą tylko własny pęd, swoją odwieczną drogę i oczywisty lot miłości.

***

Boże, Twoja muzyka, gdybyż mogła być wokół całego świata, a nie tylko wokół mnie! Ludzkość powinna Ci „zbudować fortepian w pustyni Tebaidy”, i anioł zawiódłby ją przed ten instrument i przez samotne turnie gór, gdzie leżą króle i hetery, i anachoreci wszystkich wieków. I cisnąłby się na pustyni wzdłuż i wszerz, w najwyższym lęku, abyś nie zaczął grać. A Ty raziłbyś promieniami, rozpromieniony, niesłyszalny, oddający powszedniości, to co powszedniość zdoła dźwigać.

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Gdyby jednak, o Panie, ktoś dziewiczy i nieposzlakowany ległby przy Twoim dźwięku, skonałby ze szczęśliwości albo przekroczył nieskończoność, a jego niezbrukany mózg musiałby pęknąć w samym rdzeniu.

***

Im więcej ludzi gromadzi się przy mnie, oczywiście w stosownej odległości, tym mniej mam z nimi wspólnego. Stoję jak dogasająca świeca i promienieję resztką światła, i cały jestem w nią wchłonięty, i już się wcale nie poruszam.

Paul Claudel: „Celem duszy jest ciało. Bóg posługuje się duszą niby narzędziem do tworzenia ciała”.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Świadomie korzystam z tego, że nikt mnie nie zna. Ci, którzy mnie mają za nic, uparcie przeczą memu istnieniu, ci, z którymi obcuję, poniechali mnie niemal zupełnie, a inni może pragną mnie wytępić z powodu niewinnych myśli, ale to jest nic, prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi we wrogu ukrytym, w sławie, która przebiegle mąci ścieżki i unieszkodliwia mnie rozsadzając od środka.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Moja bezprzykładna sztuka coraz to niecierpliwiej i rozpaczliwiej zadaje sama sobie gwałt, szukając widzialnych odpowiedników dla rzeczy tkwiących głęboko wewnątrz. Jestem stworzony do ich przekazywania, do błyskawicznego przetworzenia ich tragicznej struktury w najbardziej przekonujące gesty.

***

Z właściwą sobie przekorą nie potrafiłem oderwać się od okna, przenicowując na wskroś przechodniów i odżywiałem cichą myśl, czy by któregoś dnia nie można zrobić z nich czegoś użytecznego, gdyby tak zaprząc ich do tej sztuki.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Wysilam się niewymownie, ale tego nie można wyrazić tak, aby ktoś drugi zrozumiał. Jeśli istnieją słowa dla tego, co wydarza się w głębi mojej duszy, to jestem na to zbyt mały, aby je szybko znaleźć. I oto zdejmuje mnie strach, że one same, niezależnie od moich wysiłków mogłyby się odnaleźć, i wydaje mi się to gorszym ponad wszystko, niż gdybym sam je miał powiedzieć. Jak zatem przeżyć tę rzeczywistość tam na dole, przemienioną od samego początku? Nie mam już na to sił.

***

Widzę siebie leżącego w dziecinnym łóżeczku, widzę jak nie śpię i jakoś niewyraźnie przewiduję, że takie będzie całe życie: pełne osobliwości, które zostały pomyślane dla jednego, i których nie można wypowiedzieć.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Dusza jest dla mnie instytucją publiczną, którą wytrwale staram się reprezentować.

***

Ryszard Wagner: Znoszę tę muzykę, po której można pionowo kroczyć w górę, coraz wyżej i wyżej, aż w którejś chwili się myśli, że to już mniej więcej jest niebo.

***

I kiedy tam pod wiaduktem, stałem samotny w oknie, ludzie dawali mi nieco spokoju, i spoglądałem w dal na drzewa. W takie chwile, jak wówczas rosła w mym wnętrzu głucha pewność, że życie jest piękne. I zacząłem pisywać o nim te wszystkie teksty, dłuższe i krótkie, stawiałem wiele tajemnych liter, które składały się na przekonanie, jak bardzo jestem nieszczęśliwy.

***

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

Wiodę cichą egzystencję powolnych i nigdy do końca nie wyjaśnionych gestów, i przypominam sobie jak przez mgłę, a nawet przez długi czas sądzę, że takie będzie całe moje życie.

***

Droga do Boga stała się w naszych czasach jakaś węższa i rodziny nie potrafią już wspólnie po niej kroczyć. Pozostały więc już tylko jednostki, które od biedy można szeregować.

***

Tony Ray-Jones, ---

Tony Ray-Jones, —

Nie spostrzegam już, jak przy całym tym pisaniu, nie czynię nic poza gnębieniem w sobie niezmiennego i rozciągłego życia, co tak rozwiera się przede mną. Nie mogę uwierzyć w jego niewypowiedzianą bezgraniczność, nie chcę się przyznać do przemiany. Jestem prawie gotów utracić do siebie zaufanie i myśleć o sobie tak, jak mogliby to uczynić ci, którzy są niemi. Wydaje mi się to postępem własnym takie szukanie przeżycia za przeżyciem, coraz to mocniejszego; odnoszę wrażenie, że na tym polega życie, jeśli się nie chce go utracić w jakiś niedorzeczny sposób.

***

Czy teraz, kiedy zmienia się tak wiele, nie jest aby naszym obowiązkiem, żebyśmy się przemienili? Czy nie moglibyśmy spróbować nieco się rozwinąć i naszą cząstkę tej pracy w miłości powoli, stopniowo wziąć na siebie? Dotychczas oszczędzono nam trudów i miłość tak się ześlizgnęła i upadła wśród rzeczy nieprzydatnych i rozkręconych, jak szpargały z dziecięcej szuflady. Zostaliśmy zepsuci zbyt łatwym używaniem życia i „stoimy w odorze maestrii”.

Raoul Dufy, ---

Raoul Dufy, —

A gdyby tak pogardzić sukcesami i zacząć ponownie od początku, ucząc się gramatyki miłości, która jest za nas zawsze czyniona? Gdyby tak pójść przed siebie i stać się nowicjuszami, kiedy tak wiele się przemienia?

***

Od dłuższego czasu myślę o lęku przedśmiertnym, uwzględniając w głównej mierze najbardziej osobiste doświadczenia. Wydaje mi się, iż mogę powiedzieć, że wielokrotnie go odczuwałem. Przejawiał się on w sercu miasta, pośrodku ludzi, bez powodu. A przecież konający jest już poza lękiem i wówczas ja posiadam ten lęk.

© Andrzej Osiński

Published in: on 27 Grudzień 2012 at 9:50  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/12/27/rilke-nadczulosc-istnienia-i/trackback/

%d bloggers like this: