Po tamtej stronie

   „Persona” (1966)

Z oddali napłynęły słowa, wypowiadane przez niewidoczne usta; stawały się one żywe i przybliżały się do mnie. I oto tańczą teraz przed moim wzrokiem i drgają na wietrze, „jak pstro ubrane niewolnice”, a potem pogrążają się w podłodze, lub znikają w ulotnym powietrzu, lśniąc się i błyszcząc w blasku słońca, lub ustępują miejsca innym. I każde tryska nadzieją, że zostanie wybrane, lecz oto ciągle przybywają nowe; niektóre „świetne jak pawie w mieniących się od barw szatach”, inne powolne i odmierzone, jak „przestarzałe i przeżyte królowe o farbowanych powiekach, o rysach twarzy prostytutki i zmarszczkach pokrytych wstrętną szminką” (A. Kubin). Spoglądam na nie, jak się zjawiają i odchodzą, a mój wzrok ślizga się po niewyraźnych konturach myśli, szarych postaciach o pospolitych twarzach, które zaprawdę ciężko pamiętać.

***

„Persona” (1966)

Książki już dawno przestały do mnie przemawiać, ich miejsce zajęły głosy, które ustawicznie coś ode mnie pragną, żądają czegoś, czego nie jestem w stanie uchwycić, choć nie wiem jak usilnie starałbym się to zrobić. Dręczą mnie one niepojętymi pytaniami, i są wymarłe i bez echa. Ich echo rozpada się z każdym dźwiękiem wypowiedzianym w przytomności, i odpowiada wielokrotnie, jak cień okalający postać, który ma także wiele cieni małych.

***

Starałem się wywołać w pamięci jakąś zjawę, dawno przebrzmiałą i rozwianą, uchwycić jej echo, dowiedzieć się jak była ubrana, czy była stara czy młoda, jakiego koloru były jej włosy. Ale moja wyobraźnia pozostawała głucha, nic nie przychodziło mi na myśl; wszystkie obrazy, które sobie stworzyłem, rozpływały się bezustannie, zanim byłem w stanie połączyć je w duchu. Zamknąłem oczy i opuściłem powieki, aby ułowić chociaż najdrobniejszy znak z jej życia, ale na próżno. Nic.

„Persona” (1966)

Moje muskuły i moja skóra przypomniały nagle o sobie, nie zdradzając się przed pamięcią. Wykonywały jakieś ruchy, których z gruntu nie chciałem, i nie pragnąłem wypełniać. Jak gdyby moje członki nie należały już do mnie więcej. Zrobiłem na oślep kilka kroków i nie wierzyłem własnym ruchom, tkwiłem w obawie, że zaraz upadnę. Tak, to był jej chód, i jej obrzmiała twarz, spoglądająca na mnie pustymi oczami. Przerażony zacząłem krzyczeć i pozwoliłem jej się dotknąć, ale ręka nie poszła w ślad za wolą, i pozostała w bezruchu unosząc się nad książką.

***

Od czasu, kiedy tu mieszkam, żywię pewne wrażenie, którego nie jestem w stanie się pozbyć. Otóż przez szereg godzin nocnych i o rannym brzasku, stare domy prowadzą ze sobą jakieś podniecające i tajemnicze rozmowy, milczące narady. Ich drżenie i szmery biegną poprzez ściany, płyną po dachach i spadają w rynny deszczowe; ja zaś przyjmuję je wszystkimi zmysłami, nie badając ich przyczyn.

Niezwykłe zachowanie się kamienic, pełne zgrozy i podziwu zarazem, sprawia, że stają się one „utajonymi i istotnymi panami ulicy”; zyskują swój żywot i czucie, aby po chwili utracić prawo do egzystencji. Udzielają one życia swoim mieszkańcom, którzy się gnieżdżą i knują w ciągu dnia, jak pożyczkę, od jakiej wypadnie oddać spory procent. Te dziwne domy zamieszkują ludzie-widma, istoty nie urodzone z matki, ludzie, których działanie i myślenie nie korespondują ze sobą, wypełniający wszystkie zmysły, zatajający ciemne prawdy, wrażenia z kolorowych snów.

***

"Persona" (1966)

„Persona” (1966)

Nagromadzone i niezmieniające się myśli, które zatruwają swoim ciężarem powietrze, wywołują gwałtowne wyładowanie, jak rosnące natężenie elektryczności błyskawicę w parne dni. Owa psychiczna eksplozja przepędza naszą senną świadomość na światło dzienne „niby biczem”, oddalając widma, które w wyrazie  twarzy, ruchu i zachowaniu objawiają się we wszystkich razem i u każdego z osobna. I jak niektóre zjawiska zapowiadają uderzenie piorunu, tak pełne groźby wróżby są świadkiem przenikania widm w granice rzeczywistości. I oto fragment odpadniętego muru przybiera postać sunącego po cichu człowieka, a w szronie na oknach tworzą się rysy wykrzywionych twarzy. Woda z dachu spada inaczej niż zwykle, rodząc podejrzenie, że jakaś niepoznana inteligencja kieruje tajemnie tłumem i rzuca światło na ziemię, próbując nadać kształt postaciom. Oko dostrzega wszędzie dziwne formy, które w ludzkich rojeniach urastają do rangi olbrzymów, a poprzez te widmowe wyobrażenia przeciągają bez końca nagromadzone myśli opisujące naszą codzienność.

***

Pragnę wołać, ale nie mogę. Lodowate palce zacisnęły moje usta i przytrzymują język, a podniebienie stało się bryłą, która zasłania krtań. Nie mogę wypowiedzieć słowa i słyszę śmiertelny krzyk dochodzący do mnie spod ziemi.

***

"Persona" (1966)

„Persona” (1966)

Położyłem się do łóżka i przymknąłem oczy pragnąc natychmiast zasnąć, ale sen nie nadchodził i wpadłem w jakiś szczególny stan, który nie był marzeniem, ani czuwaniem, ani snem. Zgasiłem światło a jednak w pokoju nie zapadł ciemny mrok; z łatwością odróżniałem wszystkie przedmioty. Czułem błogość i wolność od pewnego niesprecyzowanego niepokoju, dotykałem wzrokiem każdą formę, popadłem w doskonałość. Jej owocem były ścisłe, wyraźne myśli, toczące się poprzez nerwy, odkomenderowane jak wojsko w szeregach, które bez końca czeka na rozkaz.

***

Usiłowałem dotrzeć do tego momentu w moim życiu, do którego najdalej sięga moja pamięć. Pragnąłem z tego odległego punktu spojrzeć na całą egzystencję, zwłaszcza na tę jej część, która spoczywa utajona w mroku. Jednak pomimo udręczenia, nie byłem w stanie dotrzeć dalej, ugrzęzłem w ponurym miejscu, skąd dostrzegałem tandetę życia, beznadziejne próby przywołania przeszłości, szperanie po jej zwietrzałych warstwach.

***

"Persona" (1966)

„Persona” (1966)

Znajduję się w takim stanie ducha, że świętokradztwem wydaje się zaprzątanie mnie rzeczami dotyczącymi życia zewnętrznego. Nadeszła chwila, w której opadły mnie palące wątpliwości, czy rzeczywiście przeżyłem to wszystko, co trwało jedynie krótki czas, czy tego wszystkiego nie wyśniłem, nie wyobraziłem sobie rzeczy niesłychanych.

Światło księżyca z zawilgoconych dachów spływało do mojej izby, obdarowując mnie jasnością, której potrzebowałem. Nie zapalałem lampy, aby noc nie wydawała się dłuższa, i by doczekać szybciej świtu, lecz jednocześnie słyszałem szept, że w ten sposób ranek cofa się w nieuchwytność. Zbliżyłem się do okna; w widmowym powietrzu bujały się bezładnie rozmieszczone szczyty kamienic, niby „głazy mogilne z zatartą cyfrą”, zawisłe w przestrzeni jak pokolenia żywych.

Stałem tak bez końca i spoglądałem w górę, i powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że ulegam przerażeniu. Słyszę teraz wyraźnie odgłos powstrzymywanych kroków kogoś stąpającego poprzez ściany: krótkie skrzypienie desek, gwałtowne trzeszczenie przeplatane nieruchomością, i nasłuchuję bez ustanku. Potem wracam do przytomności i odnajduję samego siebie, tak jakby wszystko się we mnie zjednoczyło na powrót, a każde dotknięcie czasu zlewa się w teraźniejszość. I stoję bez ruchu przyciskając ucho do ściany, z tym groźnym uczuciem w gardle, że wewnątrz ścian ktoś tam stoi i parodiuje mnie dokładnie.

***

"Persona" (1966)

„Persona” (1966)

Znajdowałem się w stanie podniecenia, w którym nie doświadczałem innych uczuć. Dreszcze, jeden po drugim przebiegały moje ciało. Zaczynały się od wnętrza dłoni i coraz głębiej wchodziły w ciało. Czułem jak mój szkielet zamienia się w kamień, a każda pojedyncza kość nabrzmiewa do granic percepcji. Broniłem się jak szalony od zmarznięcia i odurzenia wiecznym snem, lecz on się zbliżał nieubłagalnie i mnie okrywał swoim płaszczem. Na próżno biegałem w kółko, kręciłem nogami i wymachiwałem rękami. Ścisnąłem zęby aby nie słyszeć ich beznadziejnego szczękania. Tak oto śmierć kładła na moich ramionach swe zimne dłonie, a ja byłem bezradny.

Godzina za godziną siedziałem nieruchomo w kucki – tam, w moim kącie, niemy, samotny, nieporuszony. Spoglądaliśmy nawzajem w siebie, odbijając wzrok jak w zwierciadle. Ona ślimaczo czołgała się po podłodze i pełzła niby promienie księżyca, przewijała się leniwie jak wskazówki niewidzialnego zegara, hen naprzód, w nieskończoność. Zaczarowała mnie swoim spojrzeniem, które nie chciało się rozwiać w porannej zorzy i uchwyciła moje ręce. Krok za krokiem walczyłem o swoje życie, które już nie należało do mnie, i coraz bardziej malałem w nagim świetle szarego brzasku. Pragnąłem się ukryć i schować, a wychodziłem naprzeciw niej.

***

Życie jest szeregiem niekończących się pytań, przeobrażonych w formy, które za sobą ciągną już odpowiedzi, a także odpowiedzi, które „płyną brzemienne pytaniami”.

***

"Persona" (1966)

„Persona” (1966)

Wytężałem mój wzrok, świdrując oczami po wszystkich kątach, ale napotykałem jedynie znane mi dobrze sprzęty: meble, obrazy, lampę, tapczan. Myślałem, że sprzęty te przekształcą się w nowe formy i wytłumaczą, dlaczego tak bezradnie poddaję się strachowi. Lecz to nie nastąpiło; stały tu obok siebie sztywne i niewzruszone, i rozdzierały na dwoje panujący wokół półmrok. Nie usłyszałem najdrobniejszego ruchu, potrzasnąłem głową i zadziwiłem się, że ruszając głową mogę dotknąć hałasu. Ten hałas wykreował mój ruch, gdyż przyroda, ta żywa i ta martwa, nie odzywała się do mnie w ogóle.

Powietrze przenikało jakieś naprężenie, bez chwili przerwy, jak sącząca się z rury woda. I wszystkie moje zmysły szykowały się do skoku w przestrzeń. Ach ta daremna gotowość! Zwątpiłem, czy będę kiedy mógł ją przetrwać, czy będę potrafił wzbić się w nicość; nieobecność, która nie ma żadnych kształtów i która przekracza granice myśli. Tymczasem pokój wypełniały tysiące oczu, których nie byłem w stanie ujrzeć, wyciągały się do mnie setki bezładnych rąk, których nie mogłem uchwycić, i była w tym trwoga przed nieugiętym nic.

Zgasiłem lampę i w ubraniu rzuciłem się na łóżko. Liczyłem bicie swego serca, jego kolejne uderzenia, spadające na mnie jak dni, miesiące i godziny. Wargi mi wyschły i gorączkowo zacząłem wymawiać słowa, jakie mi tylko przychodziły na język, aż rozpadły się one na ciąg bezmyślnych, jałowych dźwięków. I musiałem całą siłą woli namyślać się, aby zrozumieć ich znaczenie. Uczucie niemal całkowitej bezbronności pozbawiło mnie prawie zmysłów. Przez długi czas zużywałem je na pokonanie szarpiącej nerwy męki, ale śmiertelna trwoga nie omijała mnie i przeobraziła się teraz w nowy kształt. Instynkt samozachowawczy mówił mi, że zwariowałem z przerażenia i strachu, ostrzegał mnie przed tym, upiornie krzyczał do uszu, a lęk, ów nieruchomy opar, przyciągał mnie jak magnes, tak że nie mogłem odwrócić od niego oczu. Wkrótce ogarnął całą moją postać i był to jedyny, ledwo dostrzegalny ruch.

***

"Persona" (1966)

„Persona” (1966)

Wszyscy jesteśmy wędrowcami i trwa to bez wyjątku, od kiedy istnieje ludzkość. Od starożytnych plemion koczowniczych aż po dzisiejszych turystów, od wypraw łupieżczych aż po najnowsze ekspedycje naukowe – niezależnie od tego, jakie dzielą je powody, mobilność pozostaje. Pieszo, konno, na kołach, parą, elektrycznością i benzyną – wędrówka trwa bezustannie, środki są obojętne. Idę do kawiarni, okrążam świat, wychodzę ze zwierzętami – wędruję. Pęd i prawo przyrody! Mimo zmęczenia podążamy uparcie dalej, naprzód. Celem wędrówki jest spokój, i wszyscy się cieszą na niego w skrytości, chociaż nie przyznają się przed innymi i nie wyrażają tej radości na zewnątrz. Wielu nawet o tym nie wie. Są tacy, co przeszli już kawał drogi i nie chcą posuwać się dalej, albo leżą zmorzeni chorobą, albo w ogóle nie mogą wędrować. Tacy podróżują we własnych myślach, w swojej imaginacji, która nie zatrzymuje się ani na krok, tylko podąża daleko, daleko…

***

"Persona" (1966)

„Persona” (1966)

Od kilku dni byłem jak odrętwiały; zniknęły gdzieś gniew i podniecenie. Nie byłem już w stanie rozważać swojej sytuacji i wałęsałem się z kąta w kąt. Smętne otępienie i apatia zżerały mnie wewnętrznym niepokojem i nie wiedziałem co z sobą począć. Nie potrafiłem usiedzieć w domu, nie mogłem na siebie patrzeć, moje serce rozdarło się na strzępy. Wyjść na dwór, natychmiast! Omijałem gwarne sklepy i skierowałem się ku brzegowi rzeki, która sunęła bezgłośnie mętnym nurtem. Mimo woli ogarnąłem spojrzeniem rozproszone drzewa, które dygotały na wietrze. W mglistej poświacie kołysały się półżywe, jak utworzone z płynnej substancji. Szły od nich jakieś nieznane fluidy i wibrowały w mej obecności. Posępnie i z beznadzieją spoglądałem w dół i wyszedłem na odsłoniętą przestrzeń. Minąłem chylące się ku upadkowi zabudowania, a mokre powietrze zanoszące się jękliwie od rzeki korespondowały z moim nastrojem ducha. Po kilku krokach znalazłem się na cmentarzu i przystanąłem przy ogradzającej go kutej w żelazie bramie; widziałem już pierwsze nagrobki i nagle ogarnęło mną przerażenie. Zacisnąwszy zęby pognałem na łeb na szyję wąskimi ulicami i usiłowałem zdusić w sobie wszechobecną melancholię. Lecz czułem tylko zimną wzgardę.

Pędem minąłem pustkę parku, gdzie suche krzewy i nagie drzewa odmawiały mi odpowiedzi. Sunąłem dalej naprzód, moknąc w przydrożnych kałużach i rozgrzewając  się nagłą gorączką; mijałem uliczki, których nazw w ogóle nie pamiętałem, i place, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Oparty o ogrodzenie, usiłowałem się opanować. Wszedłem przez bramę jakby nigdy nic i kroczyłem po betonowych płytkach. Posuwałem się coraz dalej, a spowijająca park śmiertelna cisza, tłumiła moje niewyraźne kroki. Byłem tak całkowicie pochłonięty własnym stanem, że moja osobliwa sytuacja nie docierała do mej świadomości. Czułem się nad wyraz lekki i kroczyłem naprzód, a z każdym krokiem owiewał mnie na nowo prąd zimnego powietrza.

© Andrzej Osiński

Published in: on 22 Kwiecień 2015 at 9:38  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2015/04/22/po-tamtej-stronie/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: