Jerzy Fryderyk Händel: Malarz muzycznych fresków

Giovanni Battista Tiepolo: Apollo i Marsjasy

Giovanni Battista Tiepolo: Apollo i Marsjasz

Ludzie największego ducha, założywszy, że są najodważniejsi, również w znacznie większym stopniu przeżywają najboleśniejsze tragedie: ale właśnie dlatego czczą życie, że przeciwstawia się im ono jako ich największy przeciwnik” (Friedrich Nietzsche)

I.

Wersalski kancelista, sekretarz Akademii Inskrypcji i inspirator emblematycznych eposów w egzaltowanej dobie „Króla Słońce”, Charles Perrault odnotował, iż „od czasu do czasu natura lubi pokazać swą moc poprzez bogactwo talentów i obsypuje nimi tych, których kocha, tak że później zatrzymuje się, jakby wyczerpana wielkością i liczbą swych tworów”, a brytyjski portrecista i nestor wyspiarskiej krytyki w jednym, Jonathan Richardson z emfazą zaznaczał: „Czasami  mamy do czynienia z taką naturalnością, połączoną z tak ogromną swobodą, że stanowi to dowód oryginalności dzieła”. Nietrudno przyznać, iż te siedemnastowieczne kolokacje zgrabnie przystają do nieziemskiego czynu Jerzego Fryderyka Haendla (1685-1759), który aczkolwiek swój osobisty idiom wykrystalizował nad podziw wcześnie, to nigdy nie zastygł był w partykularnie utrwalonej konwencji, i jakże skwapliwie wymyka się wszelkim definicjom!

Jerzy Fryderyk Händel (portret Balthasara Dennera)

Jerzy Fryderyk Händel (portret Balthasara Dennera)

William Blake uronił ongiś, iż „doskonalenie prostuje drogi, lecz drogi kręte bez doskonalenia, to drogi Geniuszu”. Istotnie, nadprzyrodzony fenomen autora „Muzyki na wodzie” nie poddaje się kształtnie intencjonalnej i programowej ewolucji, pojmując za słuszne wszystkie dostępne rozwiązania i będąc wystarczająco niezależnym, żeby sądzić, iż każdy rodzaj niezłej sztuki uważać można za prawdziwy. „Aby rzeczywiście powiedzieć coś o tym życiu, trzeba całego życia” – odkrywa tę wszechogarniającą i domagającą się estymy encyklopedyczność, Romain Rolland. Nie ulega wątpliwości, że zręcznie stapiając i konwertując najosobliwsze elementy polifonii, ornamentacji, homofonii i rytmiki, stymulowane tezaurusem europejskich kierunków i tendencji, Haendel kroczy ścieżkami z gruntu niecodziennymi.

Klucząc i degustując bez umiaru heterogeniczność gatunków i manier, przezwycięża zarazem niepoliczone rozwidlenia i stylistyczne ostępy, skąd ulatuje ponad ziemię i promienieje wzorowością kunsztu – owym nieskazitelnym, świetlistym „esprit”, jaki „jest niebiańskim pokarmem, / Który żywi umysł i intelekt; / Jest owym życia doskonałym eliksirem, / Co chorego z wszelkiej uwalnia słabości. / Jest to świata ozdoba, jest to skarbiec / Zawierający w sobie naturę i sztukę; / Jest królewskim tronem, którego wyroki / Władzę mają nad koroną, nad berłem i złotem” (Marco Boschini). I pozostawia znamię jedności tak absolutnej, iż – jak nie kryje osłupienia faktograf, John Hawkins – w czas jej projekcji „zapadała cisza tak głęboka, że wstrzymywano oddech i życie wydawało się zatrzymane w swym biegu”.

Giovanni Battista Tiepolo: Porwanie Europy

Giovanni Battista Tiepolo: Porwanie Europy

Dydaktyk i admirator Muzy łacińskiej, Charles Alphonse Dufresnoy, zaobserwował, że „praktyka pozbawiona światła sztuki łatwo może runąć w otchłań, jak ślepiec, nie mogąc wytworzyć czegokolwiek, co by się przyczyniło do trwałej reputacji, podobnie teoria, bez pomocy ręki, nie może nigdy osiągnąć zamierzonej doskonałości, lecz omdlewa w okowach lenistwa, jak w więzieniu”. Piewcy „Mesjasza”, należącemu do owego niezepsutego pnia nowożytnego mieszczaństwa, jakie wydało prześwietne owoce talentu i wiary (jakkolwiek nie zaliczał się on do tych, którzy wolą gwałtowną bądź wstrzemięźliwą narzucają muzyce jakiś sążnisty a niedostępny ideał), udało się uniknąć dotkliwej dychotomii, tudzież przyrodzonego następnym generacjom rozdźwięku pomiędzy intymną wizją a jej zaaplikowaniem w rzeczywistość. „Raczej zamorduj dziecko w kołysce, niż byś miał pieścić pragnienia bezczynne” – monitował niestrudzony rebeliant i mistyczny wizjoner, Blake. Przeniknięty duchem Biblii, Haendel: istota waleczna i niepłochliwa, poważna, surowa i pryncypialna, a przy tym skrupulatna i ekspansywna, imponująca i nieskora do ustępstw, wypija soki całego wszechświata i wchłania je z niegasnącym zachwytem, który – jak tuszył de Musset – jest oczywistym „bratem cierpienia”, i z jakiego zasobów czerpać należy nieoszczędnie, „by znieść nieszczęścia i móc zrozumieć mądrość” (L. Tieck).

Giovanni Battista Tiepolo: Mucjusz Scaevola przed Porsenną

Giovanni Battista Tiepolo: Mucjusz Scaevola przed Porsenną

Fizycznie i moralnie krzepki, o psyche przejrzystej a pragmatycznej, rozmiłowany w rozlicznych strategiach pisania i niejednorodnych systemach kompozycji, ogarniający wszechstronnym lotem wszystkie ówczesne szkoły i narodowe temperamenty, a nadto bez zacięcia przyswajający ich ekspresywne i etniczne arkany, zachowuje herold „Kserksesa” zadziwiającą obiektywność oraz świeżość oglądu, graniczącą z bezosobowością. „Czego jest tak wiele, że się przelewa z przepełnionego umysłu, winno się całą wydobywać pełnią” – rozsądzał zacny filolog i bibliofil z holenderskiej Lejdy, Franciszek Junius. Takoż i Haendel, w żądzy uskutecznienia inteligentnej i sensualnej frazy, o której erudycyjny i popędliwy Mattheson zwykł był mawiać, iż „przemawia [ona] do serca, a poprzez słuch wzrusza i krzepi duszę człowieka rozumnego pięknymi myślami i melodiami”, przystosowuje się do tysiącznych aspektów zjawisk, do hermetycznych wspólnot i periodów, do chimerycznie fluktuującej mody.

Giovanni Battista Tiepolo: Odnalezienie Mojżesza

Giovanni Battista Tiepolo: Odnalezienie Mojżesza

Szczwanym podstępem asymiluje i absorbuje przemijające z nagła wpływy, oddaje się cudzym refleksjom i dywagacjom, w razie potrzeby i przeszkodom przecinającym jego niezmożone trajektorie, magazynuje młodzieńcze fantazje i reaktywuje je z radością w opusach wieku dojrzałego. „Sztuka nie może być naprawdę uprawiana w sposób doskonały, jeśli nie stosuje metody naśladowania, gdyż bez niej pozbawiona jest tego składnika filozofii, który jest istotny” – kontemplował Medycejski pięknoduch i artysta Vincenzio Danti. Twórca „Orlanda” czyni to z tak tytaniczną potęgą ducha i tak niezachwianą równowagą myśli, że ani na chwilę nie daje się zatopić niewiarygodnej masie obcych wtrętów i kuriozalnych zapożyczeń, które z miejsca są bezwzględnie inkorporowane, opanowane i sklasyfikowane do własnych potrzeb. „Jego wspaniała dusza – udatnie ewokuje Rolland – jest jak morze: wszystkie rzeki świata nie potrafiłyby zaspokoić jej pragnienia ani też zmącić jego pogody”.

II.

Giovanni Battista Tiepolo: Mężczyzna i kobieta z dzbanem

Giovanni Battista Tiepolo: Mężczyzna i kobieta z dzbanem

Analizując przymioty niezmierzonej imaginacji właściwej artyście idealnemu, Albrecht Dürer wyraził przekonanie, że „gdyby człowiekowi posługującemu się z umiarem taką sztuką i obdarzonemu przez naturę talentem, dane było żyć wiele setek lat, codziennie tworzyłby, dzięki mocy, którą Bóg dał człowiekowi, i ze siebie dobywał wiele nowych postaci ludzi i innych stworzeń, nie widzianych przedtem i przez nikogo nie wymyślonych”. Geniusz niemiecki od zarania odznaczał się predylekcją ku adaptacjom a adopcjom cudzoziemskich szablonów i kondycji, okraszając ich transparentną konsystencję rzadkiej urody ekstrawagancją i spirytualną lirycznością, a kiedy trzeba – intencjonalną grozą, zakorzenioną immanentnie w umysłach tej rozmiłowanej w ideach nacji.

Wszelako Haendel, dzięki wrodzonej indyferencji i kosmopolitycznej poetyce pióra, lubującej się raczej w impersonalnym opisaniu bytu, aniżeli przenicowaniu na skroś jego przerażających ekstremów (o co niejednokrotnie ocierał się chociażby Telemann), jest całkiem inny i o wiele bliższy niż ktokolwiek w Niemczech psyche śródziemnomorskiej; owemu tchnieniu homeryckiemu, do jakiego nadzwyczaj chętnie uciekał się Goethe, a które przejawia się w entuzjastycznej otwartości dla najskromniejszych symptomów egzystencji. „Prawdziwie bowiem tkwi wiedza sztuki w naturze: kto umie ją stamtąd wydobyć, ten ją posiada” – konstatował bezdyskusyjnie Dürer, a jego majestatyczny kolega po fachu, Nicolas Poussin nadmieniał: „Sztuka nie jest czymś innym niż natura, nie może też przekraczać jej granic. Zbiera ona bowiem tylko w całość to światło wiedzy, które jako dar natury rozproszone jest tu i ówdzie, pojawia się w rozmaitych ludziach, w różnych miejscach i czasach”; nietrwałych okruchach odbijających swą migotliwą postać w tafli źródlanej i Apollińsko niewzruszonej.

Giovanni Battista Tiepolo: Hagar na pustyni

Giovanni Battista Tiepolo: Hagar na pustyni

Ten niezawisły obiektywizm o rysunku swobodnym i tak uniwersalnym, iż przywołuje on niedwuznacznie preromantyczne poczynania Lessinga oraz Herdera, jawi się ewidentnym pokłosiem italskich ekskursji, a nadto rezydowania w dumnej Anglii, której społeczność nieomal jawnie delektowała się zblazowanym tłumieniem wzruszeń, tudzież pogardą dla sentymentalnej kordialności. Nietzsche podnosił nawet trafnie, że „wszelkie życie spoczywa na pozorze, sztuce, ułudzie, optyce, konieczności perspektywizmu i błędu”…

Giovanni Battista Tiepolo: Triumf Zefira i Flory

Giovanni Battista Tiepolo: Triumf Zefira i Flory

Inna sprawa, jaka wydaje się tyleż intrygująca, co niepojęta, acz nie incydentalna w dziejach sztuki, to nieukrywana idiosynkrazja Haendla wobec kultury włoskiej. Otóż człowiek, który miał ulec bez reszty wytwornym smakom Południa oraz zgotować bezwarunkowy triumf latyńskiego idiomu w muzyce, odczuwał zrazu nieodpartą abominację wobec tak przykrej jego prostolinijnej duszy nieokiełznanej namiętności. Idąc jednakże za przykładem totumfackiego Corelliego, rychło rozkochał się nieprzytomnie w tamtejszym malarstwie, a nadto ćwiczył do utraty tchu w giętkiej żonglerce awangardowymi technikami Półwyspu.

Mistrzostwa nie zdobędzie, / Kto wprzódy nie dosięgnie / Sztuki i życia krańców” – syntetyzował Michał Anioł. Olimpijski idiom, dojrzewający na styku promieniowania wykwintnych intelektualnych środowisk Saksonii i Prus, odżywiający się weną wielorakich nacji i usposobień oraz pasożytujący na reminiscencjach i ekscerpcjach opusów cudzego pióra, w rzeczy samej zdaje się powielać epicką i dramatyczną osnowę kunsztu giganta rzymskiego Odrodzenia, acz za pomocą innych środków.  Jest to sztuka radości i szerokiego oddechu; uniwersum ekstrawertyczne i nie zapatrzone trwożnie w siebie, unikające nadmiernego skupienia i nie podążające za zawiłymi podszeptami myśli na kontemplacyjne bezdroża, gdzie w izolacji i kwietyzmie wątłe istnienie rozprawia ze swoim Bogiem; sztuka przesycona na przestrzał majestatycznym blaskiem Niebios i nieskończonym gąszczem kosmosu.

Giovanni Battista Tiepolo: Gloryfikacja rodu Barbaro

Giovanni Battista Tiepolo: Gloryfikacja rodu Barbaro

Jest to muzyka wielkich katedr, wirująca triumfalnie pośród renesansowych fresków i światłocieniowych iluzjonistycznych kopuł, ulatująca w górę stalowym rytmem i posągowo ekstatyczna, prąca do przodu i nieulękła, rozbijająca wątłe przeszkody na swym nieubłaganie niezłomnym trakcie. Można by tedy równie dobrze nazwać ją za Schopenhauerem „wcieloną wolą”, tak jak „świat wcieloną muzyką”, tym bardziej, że, jak nie omieszkał spostrzec ów zaprzysiężony pesymista, „pojęcia zawierają tylko formy (…), niejako ściągniętą wewnętrzną skorupę rzeczy, a więc są najzupełniejszymi abstrakcjami; muzyka natomiast daje najwewnętrzniejszy, przed wszelkim upostaciowaniem pra-istniejący rdzeń, czyli serce rzeczy”.

III.

Na kartach zrewoltowanej przedmowy do „Cromwella”, wyniosły Hugo przypomniał, że „chrześcijaństwo prowadzi poezję do prawdy”. „Tak, jak i ono  – kontynuuje galijski bard – muza nowoczesna ogarnia rzeczy widzeniem głębszym i szerszym”. Ale są w nieprzejednanej i pompatycznej konfesji Haendla, silącej się odmalować w zgiełku marszowych surm rozległe rostrum wszechpotężnego Pana, cudne sztafaże sielankowe i filigranowo bukoliczne marzenia; „nadzieje rozkoszy, spoczynku, uciech, dostatku i sławy”, jakie –  ku rozżaleniu Bernardina de Saint Pierre – „nie są stworzone dla człowieka, który jest na tej ziemi jeno słabym i przelotnym wędrowcem”.

Giovanni Battista Tiepolo: Olimp

Giovanni Battista Tiepolo: Olimp

Dźwięczą tu eterycznie wiotkie tańce i wyrafinowanie rzewne pienia, skąpane w glansach antycznej Hellady i upojone same sobą, pną się rozkapryszone arabeski wokaliz, mruczą arpeggia, tryle i larga, wznoszą się falą wirtuozowskie partie skrzypiec. A śród kwefionego rozkoszą larum, wiodą nieskrępowane, dziarskie igrce tłumy herosów i boginek, lud Izraela i niewolnic, mężny Herakles i Ariadna, hordy Scypiona i Jozue.

Poeci zaludnili powietrze, ląd i wodę aniołami, latającymi chłopcami, nimfami i satyrami – oceniał ten fenomen Jonathan Richardson – wyobrazili sobie, co czyniono w niebie, na ziemi i w piekle, a także na całym globie, a co historycznie nie mogło być wiadome”. Rys pastoralny i bohaterski splatają się przy tym pospołu na podobieństwo olśniewającej kwietnej girlandy, wieńczącej zuchwały obelisk wodza, który bez końca głosi swój zachwyt nad przepięknymi znakami bytu. „Można by wziąć słuchaczy za wariatów – relacjonował furorę weneckiej premiery „Agrypiny”, znaczący biograf mistrza, John Mainwaring – Klaskano i krzyczano: >Viva il caro Cassone!<. Wielkość tego stylu uderzyła w nich jak piorun”.

Giovanni Battista Tiepolo: Bellerofont na Pegazie

Giovanni Battista Tiepolo: Bellerofont na Pegazie

To, co ci objawiono, to tylko cząstka boskiego księgozbioru; a ci, którzy jak my za życia jeszcze zdołali bardziej się ku nim zbliżyć, również grzęzną w ciemnościach i mroku” – pogrążał się w smutku Monteskiusz. Tymczasem piewca „Samsona”, jak zawsze niezależny, stroniący równie od ordynarnych szaleństw, co pasywnego zadumania nad egzystencją, a co ważniejsze, od pietystycznej a ociekającej sentymentem dewocji; czerpał nie tylko ze źródeł Muzy uczonej i ekscentrycznie koturnowej, acz z wartkich strumieni jędrnej i potoczystej mowy wsi. Posłyszymy je w gwarze swarliwego Londynu, w ulotnych szeptach angielskich prowincjuszy, przysiadających dumnie na ławeczkach Reynoldsa i Gainsborough, flamandzkich dzwonkach i włoskich kanconach, zaśpiewie ptaków i szumie lasów. Nabrzmiewają one w natchnionych i intensywnie skoncentrowanych obrazach o krystalicznie przejrzystej linii a natarczywej wyrazistości, jakie ponawiają się i penetrują bezkarnie zadziwiony intelekt na modłę nieomal obsesyjną; obezwładniając niczym wagnerowskie malarstwo tonów, inspirowane pejzażem natury i wystylizowane na niderlandzkie panoramy.

Giovanni Battista Tiepolo: Chrystus w ogrodzie Getsemani

Giovanni Battista Tiepolo: Chrystus w ogrodzie Getsemani

Poezja sztormów gradowych; epos rozburzonego lub omszałego sennością morza, głębokich cieni nocy i listopadowego zmierzchu, nadciągającego nad przytuloną do kniei osadę; sonet parku zimowej grozy otulonego światłem srebrzystej luny i wiosennego świtu rozpaplanego trelem skowronków – ta osobliwa romantyczność, rodząca się – jak pragnął wierzyć Schelling – „z najwyższego poruszenia najintymniejszych mocy duszy i umysłu, które nazywamy entuzjazmem”, antycypowała bez przesady czas dziewiętnastowiecznych dysput literackich, uderzając bezwzględnie i bez ogródek w ślamazarne i ociężałe kołtuńskie gusta. Albowiem, zgodnie z otwartą koncepcją Tiecka, „sztuka nie zna żadnych uwarunkowań a jej całość nie ma części

Giovanni Battista Tiepolo: Perseusz i Andromeda

Giovanni Battista Tiepolo: Perseusz i Andromeda

Z kolei współczesny Haendlowi, Richardson, postawił taką oto udaną hipotezę: „Wielkie i zasadnicze cele [sztuki] to uwznioślanie i udoskonalanie natury, a także przekazywanie idei nie tylko tych, które mogły być przekazane także w inny sposób, ale takich, które bez sztuki nie mogłyby zostać przekazane; dzięki którym dokonuje się postęp stanu umysłowego ludzkości, które czynią ją lepszą; i to sposobem łatwym, szybkim i przyjemnym”. Nie przypadkowo wiążę to przesłanie z patriarchalnym heroldem „Juliusza Cezara”, który pod powłoką oświeceniowych racji i irytująco drętwych konwencji; pod niewzruszoną maską arystokratycznego italianizmu i salonowo kształtnej erudycji, skrywał niekiedy iskrę demoniczną i niepohamowaną, bliższą zgoła aktywistom „Wichrowych wzgórz” i rozhisteryzowanym ofiarom Sturm und Drang, aniżeli wolteriańskiej obojętności wieku rozumu. „Doszedłem do przekonania – zdumiewał się Camille Saint Saëns – że właśnie stroną malowniczą i opisową, wówczas całkowicie nową i nieoczekiwaną zdobył sobie Haendel zadziwiające łaski, jakimi się cieszył (…) Odnajdzie [się] na każdym kroku poszukiwanie malowniczości i efektów naśladowczych. Jest ono rzeczywiste i bardzo intensywne jak na środowisko, w którym wystąpiło i gdzie, jak się zdaje, nie było przedtem znane”.

IV.

Najlepszym i może jedynym sposobem panowania nad ludźmi jest władać ich namiętnościami

(Jules Barbey d’Aurevilly)

Giovanni Battista Tiepolo: Cierniem koronowanie

Giovanni Battista Tiepolo: Cierniem koronowanie

Autor „Rodelindy” istniał wyłącznie dla kompozycji. Był – by posłużyć się znakomitym cytatem Rollanda – „samą muzyką”, i nic i nigdy nie było w stanie oderwać go jej efemerycznych ścieżek. „Oto prawda!” – szacował tę ponadludzką figurę Ludwig van Beethoven, a anonimowy wierszopis „Sztuki komponowania muzyki na zupełnie nowy sposób” (1751), z uniżoną atencją przyznaje: „Mógłby sprawiać przyjemność ludziom wedle ich gustu, ale jego zły duch nie ścierpiałby tego. Wobec tego wymyślił nowy rodzaj muzyki okazałej i pysznej i, żeby zrobić więcej wrzawy i hałasu, dawał ją do wykonania tak wielkiej liczbie głosów i instrumentów, jakiej się nigdy przedtem nie słyszało w teatrze. Chciał w ten sposób dotrzymać kroku nie tylko bogowi muzyków, ale i innym bogom, jak: Eolowi, Neptunowi i Jupiterowi, gdyż czasami spodziewałem się, że albo dom runie od jego burzy, albo morze wystąpi ze swoich brzegów i pochłonie nas”.

Giovanni Battista Tiepolo: Merkury nawołujący Eneasza do opuszczenia Kartaginy

Giovanni Battista Tiepolo: Merkury nawołujący Eneasza do opuszczenia Kartaginy

Tworzył tak, jak się oddycha i niezobowiązująco prawi słowa, nieledwie od jednego rzutu, jak gdyby stale improwizował przed przystąpieniem do właściwych szkiców. Nanosił je z nieprzytomną furią, amplifikując setne koncepty i werbalizując idee bez najmniejszego ustanku, tak że jego myśl skłonna była uprzedzać stateczną rękę, zmuszając tę ostatnią do ugrzęźnięcia w sieci skrótów. A równocześnie – co jawi się istną kontradykcją – celował w precyzji bujnej formy, godnej najznamienitszych etiud Mozarta i Glucka. Przypomina w tym etos republikańskich oratorów, roztaczających swój górnolotny przekaz z wyżyn rzymskiego amfiteatru, tak by natychmiast był zrozumiany i uzyskiwał żywy oddźwięk. Zaiste, „w sztukach pięknych jedna wola więcej zdziała, niż wiele połączonych woli” (Michał Anioł).

Prekursor encyklopedystów i miłośnik Kartezjusza, Bernard Le Bouvier de Fontenelle, będąc pisarzem o niebywałej finezji intelektualnej, tudzież nad wyraz trzeźwym krytycyzmie, nie bez ironii przywołuje, iż „w greckich republikach i w republice rzymskiej wymowa była kluczem do wszystkiego; było też równie korzystne urodzić się ze zdolnością do dobrego przemawiania, jak dziś byłoby urodzić się z milionem renty”; i sarkastycznie dywaguje: „Czego jednak człowiek starożytny dowodził dla zabawy, biednemu nowożytnemu mogłoby sprawić w jego czasach wiele kłopotu”. Otóż Haendel, persona egalitarna, sensualna i sprawiedliwa; retor owładnięty natręctwem przystępności i powszechności swego kunsztu, acz nie zniżający się do kokietowania niskich instynktów, posiadł bez mała antyczne tajniki ogarnięcia jednym gestem najszerszych kręgów publiczności.

Giovanni Battista Tiepolo: Mecenas prezentujący sztuki wyzwolone przed cesarzem Augustem

Giovanni Battista Tiepolo: Mecenas prezentujący sztuki wyzwolone przed cesarzem Augustem

Jego epicka elokwencja a cyceroński dar dykcji, o dyspozycji ku wyszukanym i jednocześnie ciętym frazom, z łatwością trafiały do żwawej gawiedzi, pałętającej się i podnieconej trunkiem; a kiedy wymagał tego etos, umiały łączyć się z duchem narodu, jak w owej chwili inwazji Stuartów, kiedy to „Juda Machabeusz” stał się synonimem zagrożonej ojczyzny. Rzecz niebywała w obecnej sztuce, dostępnej ledwie garstce wtajemniczonych oraz pławiącej się we własnych wyziewach. „Do głosu dochodzą >bezosobowi<” – ocenia ten godny pożałowania syndrom Nietzsche, i urągliwie indaguje: „Czym można się dziś skompromitować? Gdy się jest konsekwentnym. Gdy się idzie prostą drogą. Gdy się jest mniej niż pięcioznacznym. Gdy się jest szczerym…

Giovanni Battista Tiepolo: Bachantka

Giovanni Battista Tiepolo: Bachantka

Inicjator nowożytnej teorii barw, filozof, teolog oraz protegowany księcia Richelieu, Roger de Piles zajmował stanowisko, iż „geniusz jest pierwszą rzeczą, jakiej istnienie zakłada się u artysty. Jest to ta część – zaobserwował on – której nie można pozyskać ani przez studia, ani przez pracę. Talent ten musi być duży, odpowiedni do tego, jak rozległa jest sztuka, zawierająca w sobie tyle różnych umiejętności i wymagająca wiele czasu i starania”. Rzecz znamienna, że w znojnym dorobku twórcy „Semele”, który z obecnej perspektywy jawi się istnym koryfeuszem współczesnej melodyki, dyspozycja do wdzięcznej i bezpretensjonalnej kantyleny nie była cnotą przyrodzoną, a prędzej konsekwencją surowej dyscypliny i wewnętrznego dorastania.

Giovanni Battista Tiepolo: Apollo i Diana

Giovanni Battista Tiepolo: Apollo i Diana

W trakcie tego zagmatwanego procesu, kiedy to – jak przenikliwie osądzał Balzak – „tysiące scen rozgrywa się w głębi duszy pod zimnymi wyrachowaniami życia na pozór cichego i pospolitego”, Haendel z uporem jubilerskiego terminatora, przyswaja sekrety pięknych form i usuwania z nich wszystkiego, co sofistyczne i trywialne zarazem. Szlifuje sublimowane koloratury, hołubi wymowność i spontaniczność, wskrzesza koncepty helleńskie i arkadyjskie, cyzeluje niczego sobie charaktery i opatruje je przepastnym duchem teatru; z lubością oddaje się światu zewnętrznemu: wyrafinowanym płótnom, majstersztykowi wielkopańskich kreacji, szmerom przyrody i lśnieniu słońca. Pomny jest przy tym pouczeń, jakie padają z ust moralisty i barokowego augura „decorum”, Juniusa, który wprawdzie stanowczo utrzymywał, iż „pełnię trzeba utemperować”, lecz symetrycznie dawał do zrozumienia, że „o ile na zbytnią bujność istnieje łatwe lekarstwo, to żaden wysiłek nie przewalczy jałowości”.

Giovanni Battista Tiepolo: Modlitwa

Giovanni Battista Tiepolo: Modlitwa

Dobry malarz jest w swoim wnętrzu pełen obrazów i gdyby było możliwe, żeby żył wiecznie, stale ujawniałby w swym dziele coś nowego, czerpiąc z wewnętrznych idei” – pojmował nieposzlakowany Albrecht Dürer. Tym, co fizycznie urzeka w owych – jak to określił Rolland – „muzycznych akwafortach”, jest wielokrotne podejmowanie tych samych motywów, które raz zarejestrowane, nie przestają atoli egzystować gdzieś w zakamarkach chłonnego umysłu, zdając się drzemać na krańcach świadomości tak, aż zostaną ujęte odrębnym sensem. Użyte zrazu w okazjonalnym zrywie inspiracji, w takiej czy innej koniunkturze, nie zawsze zresztą adekwatnej; lewitują – jeśli tak można przelać na papier – w oczekiwaniu idealnego przybrania; bezprecedensowego kostiumu, w jaki zostaną przystrojone, i w którym znalazłszy pełnię prawdy, bez skrępowania ją rozwiną.

Nie inaczej postępuje nasz „Szekspir opery” – jak przy okazji uronił frenetyczny hagiograf mistrza, Friedrich Chrysander – z kompozycjami świetnych kolegów po fachu, które zuchwale zapożycza i trawestuje bez umiaru, wywołując z ich czeluści utajone a niebywałe treści, zgoła nieprzewidziane przez ich twórców. Georgio Vasari napisał swego czasu, że „wielkość sztuki rodzi się u jednych z pilności, u innych ze studiów, u kogoś z naśladowania, jeszcze u innego ze znajomości nauk, które wszystkie są sztukom pomocne, a u kogoś znów innego z tych wszystkich rzeczy razem wziętych lub z ich dużej części”. Apologeta „Ottona”, bez dwóch zdań liczy się do tej ostatniej kategorii, dość że konstytuując własną muzykę, to usprawniając wytwory innych. W gruncie rzeczy – jak dedukował cytowany de Piles – „skoro obraz robi wrażenie i przyjemny jest dla oczu, jest to wszystko, czego się można pod tym względem spodziewać”.

Giovanni Battista Tiepolo: Apoteoza rodu Pisani

Giovanni Battista Tiepolo: Apoteoza rodu Pisani

Temu ewokacyjnemu obliczu spuścizny Haendla nie sposób odmawiać wartości, jako że siła ekspresji i specyficzna sugestywność jego frazy, oscylując wielekroć na pograniczu drżącego omamu, łudzi scenerią bezgranicznego nieboskłonu, pod którego sennym a niedosiężnym łukiem toczy się cichy dramat zbłąkanej w dziejach ludzkości. „Pożądamy prawdy, a znajdujemy w sobie jedynie niepewność – trapił się Pascal – Szukamy szczęścia, a znajdujemy jedynie nędzę i śmierć (…) Bieżymy bez troski w przepaść, pomieściwszy przed sobą coś, co nam nie pozwala jej spostrzec”. Autor „Muzyki sztucznych ogni”, przytłoczony szeregiem nieszczęść i plag o proweniencji materialnej, zużywający swoją fenomenalną żywiołowość na wyczerpujące batalie z miernotą, bezwartościowe użerania z aktorami, na niepokoje ze strony intryg; ścigany bankructwem i cięgiem szarpany, acz niepodległy i nieposkromiony; przedkłada złowrogie odsłony historii w serii feerycznych arcydzieł, których wyłączną istotą jest – jak zilustrował to zgrabnie Francesco Geminiani – „naśladowanie pięknego dyskursu” i uwielbienie zuchwałej harmonii bytu.

© Andrzej Osiński

Advertisements
Published in: on 9 września 2011 at 10:13  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2011/09/09/jerzy-fryderyk-haendel-malarz-muzycznych-freskow/trackback/

%d blogerów lubi to: