Poeta w poszukiwaniu Absolutu

the-day-of-the-god

Paul Gauguin

Nie jestem dla mnie weselem, nie cieszę samego siebie. Przechadzam się lekko po parku, mijam jego różane ścieżki, zachwycam kasztanami. W ich bladym cieniu oddaję się bóstwu kontemplacji, odprawiam codzienną pokutę, pogrążam w rozważaniach, składam ofiarę z samego siebie. Moje gesty są pełne godności, jedyne i przynoszące radość. Skromne myśli i subtelne refleksje napływają z falą pobliskiej rzeczki, biegną ku roziskrzonym gwiazdom i wyciągają się ku rozżarzonym promieniom słońca. W upale marzę o nauce, która ukoi wszelkie wątpliwości, odczuwam w sercu niezadowolenie; czuję, że miłość matki i radość z posiadania przyjaciół nie na zawsze i nie po wszystkie czasy będzie mnie uszczęśliwiała, nie na zawsze mnie zaspokoi, nasyci i dopisze. Kościół i jego nauczyciele przekazali mi już największą i najlepszą cząstkę swojej mądrości, przelali całe bogactwo w to niecierpliwe naczynie, a jednak nie napełniło się ono do syta, umysł dalej znosi męki niedostatku, dusza nie jest spokojna, serce nie doznaje uciszenia.

Codziennie przed mszą, maczam dłonie w wodzie święconej, i boję się, że jest to tylko woda, nie ma siły zmazania grzechów, nie gasi pragnienia ducha, nie niweluje uporczywego lęku. Wzywanie Boga jest piękne, ale czy ono wystarczy? Czyż świat ten nie jest dziełem Najwyższego i Jedynego, czy Jezus nie był stworzeniem jak każdy z nas, podległym czasowi, przemijalnym? Tak wiele pytań błądzi po mej głowie. Czy dobre jest, rozumnie i wzniośle składać ofiarę z samego siebie? Komu oddawać cześć, jeśli nie Jemu, jedynemu? Lecz gdzie Go szukać, gdzie On przebywa, gdzie bije wieczne Jego serce, gdzie? Hesse odpowiada: „W naszej własnej jaźni, w tym najgłębiej ukrytym, niezniszczalnym pierwiastku, który każdy nosi w sobie”? Idę więc dalej i pytam, gdzie jest ta nasza jaźń, a może dusza, gdzie ten najbardziej tajemniczy i niezniszczalny pierwiastek, tchnienie Boga? Nie pochodzi ono ani z ciała ani z kości, nie jest też świadomością ani myślą; więc gdzie jest? Jak dotrzeć do siebie, jeśli nie przez Chrystusa, czy warto szukać innej drogi, innej duchowości? (więcej…)

Reklamy
Published in: on 1 października 2019 at 11:50  Dodaj komentarz  
Tags:

Męstwo poety

William Blake

Najchętniej piszę przy pełnym świetle, w cieple otulającego świat słońca, w domu lub na ławeczce pobliskiego parku, gdzie gorące promienie załamują się na bujnym listowiu drzew. Chłód parkowej gęstwiny lśni srebrzyście zachęcając do podjęcia pracy i przemawiając do mnie czymś nowym. Czuję, że w tej rozmyślnie wybranej samotni znajduję rozwiązanie i oto przepełnia mnie żar wykonania dobrej, niezwykłej pracy, której siła polega nie na uchwyceniu zgodności z otaczającym mnie życiem czy na jego wzniosłym odtworzeniu, ale na tym, że ten niewzruszony i tajemniczy byt, ta nieznosząca sprzeciwu natura, rozdziera się na mgnienie oka gwałtownie, i ujawnia gniewny, potężny oddech rzeczywistości.

Przystępuję do pracy, lecz odczuwam nieuwagę i rozproszenie, i natychmiast doświadczam wewnętrznego wzburzenia. Nie jestem w stanie odnaleźć czystej koncentracji, która sama z siebie przedkłada dobre pomysły. Odsuwam od siebie klawiaturę, biorę do ust filiżankę gorącej herbaty, wypijam ją, i zdecydowanym krokiem wychodzę na dwór. Pobliska rzeczka mieni się srebrzystym refleksem, na zewnątrz bucha letni dzień, a przeniknięty blaskiem słońca park rozbrzmiewa licznymi ptasimi głosami. Spoglądam w komórkę i włóczę się bez celu, patrząc na rozsłonecznione ścieżki i nasłuchując uważnie w stronę mieszkania; krążę koło placyku ze zjeżdżalnią i piaskownicą. Z ulotnym zainteresowaniem chłonę wysokie korony kasztanów, obsypane kwieciem lipy i uchronione przed piłą topole, gdzie pośród masy liści i stożków kwiatów rozlegają się ciche brzęczenia pszczół i bzykanie komarów. W ciszę południa wdziera się dźwięczne uderzenie zegara na wieży kościoła farnego.

(więcej…)

Published in: on 1 października 2019 at 11:07  Dodaj komentarz  
Tags:

Dziecięce marzenia poety

36

Raoul Dufy

Pewnego dnia, w porze pomiędzy latem a jesienią, siedziałem przy biurku i udawałem, że piszę poezję. Tak bardzo pragnąłem uchodzić za wieszcza, zresztą przez niejednego byłem już za takiego uważany. Spędziłem pół dnia na lekturze, i teraz wpatrywałem się w pomięte kartki arkusza, na którym poprzedniego dnia usiłowałem coś pisać. Na papierze znajdowały się jakieś mądre rzeczy, zanotowane drętwym, archaicznym językiem, mało celne pomysły, męczące opisy, żałosne dywagacje. Byłem rozczarowany tym, co czytałem na swoich kartkach, rozżalony tym, co poprzedniego dnia nanosiłem z niejaką radością i euforią, i co przez popołudniową godzinę rzeczywiście wyglądało jak poezja.

A jednak z tych niepozornych linijek i stronic bije w niebo łuna pięknych i subtelnych uczuć; w ciągu nocy przeistoczyły się one w literaturę, a nie tylko koszmarny zapisany papier, którego w gruncie rzeczy było szkoda. W tej pełnej napięcia minucie zastanawiam się nad czymś, co nieraz już czułem i nad czym się pochylałem z uwagą, to znaczy komiczność i zarazem tragizm mego bytowania, nadąsanie i pretensję do faktycznego pisarstwa, głupotę oraz naiwność. Nadaremno usiłuję stworzyć za pomocą miłości własnej i uwielbienia dla minionej poezji coś, co mogłoby dorównać realnym wierszom. Nie pomogły nawet pusząca się naukowość ani wyczulony słuch, wiedziałem, że z naśladownictwa i nagiego wyksztalcenia nic zgoła nie da się stworzyć. (więcej…)

Published in: on 27 września 2019 at 9:18  Dodaj komentarz  
Tags:

Demony poety (II)

800px-Vasily_Kandinsky_-_Composition_No_4

Wassily Kandinsky

Pogodny nastrój długich lipcowych dni już dawno minął. Czułem się wówczas jak gdybym przybił szczęśliwie do wyspy, drobnego punktu wypełnionego niemożliwym spokojem. I tak już ze mną jest zawsze – zaledwie polubię jakiś stan, ledwo sprawi mi on niekłamaną przyjemność, wszystko odchodzi i nagle gaśnie we mgle. A ja kontynuuję ten żywot, daremny i pełen żalu, trawiony ogniem niezaspokojonych pragnień, nieprawdopodobnego oczekiwania, które jakże często doprowadza mnie na skraj wariactwa i wściekłości. I nienawidzę czasem innych ludzi, gdyż ich obraz tkwi we mnie samym. Nie oburza mnie bowiem coś, czego we mnie samym po prostu nie ma.

***

Do samotności przywykłem od dawna, nie ciąży mi ona zupełnie, nawet w rozochoconym towarzystwie. Zawsze zajęty sobą, zawsze ze sobą sam, tak gorączkowo pragnący wreszcie przeżyć na jawie coś innego, wyjść choć na chwilę z wąskiego kręgu mojego „ja” na świat, nawiązać z nim sojusz bądź pojąć walkę. Niekiedy, przebiegając wieczorem ulice, gnany niepokojem do utraty tchu, nie mogę ot tak wrócić do domu, zawołać do najbliższego okna, zaczaić się daleko za rogiem. I uznaję to wszystko za męczeństwo, i nie kryję się z myślą, że kiedyś naprawdę skrzywdzę się. A jednak tego nie robię! (więcej…)

Published in: on 27 września 2019 at 8:59  Dodaj komentarz  
Tags:

Demony poety (I)

1906-1907MauriceDeVlaminckPaysageAuxArbresRougesLesFauves-Copy

Maurice Vlaminck

Czuję jak wiele zapachów i smaków dzieciństwa nawiedza teraz moje wnętrze, przenikając do głębi, wyrażając się to żalem za utraconą przeszłością, to wewnętrznym dreszczem spełnienia. Przez pobudzoną pamięć przebiegają wartko ciche i zacienione uliczki, jasne domy i wysmukłe kościoły, uderzenia zegarów i ludzkie twarze. Widzę nasze przytulne mieszkanie skrywające swe drobne tajemnice i pełne nadziei, ale również lęków przed sennymi zmorami. Nęci mnie ono rozgrzanym powietrzem z kaloryferów, pachnącym ciastem i golonką, delikatnym suszem owoców i grzybów.

Dzieciństwo… Splatały się w nim dwa światy rozpostarte pomiędzy dniem a nocą: świat domu rodzinnego, dostępny na każde zawołanie, ciasne mieszkanie wypełnione głosem rodziców i brata, oraz świat inny, ten drugi, inaczej pachnący, mówiący i domagający się usilnie czegoś ode mnie, czegoś, co nie zawsze rozumiałem. Dom rodzinny był mi na wskroś znany, przenikał mnie miłością i surowością moich najbliższych, rozsądkiem i obowiązkami. Był to świat pogodny i łagodny, lśniący jasnością i czystością, spowity uprzejmymi słowami, życzliwością, i „dobrymi, umytymi rękoma”; pachniał on czystą odzieżą i pięknem naszych uczuć. Nie śpiewano w nim chorałów, jak pisze Hesse, ale obchodzono podniośle święta, pokonywano drogi proste i trakty prowadzące w przyszłość, brano na siebie „obowiązki i przewinienia, wyrzuty sumienia i spowiedź, przebaczenie i mnóstwo drobnych postanowień” – a wszystko to skąpane w miłości i szacunku rodziny. Tak, to był świat życia czystego i pięknego, uładzonego i spokojnego. (więcej…)

Published in: on 20 września 2019 at 12:20  Dodaj komentarz  
Tags:

Wyższy świat (II)

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Każdy byt od zarania opiera się na dwoistości, na przeciwieństwach pozornie nie do pogodzenia: Albo się jest mężczyzną albo kobietą, typem jawnie osiadłym lub wagabundą, człekiem rozumnym bądź wrażliwym. Nigdy niepodobna przeżyć tych stanów jednocześnie; doświadczać zarazem wdechu i wydechu, męskości i kobiecości, popędu i ciszy ducha, wolności oraz ładu. Posiadanie jednego jest równoznaczne z utratą drugiego, a to drugie jest równie ważne i godne pożądania, co pierwsze…

Ale czy spoza tej huśtawki, tak rozpaczliwie rozchybotanej pomiędzy grozą a rozkoszą, żądaniem życia a wolą śmierci, nie wyłania się aby całkiem inna droga?

***

Raoul Dufy: Madame Dufy

Raoul Dufy: Madame Dufy

Źródłem dobrego dzieła sztuki nie jest postać żyjąca, zanurzona po szyję w rzeczywistości, aczkolwiek może być ona do niego podnietą. Prawzorem nie jest jednostkowe ciało i godna pożałowania krew, krążąca po tym ciele; obraz pochodzi z ducha. Jego ojczyzną jest psyche artysty. Istnieje on w niej na długo przedtem, zanim się stanie widzialny i uzyska rzeczywisty wygląd, i jest tym, co filozofowie określają mianem idei. Tkwi ona pośród zamętu i bolesnego pobojowiska życia, wewnątrz tego nieskończonego i zda się bezsensownego tańca zmarłych, na scenie przykrótkiego bytu. Tak więc sterczy tam mocno, i wskazuje drogę z żałośliwego świata zmysłów, z wiecznego chybotania się między rozpaczą a rozkoszą, z posępnego teatru gestów na światło. (więcej…)

Published in: on 17 listopada 2012 at 10:58  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

Wyższy świat (I)

Henri de Toulouse-Lautrec: Kobiety w jadalni

Henri de Toulouse-Lautrec: Kobiety w jadalni

Wszyscy, a już w szczególności młodzi, skłaniamy się do uważania naszych pragnień za czyste zrządzenie Opatrzności. Ale przecież nie zawsze zwykłe łaknienie i żądania decydują o losie i posłannictwie człowieka.

***

August Sander, ---

August Sander, —

Jestem niepoprawnym marzycielem i miewam łagodne widzenia, jednak ich dobrotliwość i pobożność fascynująco mogą łudzić; nie warto zatem na nich polegać.

***

Oby mi nigdy nie zbrakło przełożonych, którzy byliby głupsi ode mnie! Jak to cudownie leczy pychę.

***

Rdzeniem i sensem mojego życia jest czysta służba dla ducha, posłannictwo dla Słowa, które przyjęło postać Pana; ciche, rozważne, rezygnujące z własnej korzyści trwanie w skupieniu i na modlitwie, droga do wyższych aspektów psyche. Będąc wszelako myślicielem, przychodzi mi z zaskakującą trudnością, aby we wszystkim ujrzeć miłość. (więcej…)

Published in: on 17 listopada 2012 at 10:01  Dodaj komentarz  
Tags: , ,