Dziecięce marzenia poety

36

Raoul Dufy

Pewnego dnia, w porze pomiędzy latem a jesienią, siedziałem przy biurku i udawałem, że piszę poezję. Tak bardzo pragnąłem uchodzić za wieszcza, zresztą przez niejednego byłem już za takiego uważany. Spędziłem pół dnia na lekturze, i teraz wpatrywałem się w pomięte kartki arkusza, na którym poprzedniego dnia usiłowałem coś pisać. Na papierze znajdowały się jakieś mądre rzeczy, zanotowane drętwym, archaicznym językiem, mało celne pomysły, męczące opisy, żałosne dywagacje. Byłem rozczarowany tym, co czytałem na swoich kartkach, rozżalony tym, co poprzedniego dnia nanosiłem z niejaką radością i euforią, i co przez popołudniową godzinę rzeczywiście wyglądało jak poezja.

A jednak z tych niepozornych linijek i stronic bije w niebo łuna pięknych i subtelnych uczuć; w ciągu nocy przeistoczyły się one w literaturę, a nie tylko koszmarny zapisany papier, którego w gruncie rzeczy było szkoda. W tej pełnej napięcia minucie zastanawiam się nad czymś, co nieraz już czułem i nad czym się pochylałem z uwagą, to znaczy komiczność i zarazem tragizm mego bytowania, nadąsanie i pretensję do faktycznego pisarstwa, głupotę oraz naiwność. Nadaremno usiłuję stworzyć za pomocą miłości własnej i uwielbienia dla minionej poezji coś, co mogłoby dorównać realnym wierszom. Nie pomogły nawet pusząca się naukowość ani wyczulony słuch, wiedziałem, że z naśladownictwa i nagiego wyksztalcenia nic zgoła nie da się stworzyć. (więcej…)

Published in: on 27 września 2019 at 9:18  Dodaj komentarz  
Tags:

Demony poety (II)

800px-Vasily_Kandinsky_-_Composition_No_4

Wassily Kandinsky

Pogodny nastrój długich lipcowych dni już dawno minął. Czułem się wówczas jak gdybym przybił szczęśliwie do wyspy, drobnego punktu wypełnionego niemożliwym spokojem. I tak już ze mną jest zawsze – zaledwie polubię jakiś stan, ledwo sprawi mi on niekłamaną przyjemność, wszystko odchodzi i nagle gaśnie we mgle. A ja kontynuuję ten żywot, daremny i pełen żalu, trawiony ogniem niezaspokojonych pragnień, nieprawdopodobnego oczekiwania, które jakże często doprowadza mnie na skraj wariactwa i wściekłości. I nienawidzę czasem innych ludzi, gdyż ich obraz tkwi we mnie samym. Nie oburza mnie bowiem coś, czego we mnie samym po prostu nie ma.

***

Do samotności przywykłem od dawna, nie ciąży mi ona zupełnie, nawet w rozochoconym towarzystwie. Zawsze zajęty sobą, zawsze ze sobą sam, tak gorączkowo pragnący wreszcie przeżyć na jawie coś innego, wyjść choć na chwilę z wąskiego kręgu mojego „ja” na świat, nawiązać z nim sojusz bądź pojąć walkę. Niekiedy, przebiegając wieczorem ulice, gnany niepokojem do utraty tchu, nie mogę ot tak wrócić do domu, zawołać do najbliższego okna, zaczaić się daleko za rogiem. I uznaję to wszystko za męczeństwo, i nie kryję się z myślą, że kiedyś naprawdę skrzywdzę się. A jednak tego nie robię! (więcej…)

Published in: on 27 września 2019 at 8:59  Dodaj komentarz  
Tags:

Demony poety (I)

1906-1907MauriceDeVlaminckPaysageAuxArbresRougesLesFauves-Copy

Maurice Vlaminck

Czuję jak wiele zapachów i smaków dzieciństwa nawiedza teraz moje wnętrze, przenikając do głębi, wyrażając się to żalem za utraconą przeszłością, to wewnętrznym dreszczem spełnienia. Przez pobudzoną pamięć przebiegają wartko ciche i zacienione uliczki, jasne domy i wysmukłe kościoły, uderzenia zegarów i ludzkie twarze. Widzę nasze przytulne mieszkanie skrywające swe drobne tajemnice i pełne nadziei, ale również lęków przed sennymi zmorami. Nęci mnie ono rozgrzanym powietrzem z kaloryferów, pachnącym ciastem i golonką, delikatnym suszem owoców i grzybów.

Dzieciństwo… Splatały się w nim dwa światy rozpostarte pomiędzy dniem a nocą: świat domu rodzinnego, dostępny na każde zawołanie, ciasne mieszkanie wypełnione głosem rodziców i brata, oraz świat inny, ten drugi, inaczej pachnący, mówiący i domagający się usilnie czegoś ode mnie, czegoś, co nie zawsze rozumiałem. Dom rodzinny był mi na wskroś znany, przenikał mnie miłością i surowością moich najbliższych, rozsądkiem i obowiązkami. Był to świat pogodny i łagodny, lśniący jasnością i czystością, spowity uprzejmymi słowami, życzliwością, i „dobrymi, umytymi rękoma”; pachniał on czystą odzieżą i pięknem naszych uczuć. Nie śpiewano w nim chorałów, jak pisze Hesse, ale obchodzono podniośle święta, pokonywano drogi proste i trakty prowadzące w przyszłość, brano na siebie „obowiązki i przewinienia, wyrzuty sumienia i spowiedź, przebaczenie i mnóstwo drobnych postanowień” – a wszystko to skąpane w miłości i szacunku rodziny. Tak, to był świat życia czystego i pięknego, uładzonego i spokojnego. (więcej…)

Published in: on 20 września 2019 at 12:20  Dodaj komentarz  
Tags: