Złudzenia poety

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

To, co otaczający mnie ludzie zwą niezależnością czy odwagą, jest jedynie bolesnym symptomem jakiejś nierozpoznanej tęsknoty do całkowitego zatracenia siebie, do rozpłynięcia się w istnieniu, do ostatecznego unicestwienia.

***

Pragnąłbym uniknąć wszelkiego rozgłosu zarówno w tym świecie, jak i na tamtym, a oto pielęgnuję bez umiaru własne cierpienie i oddaję się wewnętrznemu życiu z miną porzuconego przez los. Wyczuwam w sobie ów porażający bezruch, nakazujący się wciąż zatrzymywać na sprawach młodości, i bez umiaru spowiadam się z życia. I tak poruszam ową „przeszłość bez przeszłości, tę zakisłą mierzwę” (G. Bernanos).

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Moja prostota niepohamowana nędzą skromnego stanowiska, rozrasta się z chwili na chwilę, stając się ułomnością rozrzewniającą i dotkliwą, z której zaczyna szydzić świat. Jest ona poniekąd moim krzyżem, ale czyż każdy krzyż nie jest zarazem oparciem?

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Zbladłem jakbym został złapany w potrzask i poczułem się nagle obnażony, przejrzany na wskroś. Nie będąc w stanie ani przemóc ani wytrzymać tego niezrozumiałego cierpienia, zatonąłem w nim bez reszty, całą siłą mojej zdeprawowanej duszy i zapragnąłem wykryć jego niedostrzegalny płomień. Ale owo pragnienie zaciążyło tylko na wątłych barkach, wzgardziwszy prześwietlaniem nędznego sumienia, którego kształt i brzemię pozostały nieodgadnione. Moja niezwykła przenikliwość nie była w stanie wedrzeć się do wnętrza, nie tym razem, i czułem wstyd na myśl o czającym się w nim upodleniu.

***

Moje wewnętrzne walki odkrywają pokłady wątpliwej wartości myśli, wyziębłe pragnienia i poronione czyny. Lecz gdybyż zostały ziszczone, czy nie wyrządziłyby wówczas mnie strasznej krzywdy?

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Moja miernota w naturalny sposób zmierza w stronę stanu obojętności, jakiejś nieokreślonej nicości rozpiętej między dobrem a złem. Utrzymuję w sobie z niejakim trudem kilka słabostek i etatowych grzechów, i to jest zaprawdę jedyne, co mnie obdarza fikcją życia.

***

Nadeszła godzina, w której życie bezwzględnie zaciążyło na moich ramionach; chciałbym ów ciężar zrzucić na ziemię, przebrać i przejrzeć, zostawiwszy w nim to, co niezbędne, a resztę odrzucić.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

W mojej niezręcznej bezradności tkwi jakiś tragizm, wznoszący się do potęgi.

***

W pewnych szermierkach słownych bywam doprawdy zręczny, umiejętnie rozgrywając pasmo przytyków i aluzji, ale zaznawszy bezpośredniej napastliwości, natychmiast wycofuję się w głąb, jak sparaliżowany, jak tknięty trądem.

***

Straszliwość życia nie przychodzi od obcych, z którymi krzyżują się nasze drogi, ale jest wypisana głęboko na twarzy, którą wyzwala nagi duch.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Okna mojego pokoju wychodzą na hałaśliwą dzielnicę miasta. O nocnej porze daleka, wielogłosowa i jakby zagubiona wrzawa ulicy, dzięki panującej dokoła samotności i ciszy, nabiera jakiegoś nieprzewidzianego patosu. Z nagiej ciemności podnosi się utajniony krzyk murów, którego chrapliwy oddech usiłuję niezręcznie złapać. Ulica pełna zgiełku i światła, ściga mnie w mroku rzewną skargą. Właściwie nie jest to głos, język rozdzierający pól i lasów, zastrzeżony dla czterech żywiołów, ale nieznana wrzawa, do której zrozumienia już dawno zagubiłem klucz. I głos ten, którego nie pojmuję nie jest przyjazny i braterski, i nie przynosi mi pokoju.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

W naturze ludzkiej leży bezwzględna konieczność narzucania przyrodzie piętna swej ciężkiej obecności, dowodów własnej głupoty; opanowania jej wewnętrznego rytmu i odwiecznych, głębokich procesów. Człowiek na próżno tłumi jej szept; głos ów „snuje dalej swój wzniosły śpiew, jak rozdzwoniona struna, co spośród tysiąca tonów wybiera tylko te, które z nią harmonizują, i tylko na nie odpowiada” (G. Bernanos).

***

Niepostrzeżenie zbliżyłem się do okna, szukając w ciemnym pokoju mglistego odblasku ulicy, który sączył się wolno przez szyby. Stanąwszy w wysokiej niszy, wznosiłem się nieruchomy z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Zatopiwszy się w korowodzie natrętnych myśli, nie uroniłem w rzeczywistości nic z żenujących odgłosów z zewnątrz. Pozostawałem uniesiony, do czego z rzadka bywam zdolny i próbowałem się zapomnieć. Kalekie światło poraziło mnie nagle i boleśnie, wydobywając ze ściany drewno krzyża, który rozjaśnił się wewnętrznie, i który tak pragnąłem zdusić, zepchnąć go w otchłań, wrzucić w ciemność.

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

I oto ta biedna izba, niedokładnie pokryta farbą, te zimne ściany, księgi, krzyż, wszystko to wydało się mi obce i wrogie. Niemi świadkowie mego życia, usiłujący stawiać pytania, wątpiący i wystraszeni.

***

Póki człowiek unika dotknięcia bolesnego miejsca, cierpienie zdaje się nieokreślone, rozproszone, łatwiejsze do przyjęcia. Przygnębienie staje się czymś na kształt wyrzutu sumienia, z którym bez przerwy się rozprawia, i które żąda swojej czci. I to „przeklęte dziecko boskiego miłosierdzia” pragnie mieć wszystko albo nic.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Moje ostatnie prace są pełne niedopowiedzeń i aluzji, jak gdybym stale się obawiał, odsuwał od siebie jak najdalej nieuniknioną konfrontację. Myśl wysubtelniła się nadmiernie, to ulatając w próżnię, to ginąc na manowcach świata, snując się gdzieś na dnie; miejscami odsłania ona właściwe nie dające się sprecyzować oblicze, pozwala wypłynąć na powierzchnię jej autorowi. Nieuchwytna i nieosiągalna mnoży stronice, przetwarza je ponad miarę niczym nieodgadniony koszmar senny, i nagle twórca ukołysany swoją własną monotonią, traci raptownie równowagę, budzi się do życia i z szałem w oczach powraca do walki.

***

Niespokojny i pragnący od siebie uciec, przejąłem się do głębi swoimi urojonymi problemami, które nieomal podświadomie ustawiłem na miejscu prawdziwych, i w których prawdziwość usiłuję teraz uwierzyć.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

W najzwyklejszych przedmiotach, które przykuły mnie do siebie jakimś uroczystym łańcuchem, znajduję nieodzowne oparcie, zabezpieczenie przed straszliwym zamieszaniem wewnętrznym, które porywa mnie poza granice niejasności i rzuca na oślep naturze.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Lotne hałasy rozpłynęły się w powietrzu i niesamowita, nabrzmiała cisza przytłoczyła mnie bryłą ołowiu. Jej oczywista gwałtowność była tak wielka i tak zupełna, że popadłem w zwątpienie duszy i poderwałem się od stołu. Pokój dokoła mnie tkwił nadal w swym przesyconym księżycową poświatą mroku, przedmioty stały na zwykłych miejscach a moje oblicze zacierało się w tężejącym czernią lustrze, ale zdawało się, iż wszystkie rzeczy potraciły własne znaczenie i nie odpowiadały już swym nazwom. I tak jaśniały oniemiałe.

***

Nie odczuwam ani żalu ani wyrzutów, jedynie zdumienie człowieka, który miał prawo sądzić, iż kroczy w pewnym kierunku, a oto stale drepcze w miejscu, a pokonana przezeń przestrzeń jawi się czystym złudzeniem.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

To, co w oczach innych uchodzi za moją właściwą egzystencję, za nienaganną osobowość, zrodzone zostało z okoliczności nader złudnych i nietrwałych, a powtarzanie przez te wszystkie lata pewnych czynności, rozkoszowanie się ich stałością, zdołało jedynie ukształtować żałosny cień rzeczywistości.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Jakże ja mało jestem znany, jak oddzielony od tego świata! Wielu widzi w mojej nieoczywistej osobie twórcę o pilnym, wyćwiczonym umyśle, czujnego i nieufnego, obeznanego aż do utraty złudzeń ze sztuczkami ludzkiego sumienia. A ja tylko kosztuję pokusy wątpienia, którą tylekroć analizuję i nieodmiennie tracę dobry humor.

***

Świat intelektu, któremu się oddałem, jest lodowatą i kruchą samotnią. Dociekliwość umysłu jest wprawdzie w stanie go przeniknąć na kształt promienia zgłębiającego powierzchnię kryształu, nie może jednak niczego dotknąć ani uścisnąć w swoim sercu: „Jest jałową kontemplacją” (G. Bernanos).

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Sama wstrzemięźliwość nie jest cnotą, trzeba jej bodaj porywu duszy, namiętnie szukającej Boga; trzeba wielkiego wołania do Ojca, okrzyku boleści i nadziei, nie dającego się niczym poskromić.

***

Żyję w tłumie ludzkim jak niepojęty i lękliwy cudzoziemiec, nie mający możności porozumienia się. Moja odmienność jest tak absolutna i tak nieuleczalna, że nawet nie przychodzi mi do głowy jakikolwiek wysiłek w kierunku pojednania. Zapewne obróciłby się on przeciwko mnie, pogłębiając i tak już istotne zmieszanie.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Najlepszą bronią przeciwko życiu była mi zawsze niezwykle skwapliwa inteligencja, bez przerwy pobudzana i stymulowana przez pewien rodzaj ciekawości. Upoiła się ona rychło połowicznymi sukcesami. I oto w przeżartym nią mózgu zrodziło się zamknięte w sobie, hermetyczne dzieło, tak błyskotliwe i jałowe, zatrute w samym rdzeniu, wnikliwe i bezlitosne, o kroju tak skomplikowanym i minoderyjnym, że nie potrafi znaleźć zwolenników. Prace, które tworzę, i które nurzają się w życiu ich autora głębiej, aniżeli się wydaje, żeglują po takich toniach i zapuszczają się w takie odmęty, iż zaczynają wypowiadać rzeczy od dawna zapoznane, o których twórca już zapomniał. Wydobywają one z czeluści zdarzeń upokorzenia i niesnaski, trwające dłużej jak wspomnienia ich przyczyn, bezużyteczne a jednak niezabliźnione, tak osobliwe w swej świętości, niepowściągliwe, ordynarne. Kreują one ów niepospolity stan duszy, który z trudnością już pojmuję.

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Tadeusz Różewicz: „Przyszli żeby zobaczyć poetę / i co zobaczyli? / Zobaczyli człowieka siedzącego na krześle / który zakrył twarz”.

***

Biała karta papieru spoczywała przede mną, wyzywając boleśnie intelekt. Odrzuciłem ją z roztargnieniem i przebiegłem wzrokiem po innych stronach, pokrytych przeraźliwie drobnym, niespójnym pismem, łagodnie punktowanym i nieśmiałym. Czasami moja uwaga zatrzymywała się na jakimś szczęśliwie dobranym słowie czy wyrafinowanym ustępie, po czym gwałtownie się odwracała. Pragnąłem bezwiednie, aby coś wreszcie przerwało tę ciszę, aby ją przełamało rzucając pod nogi zmierzchu, ale on nigdy nie był tak zwarty i głuchy, wypchnięty poza krąg światła, czający się w nagich kątach, baczny w ciemnych krawędziach zasłon, tak absolutny i milczący.

***

Robert Doisneau, ---

Robert Doisneau, —

Odczuwam teraz głuchą złość, gorzką nieufność i bolesną namiętność. Nienasycona ciekawość, jaką budziły we mnie książki, pozwalała przypuszczać, iż ukochałem na zawsze ich stronice, niczym najbliższych ludzi z otoczenia czy nieodzownych przyjaciół młodości, ale w istocie nimi wzgardziłem. Po cóż miałbym się jeszcze zajmować pogonią za urojonymi wartościami, za przeraźliwą pustką przeżyć ich bohaterów? Czyż nie oszukiwałem sam siebie, że wydrę kiedyś ich tajemnicę? Czy nie owładnęła mną pusta nadzieja? Obecnie wiem już, iż nie kryją przede mną sekretów, obecnie nie istnieje nic.

Tadeusz Różewicz: „Nasze sieci są puste / wiersze wydobyte z dna milczą / rozsypują się / są jak kurz tańczący na promieniu słońca / który wpadł do pustego wnętrza świątyni„.

***

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Leżałem bez ruchu, wyciągnięty na łóżku, z twarzą skuloną i opartą o podniesione ramię. Po raz kolejny przeszła po mnie fala bólu, i tym razem nie zabijając. Zdawało się, że moja nędza osiągnęła kres; w każdym razie przypominała upokorzenie ciężko zadręczonego zwierzęcia, posępne zatracenie samego siebie. I oto nie byłem już świadkiem, ale straszliwym uczestnikiem i biernym poddanym tego okrutnego doświadczenia, a cała moja obrona polegała na smętnym odwracaniu uwagi, na pozostawieniu jej w nagiej próżni, na rezygnacji bez przyczyny. I płakałem długo ze znużenia i odrazy, jak człowiek kładący się, by umierać.

***

Otchłań nie pochłonie żadnej istoty, o ile ta nie odepchnie sama Boga, dopóki nie uwolni się od tej ręki straszliwej a słodkiej, nie odczuje uścisku serca. I nikt nie bywa porzucony, o ile nie dopuścił się wprzódy świętokradztwa, wyparłszy się miłości Boga, ale nie Jego sprawiedliwości.

***

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Mimo najprzemyślniejszej złośliwości, szatan umie dosięgnąć zranioną duszę jedynie drogą okrężną i podstępną, „jak się zdobywa miasto zatruwając źródła” (G. Bernanos). Myli on sądy, bruka wyobraźnię, z niezwykłym kunsztem rozpala ciało i krew, wykorzystując cierpliwie nasze własne sprzeczności. Perfidnie rozprasza radości i pogłębia smutki, wypacza czyny i intencje w ich nieprzeniknionych powiązaniach, ale chociaż tak wszystkim wstrząsa i wszystko roztrąca, przecież niczego nie zniszczył z kretesem. Albowiem to my sami musimy przyznać mu pozwolenie ostateczne, a owo niełatwo wyrwać, dopóki nas dogląda Bóg. Bez względu na to, jak długo nas szarpie zło, nie jest w stanie opóźnić pojawienia się Łaski; ona się musi objawić, a „on czeka tego koniecznego, nieuchronnego objawienia w przerażeniu bezmiernym, cała bowiem cierpliwa, wroga praca może w jednej chwili zostać zniweczona” (G. Bernanos).

***

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Mój los wydaje się bezpowrotnie ustalony, a droga życia wytyczona aż po kres, którego ani nie pragnę ani się nie obawiam, albowiem w osobliwy sposób niosę jego obraz w sobie.

Tadeusz Różewicz: „Życie jakie to piękne doskonałe koło„.

***

Odkrywszy samotność, w jakiej się pogrążyłem, poczułem się zrazu upojony, przepełniony ufnością i siłą. Zerwałem całkowicie z resztą ludzi i żyję już tylko dla siebie i przez siebie, i jeszcze niekiedy wierzę, że ta osobliwa słodycz nigdy się nie wyczerpie. A jednak jej nieustanne węszenie, jej doświadczanie i wydobywanie z niej na światło dzienne utajonych rozkoszy, zapewnia radość nader skąpą i nie przynosi wyzwolenia.

***

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Nie jestem jeszcze w stanie zdać sobie w pełni sprawy z wewnętrznych obaw i przeczuć, ze wszystkich tych „ślepych i pełzających na dnie świadomości uczuć”, które pragnąłbym odepchnąć jednym, ostatnim wysiłkiem, by się wyzwolić całkowicie. Wsparłszy całe dotychczasowe życie na jałowej próżności, doszedłem do krawędzi niewiarygodnego upadku; podwaliny mego istnienia zadrżały w posadach. Jakie to dziwne tak pożerać samego siebie, sądząc, że się odżywia duszę!

***

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Po raz kolejny poczułem się spętany własną samotnością, żarliwie pragnąc się z niej wydostać, przerwać za wszelką cenę ów pokutniczy, zaczarowany krąg, zdać się na łaskę bądź niełaskę. Miotają mną gwałtowne porywy, zapierające dech w głębi piersi i zmuszające do padnięcia na kolana. I miewam ochotę wołania do tych wszystkich szczęśliwych, czy też naiwnie przeze mnie za takich uważanych, aby mnie wreszcie wyzwolili, by mnie przyjęli bez dwóch zdań.

***

Usiadłem na krześle i zamknąłem znużone oczy, czując na twarzy lekką bryzę docierającą przez uchylone okno. Poddałem jej swoją twarz, z pokorą lgnąc do tych delikatnych muśnięć, znudzony i nieprzytomny. Wypełniał mnie głęboki i niewątpliwy ból, który otępiał wszelkie żądze, wyczerpujący i zdradliwy, rozprzestrzeniający się po całym ciele z jawną nieustępliwością. Straciwszy w nierównej walce swoje wątłe siły, marnowałem teraz przymioty duszy, jakimś cudem trwając w nieziemskiej uległości. Przyjmowałem owe nieszczęście w otwarte ramiona z cichym poddaniem i pokorą, ruchem łagodnym i uświęconym, nie będąc w stanie wymyślić jakiejkolwiek obrony, przygotowany z rezygnacją na to, żeby bez końca cierpieć i wciąż umierać ciężkim bólem.

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Tadeusz Różewicz: „Teraz pozwalam wierszom uciekać ode mnie / marnieć zapominać zamierać / żadnego ruchu w stronę realizacji„.

***

Brak mi zupełnie owej siły ducha, którą podziwiam u świętych, i którą tak bardzo zapragnąłem.

***

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Postanowiłem zamknąć za sobą drzwi, nie pokazując się nikomu i marząc, że może przetrzymam własną biedę, jakoś przetrawię ją w sekrecie. Lecz owa bohaterska samotność od dawna już zaczęła mnie przytłaczać. Niekiedy próbuję przełamać moją  idiotyczną osobność, i marnotrawię swoje siły w jakimś w szalonym przedsięwzięciu, „wyrzucam pełnymi garściami święte moce swojej istoty, swój płomień niezwykły” (G. Bernanos).

I zamiast istnieć w samotności, pogrążam się w krainę cienia, a moje ciało jęczy z męki, przeżywa stale swą agonię, jak monotonną, mroczną skargę, „podobną do pomruków stada opuszczonego w dalekiej nocy” (G. Bernanos), osłabiającą, zaprzysięgłą. I bezwiednie pożądam drugiej twarzy.

***

Robert Doisneau, —

Robert Doisneau, —

Rozpłakałem się bezsilnie tak, jak wyrażają żal dzieci, nie ze zmęczenia czy wzburzenia, lecz po prostu dlatego, że trzeba płakać, że jest to jedyna skuteczna odpowiedź na przeciwności mego losu, owe okrutne i niesprawiedliwe warunki, których nie da się dłużej ukryć. Spękane wargi z trudem odnajdywały tamto dziecinne skrzywienie twarzy, szczupłe ramiona uwikłały się w gest niemocy, instynktownie szukały lekarstwa. Lecz już nie mogę dla siebie nic uczynić, ani dla innych, jako że zużyłem resztkę sił w walce niemiłosiernej, niemożliwej, aby nie upaść w środku życia.

© Andrzej Osiński

Zdjęcia z Internetu

Advertisements
Published in: on 3 listopada 2012 at 10:12  Dodaj komentarz  
Tags: , ,

The URI to TrackBack this entry is: https://andrzejosinski.wordpress.com/2012/11/03/zludzenia-poety/trackback/

%d blogerów lubi to: